Rozkosznik Uszów

Wziął duży łyk piwa – łapczywy skurczybyk – rozlał trunek po brodzie i ubraniu, po czym z hukiem odłożył kufel. Otarł buzię rękawem – nie pierwszy raz w tym tygodniu, na co wskazywały plamy na koszuli. Obserwował bójkę między Jacobem i Cliffordem w spokoju, z pewnym podnieceniem. Wiedział jak to się skończy. Zawsze kończy się tak samo. Barman Roland ma jasne, acz drastyczne zasady w kwestii bójek w jego barze. Chwilę później ciało Clifforda zostało wyniesione. “Niech jego dusza spoczywa w pokoju” – powiedział pod nosem, dopił piwo i opuścił bar.

Zwał się Rozkosznikiem Uszów. Był arbuziarzem. Miał za sobą wyczerpujący tydzień, więc pozwolił sobie na chwilę relaksu w barze. Teraz czas na sen. Jutro czeka go kolejny dzień pracy. Tylko kilka godzin, więc nie ma co narzekać. Siódmego dnia odpocznie. Przynajmniej tak zakłada. Jeżeli jutro nie skończy wszystkiego, co zaplanował, będzie musiał skończyć to pojutrze, przed początkiem kolejnego tygodnia. Wtedy zadanie musi być już gotowe, tak powiedzieli jegomościowi, a ten pewnie ich z tego rozliczy. Nie szkodzi, zdąży. Najwyżej odpocznie po kolejnym tygodniu pracy. Ważne, żeby jegomość był zadowolony – musi wiedzieć, że może na nim polegać. Sołtys również będzie zadowolony.


– Emma, muszę ci powiedzieć, że na tym przedstawieniu kukiełkowym, Kraina Lodu 2, które nam polecałaś, naprawdę można wypocząć! – powiedział Noah, po czym ziewnął potężnie i głośno.
– A mówiłam, pójdź, zobacz i sam się przekonaj jakie to jest dobre. To ty oczywiście swoje, że to nie dla ciebie, że to cię będzie nudzić. Jak wrażenia? Całkiem niezła opowieść, prawda?
– A mówiłaś. Zabrałem żonę i dzieci. Mogliśmy dopiero wczoraj, bo wcześniej pomagałem Rozkosznikowi przy arbuzach. Ech, porobiło się… Ale o tym zaraz. Poszliśmy w końcu na to przedstawienie. Dzieci podobno były zachwycone! Historia sama w sobie podobno też świetna! A ja tak się wyspałem, jak nigdy! – ryknął śmiechem.

Emma spojrzała na niego. Mina jej zrzedła. Zamachnęła ręką i uderzyła Noah w twarz. Dodała kopniaka kolanem w krocze. Osłupiały osunął się na ziemię. Twarz wykrzywił mu grymas bólu. Spojrzał na nią. Chwilę patrzyli sobie w oczy po czym razem gruchnęli śmiechem.

– Emma! Zaskakujesz mnie! Kopnęłabyś mnie nieco mocniej i moje orzechy by mi oczy wybiły z orbit! Haha! – grymas bólu i uśmiech naprzemiennie odrysowywały się na jego twarzy.
– Nie prowokuj Noah, nie prowokuj! Kolejnym razem dołączysz do zaszczytnego grona płci pięknej! – Emma nie kryła zadowolenia z siebie – No dobrze, to co tam z tym Rozkosznikiem?

Noah wstał, otrzepał się i usiadł na krześle. Upił nieco lamaciatotte, którą wcześniej przygotował. Pili to razem z Emmą i Rozkosznikiem codziennie przed początkiem pracy. Napój ten działał pobudzająco i dodawał energii. Przyrządzało się go bardzo prosto – ziarna lamaciatotty mieliło się i zalewało wrzącą wodą. Już sam zapach pobudzał.

– Ach… To, co zawsze. Nie zdążyliśmy z robotą na czas i musieliśmy pracować, zamiast odpoczywać w wolne dni. Ciebie już w to nie angażowaliśmy, bo wydawało nam się, że tej roboty znowu nie ma aż tak dużo. Oczywiście się pomyliliśmy. Zaczęliśmy ładować te arbuzy no i się zaczęło.


Obudził się, przeciągnął i ziewnął głośno. Szósty dzień tygodnia. Zwykle wtedy wyjeżdżał poza wioskę do słomianej chaty nad rzeką. Nieopodal pomarańczowego wzgórza. Tam wypoczywał otoczony ciszą i spokojem. Szum rzeki, dźwięk cykających owadów, śpiew ptaków – to wszystko pomagało mu oderwać się od pracy. Przypomniał sobie szósty dzień po poprzednim tygodniu pracy, kiedy to wyjechał do chaty z samego rana. Musiał zrobić w niej porządek oraz uprzątnąć podwórze. Pamięta jak dziś swe zaskoczenie, gdy nagle usłyszał:

– Cześć! Już jestem. Przyjechałam wcześniej. Tak jakoś wyszło. Pomyślałam, że pomogę ci w przygotowaniu do pikniku.
– Cześć Elizabeth! – nie wiedział, czy bardziej mu wstyd przez nieporządek, czy bardziej się cieszy, że ją widzi.
– No dobra, to dawaj szmatę i powiedz, gdzie mogę zacząć.

Poszedł do kuchni po mokrą szmatę, jeszcze niedokładnie opłukaną z brudu po poprzednim sprzątaniu, zawołał ją i rzucił ją jej w twarz. Popatrzyła na niego zdumiona i nagle razem wybuchli śmiechem. Podniosła szmatę z podłogi, zwinęła ją w rulon zwinnym ruchem i wypuściła jak lasso prosto w jego kierunku. Oberwał samą końcówką. Skóra na policzku rozdarła się, a spod niej trysnęła krew. Nastąpiła chwila ciszy, po czym znowu ryknęli oboje śmiechem, rechotali jeszcze głośniej niż przedtem. Elizabeth opatrzyła mu ranę i zabrali się do porządków.

Rozkosznik miło wspominał tamten dzień. Ten miał być podobny. Umówili się z Elizabeth ponownie w chacie nad rzeką. Niestety musieli przełożyć ich wspólne spotkanie. Robota sama się nie zrobi.

Popatrzył na słońce. Już czas. Gdzie podziewa się Noah? Obiecał, że mu pomoże. W końcu pracowali razem dla tego samego jegomościa. Gdyby dostawa nie została zrealizowana, to oczywiście oberwałoby się im wszystkim, łącznie z Emmą. Usiadł na kanapie i na chwilę zamknął oczy.

Nagle usłyszał trzask szkła! Coś przeleciało przez pokój, trafiło w szafę przy ścianie i roztrzaskało ją na kawałki. Był to kamień wielkości jego głowy. Zaspał. Miał Trzy Wielkie Smoki przed kolejnym pociskiem. Szybko zerwał się z kanapy i wybiegł na podwórze. Noah brał właśnie zamach, lecz gdy ujrzał Rozkosznika, odłożył kamień na ziemię.

– Noah, jestem już! Nie rzucaj! Możemy jechać.
– Miałeś szczęście, za drugim razem trafiłbym cię w głowę!
– Całą chałupę zdążyłbyś mi zniszczyć, a w głowę byś i tak nie trafił! Twoja ręką jest częściej połączona z twoją sikawką, niż z głową! Haha!

Rozkosznik wsiadł do dorożki, po czym pojechali do stodoły. Nie tolerowali spóźnień, wymyślili więc pewną zasadę. Gdy po kogoś podjeżdżasz o czasie, a ten ktoś nie czeka przed chatą, co Trzy Wielkie Smoki ciskasz ogromy kamień. Jeden Wielki Smok trwa tyle, co wymówienie frazy “jeden wielki smok”. Bardzo szybko zmniejszyli liczbę spóźnień. Może nie wyeliminowali ich całkowicie, ale od czasu wprowadzenia tej zasady spóźnień jest zdecydowanie mniej. Mało tego, spóźnienia stały się czymś wyczekiwanym. Można się było dzięki nim zabawić. Nie wszystkim co prawda jest wtedy do śmiechu, ale co począć. Zasady to zasady.

Dojechali na miejsce. Taczki walały się przed stodołą. Rynny pozwalające turlać arbuzy, leżały pod ścianami stodoły. Misy do przenoszenia znajdowały się w kupie nieopodal. Weszli do stodoły. Tysiące arbuzów robiło wrażenie. Produkowane od kilku tygodni, za dwa dni miały znaleźć się u jegomościa.

Arbuziarze na co dzień zajmują się właśnie produkcją arbuzów oraz ładowaniem ich na dorożki. Załadowane dorożki odbierał jegomość, który pojawiał się o wyznaczonym terminie wraz ze swoją świtą. Emma, Rozkosznik i Noah tworzyli jedną brygadę. Musieli dostarczyć 10000 arbuzów dla jednego z jegomościów z odległego miasteczka. Każda dorożka mieściła około 100 arbuzów, to dawało w sumie 100 dorożek zapakowanych po brzegi.

– Rozkoszniku, dlaczego pozwoliliśmy wplątać się w taką sytuację? Przecież wszystko szło dobrze, wyprodukowaliśmy wymagane arbuzy i zabraliśmy się za ładunek. Wszystkie procesy produkcyjne zostały napięte do granic wytrzymałości i mieliśmy sporo szczęścia, że nic po drodze nam się nie przytrafiło złego. Teraz musimy załadować sto dorożek i przeznaczyliśmy na to ten tylko jeden dzień. Przecież będziemy pracować do nocy! Wykończymy się!
– Noah, będzie ciężko, ale damy radę. Powiedzieliśmy jegomościowi, że jesteśmy w stanie dowieźć tę dostawę do jego wizyty za dwa dni i musimy teraz dotrzymać słowa.
– Dlaczego się na to zgodziliśmy? Mogliśmy od razu powiedzieć, że nie damy rady.
– Wiesz jak jest. Potrzebuje tej dostawy do swoich interesów. Gdy jegomość będzie zadowolony, to i Sołtys będzie, a wtedy, kto wie? Poza tym, naprawdę jesteśmy w stanie zdążyć. Tylko musimy się przyłożyć.
– Zawsze to samo. Przez chwilę sam nawet w to wierzyłem. Gdybym mógł cofnąć czas, to na pewno nie poparłbym tego pomysłu, tej próby skończenia szybciej. Gdybym tylko mógł zmienić bieg wydarzeń i znowu znaleźć się w tamtej chwili, w chwili gdy słyszymy słowa…


– Witam brygado! Jak się mają pracę nad moimi kochanymi, cudownymi, zieloniutkimi arbuzikami? Wszyscy w naszym miasteczku czekają na tę dostawę! Będzie rewolucyjna! Zmieni wszystko! Jak więc nam idzie?
– Idzie dam dobrze drogi jegomościu. Wszystko zgodnie z terminami – odpowiedział Noah.
– Świetnie, świetnie! Doprawdy, nie mogę się już doczekać! W tej sprawie też dzisiaj przybyłem. Chciałbym porozmawiać o czymś bardzo ważnym dla mnie i dla całego mojego miasteczka. Usiądźmy proszę. Przywiozłem ze sobą prosię. Joseph, Dominic! Przynieście proszę świniaka! – krzyknął jegomość do swoich pomocników.

Chwilę później świniak był już na stole. Stół oczywiście również został przygotowany, gdyż nie było go na co dzień w pracowni. W rogu stały jedynie mały stoliczek na lamaciatotte oraz trzy krzesła. Za stół posłużyła przyczepka odwrócona do góry nogami. Dobre i to, prosiak się mieścił.

– Słuchajcie. Jak wiecie, dostawa tych arbuzów jest dla nas absolutnie ważna. Nasze miasteczko uzależnione jest od pieniędzy lordów z dużych miast. Im szybciej dotrze do nas dostawa, tym szybciej będziemy w stanie wypełnić nasze zobowiązania względem nich. To dla nas bardzo trudny, acz zarazem bardzo ważny okres. Nigdy wcześniej nasze miasteczko nie miało takiej szansy. Wiem, że umawialiśmy się na dostawę za pięć tygodni. Jednakże sytuacja się zmieniła. Muszę mieć tę dostawę już za trzy tygodnie.

Zapadła cisza. Noah i Emma popatrzyli na siebie. Trzy tygodnie to bardzo mało. Sporo arbuzów nadal musiało zostać wyprodukowanych, o ładunku nie wspominając. Pięć tygodni było realne. Trzy tygodnie wchodziły w grę jedynie pod warunkiem, że pracowałoby nad tą dostawą nie trzy, a sześć osób. W przeciwnym wypadku zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak.

– Szanowny jegomościu… – rozpoczął Noah – Moim zdaniem…
– Tak! Uda nam się! Dotrzymamy tego terminu. Rozumiemy, że jest to dla jegomościa ważne i wszystkim nam zależy na sukcesie tej dostawy.
– Świetnie! Miód dla moich uszu! W takim razie przyjadę z moją świtą za trzy tygodnie od dzisiaj i odbiorę dostawę. A teraz, posilcie się!
– Rozkoszniku, czy jesteś pewien, że zdążymy? Dwa tygodnie mniej na dokładnie taką samą wielkość dostawy. Zmuszeni będziemy pogłowić się, jak zdążyć w tak krótkim czasie, a i tak może nam się to nie udać. – powiedziała zmartwiona Emma.
– Może nie być łatwo i faktycznie będziemy musieli się nieco wysilić, ale myślę, że warto spróbować. – odrzekł Rozkosznik, lecz patrząc przy tym nie na nią, a na jegomościa.
– Cudownie! Spróbujcie więc, a ja zajmę się przygotowaniami w miasteczku. Joseph, Dominic! Dolejcie nam szprycera.


– … zaprotestowałbym dzisiaj stanowczo. Niestety nie cofniemy czasu.
– Zabierzmy się do roboty Noah. Musimy przygotować misy, rynny i taczki, żeby praca szła nam sprawniej. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, do wieczora powinniśmy się uwinąć ze wszystkim.

Rozkosznik wraz z Noah wyszli ze stodoły, aby zająć się rynnami. Należało je umieścić jednym końcem do okna stodoły, a drugim do dorożki – arbuzy turlały się po nich jeden po drugim. Ładunek dzięki temu szedł sprawniej. Stodoła której używali, posiadała tylko jedno okno. Arbuziarze podjechali dorożką bliżej. Po chwili była już gotowa do załadunku.

– Noah, ładuj arbuzy przez rynnę, a ja w tym czasie skorzystam z taczki.

Noah wszedł po drabinie, wziął pierwszego arbuza, położył na końcu rynny i puścił. Gdy sięgał po drugiego, zauważył, że arbuz zniknął. Nie stoczył się do dorożki, bo usłyszałbym charakterystyczny huk zderzenia się arbuza z pustą dorożką.

– Noah! Noah! – krzyknął Rozkosznik.
– Czekaj! Zaraz! Chyba mamy problem, tylko się upewnię i już do ciebie schodzę!

Puścił drugiego arbuza. Turlał się przez chwilę po czym naglę zniknął.

– Karamba! Przestań! Zaraz nie będzie czego pakować! Złaź na dół!

Zszedł i zobaczył Rozkosznika przy dwóch rozbitych arbuzach. Spojrzał do góry i zobaczył dziurę w rynnie.

– Jak to? Przecież przed chwilą jeszcze nie była dziurawa.
– Musiała być w tym miejscu uszkodzona i pod ciężarem arbuza po prostu nie wytrzymała.
– Mamy jeszcze inne rynny.

Zostały im jeszcze dwie. Ściągnęli uszkodzoną i wzięli jedną z nich, po czym zabrali się do umocowania jej do okna stodoły. Oparli jedną stronę o ścianę, zaraz przy oknie. Noah poszedł do góry, żeby przymocować jeden koniec do okna, a Rozkosznik miał zająć się przymocowaniem drugiego do tyłu dorożki. Złapali rynnę i pewnymi ruchami przymocowali ja stabilnie. Rozkosznikowi coś się nie zgadzało, ale nie wiedział co. Miał złe przeczucie. Noah wziął arbuza i pchnął go po rynnie.

– Nie! – krzyknął nagle Rozkosznik.

Ale było już za późno. Arbuz toczył się po rynnie i gdy znalazł się w połowie, rynna się zgięła i z hukiem spadała na ziemie. Noah prędko zszedł po drabinie na dół.

– Karamba! Rynna nie była zabezpieczona. – powiedział Rozkosznik – Czy ci rynniarze nie mogą zrobić czegoś porządnie? Albo dostajemy stare i uszkodzone rynny, albo nie są wzmocnione. Jak można pracować w takich warunkach?
– Zdarza nam się to przecież od lat. Mogliśmy sprawdzić tę rynnę, zanim zabraliśmy się do jej umocowania. Więc to również i nasz błąd. To nie jest ich wina, mogliśmy przecież zgłosić wadliwie działające rynny.
– Ah… Masz rację. Po prostu straciliśmy już sporo czasu, a jeszcze nie załadowaliśmy ani jednego arbuza. Musimy przyspieszyć.
– Rozkoszniku, nie żebym…
– Dobra, dobra. Wiem, co chcesz powiedzieć. Nie czas teraz na to. Zabierzmy się do roboty.
– Poczekaj. Stop. Co robimy, gdy zdenerwujemy się na inny zespół i fałszywie ich obwinimy za nasz problem?
– Wiem, wiem.

Rozkosznik uklęknął przed Noah, wystawił język, obrócił się i wylizał ziemię do dziesięciu metrów przed sobą. Takie były zasady. Gdy ktoś obraża inny zespół za swoje błędy i zostaje na tym przyłapany, musi wylizać podłożę do 10 metrów w przód. Musi to być to podłoże, na którym się w danej chwili znajduje. Natomiast winowajca samodzielnie może wybrać kierunek lizania. Zdecydowanie lepiej zostać przyłapanym w swoim domu, niż w pobliżu stodoły.

– Haha! Jak skończysz, to umyj gębę! Inaczej nie będzie szło z tobą gadać!

Rozkosznik wykonał karę, aczkolwiek nie odświeżył się po niej. Na złość Noah.

– No dobrze, to co my teraz zrobimy? Masz jakiś pomysł? – zapytał Rozkosznik.
– Jedyne co mi przychodzi do głowy, to wzięcie dziurawej rynny i zaklejenie dziury przy pomocy jednej z tych wadliwych. Moglibyśmy wyciąć kawałek i zrobić z niego łatę.

Tak też zrobili. Załatana rynna działała już prawidłowo, dzięki czemu Noah zaczął z powodzeniem załadowywać pierwszą dorożkę. Uradowany Rozkosznik poszedł po taczkę. Wziął pierwszą lepszą ze stosu. Popchał. Jakoś dziwnie jechała. Ręce całe mu drżały. Zatrzymał się, obrócił ją do góry nogami.

– Karamba! – koło było dziurawe. Nagle zauważył jakiś ruch przy taczkach. Pobiegł tam szybko. – O nie…

W pobliżu taczek czaił się pomarańczowy smok. Zauważył Rozkosznika i uciekł do stodoły. No tak. Drzwi zostały otwarte. Musiał znaleźć arbuzy, zauważył stos taczek i rynny przy stodole i wszystko sobie poukładał. Wiedział, że szykuje się załadunek. Smoki uwielbiały arbuzy, więc ten nie chciał dopuścić do udanej dostawy. Gdyby udało mu się jej zapobiec, miałby wszystkie arbuzy tylko dla siebie. Przynajmniej tak myślał.

Rozkosznik sprawdził każdą taczkę, ale wiedział już, że wszystkie koła będą uszkodzone. Wszedł ostrożnie do stodoły. Smok wydawał się niedużych rozmiarów, aczkolwiek i tak musiał należało zachować wszelką ostrożność. Przede wszystkim musiał ostrzec Noah. Skoro zniszczył taczki, to bardzo możliwe, że zechce zabrać się za rynnę. Rozejrzał się po stodole. Nic nie zauważył. Gdzie on się podział?

– Noah! – krzyknął szeptem Rozkosznik – Noah!

W tym samym czasie Noah ładował arbuzy na rynnę, jeden po drugim. Szło mu coraz lepiej, już kilkadziesiąt zostało załadowanych. Rynna działała wyśmienicie. Od kiedy ty przyjechali, aż do teraz, słońce przewędrowało już spory kawałek nieba. A to dopiero początek. “Na pewno nie zdążymy” – pomyślał i zaczął się martwić spotkaniem z jegomościem, które ich czekało. Usłyszał syczenie. Obrócił się. Smok podbiegł do niego błyskawicznie i powalił go na ziemię. Noah złapał go za paszczę i zamknął ją, aby nie dać się zamienić. Smok użył swojego ogona i zaczął łaskotać Noah pod pachami. Noah śmiał się w niebogłosy trzymając dzielnie smoka za paszczę. Smok, wykorzystując swoją tylną łapę, ściągnął buta Noah i zaczął go również łaskotać po stopie. Noah ryknął przeraźliwym śmiechem. Słychać w nim było desperację i strach. Smok już ściągał mu drugiego buta. Zaraz mógł stracić wszystko. Puścił paszczę smoka, a ten tylko na to czekał. Nie wiedział jeszcze w co zamienić Noah – czy w uszkodzoną taczkę, czy w uszkodzoną rynnę? A może w uszkodzony pług? O! Już wie! W nowy pług, takiego, którego jeszcze nie widzieli. Najnowszą wersję! Oczywiście będzie uszkodzony. Arbuziarze na pewno się na niego skuszą i wykorzystają do jednej z upraw. I w końcu pług szlag jasny trafi i nie będą w stanie doprowadzić uprawy do końca. A wtedy gdzie trafią już wyprodukowane arbuzy? Do smoka oczywiście. Na wysypisko arbuzów, albo do jednej ze stodół. Uradowany smok wypuścił swój smoczy język, w kierunku twarzy Noah. Musiał go wsadzić najpierw do jednego ucha, potem do drugiego, potem do jednej dziurki w nosie i potem do drugiej. Tym, co zostało na języku, musiał wymalować arbuza na czole arbuziarza i wypowiedzieć po trzykroć to, w co miał zamiar go zamienić. Przez cały ten czas arbuziarz musiał zanosić się śmiechem.

– Najnowsza wersja pługa! Najnowsza wersją pługa! Najnowsza… – smok już miał kończyć wymawiać zaklęcie, gdy nagle przerwał mu Rozkosznik Uszów.
– Dosyć! Zostaw go!

Smok obrócił głowę. Rozkosznik trzymał w ręku jedną brukselkę. Miał więc tylko jedną szansę na uratowanie Noah. Podbiegł do niego, chwycił go za ogon i pociągnął. Smok skrzeknął z bólu i rzucił się na Rozkosznika. Ten pchnął brukselkę po ziemi do Noah, który zerwawszy się z niej, złapał smoka za tylną łapę i pociągnął do siebie. Powalił go jednym ruchem. Rozkosznik doskoczył i zaczął łaskotać smoka. Gdy ten otworzył paszczę, żeby zanieść się śmiechem, Noah wepchnął mu w nią brukselkę i zamknął. Smok szarpał się, ale nie dał rady się wyrwać spod ciężaru ich obu. W końcu połknął brukselkę. Rozkosznik i Noah puścili go. Ten wyskoczył przez okno, stanął pod drzewem i próbował pozbyć się brukselki ze swojego ciała. Bez powodzenia. Skrzeknął po raz kolejny i uciekł.

– Dziękuję Rozkoszniku. Uratowałeś mi życie.
– Nie ma za co. Tym razem nam się udało. On tu jeszcze wróci, gdy wydali brukselkę, ale miejmy nadzieję, że do tego czasu uwiniemy się z załadunkiem. Wszystkie taczki są uszkodzone. Nie mamy czasu na ich naprawę. Poradzę sobie jakoś z tym, co mam. Niestety na pewno kilka arbuzów nie zniesie podróży taką taczką najlepiej i nie będą nadawały się do załadunku. No nic, trudno. Może nie będzie ich aż tak wiele.

Noah wrócił do obsługi rynny. Pierwsza dorożka została załadowana. Zostało ich dziewięćdziesiąt dziewięć. Nie zdążą. Cienie były coraz dłuższe, a praca na dobre się nie zaczęła. Wiele czasu pochłonęły problemy z rynnami i smokiem, a nie zapowiada się, aby nagle przyspieszyli. Na pewno nie z wadliwymi taczkami.

Rozkosznik wiedział, że sprawy nie idą po jego myśli. Szybko wrzucał arbuzy do taczki, po czym pchał ją biegiem do dorożki. Przez uszkodzone koła, arbuzy odczuwały każdą nierówność. Niektórym udawało się przetrwać cały przejazd, lecz wiele z nich pękało bądź wypadało z taczki. Arbuzów było więcej niż było to wymagane, ale zwyżka nie pokryje wszystkich zniszczeń. Oboje z Noah wiedzieli już, że nawet jeżeli jakimś cudem udało by im się zdążyć z załadunkiem, to arbuzów będzie niewystarczająca ilość. Nie uda im się zapełnić stu dorożek.

Nastała noc. Załadowanych dorożek było pięćdziesiąt. Byli w połowie.

– Rozkoszniku, padam ze zmęczenia. Wracam do domu.
– Tak, tak. Ja też już nie mam siły. Jedźmy. Jutro spróbuję dokończyć załadunek sam. Wiem, że ty idziesz na przedstawienie i spędzasz czas z rodziną.
– Ah, nawet mi nie mów o tym przedstawieniu. Kraina Lodu 2, czy jakoś tak. Oby było to tak dobre, jak opowiadała Emma. Przynajmniej nie zanudzę się na śmierć.


– Cześć Emma, cześć Noah! – przywitał się z daleka Rozkosznik. – Zostało dla mnie trochę lamaciatotte?
– Pewnie! – Noah wstał i nalał pobudzającego napoju do kubka.
– Czy udało ci się Rozkoszniku załadować wczoraj wszystkie brakujące dorożki? Noah właśnie mi opowiadał, że los wam nie sprzyjał.
– Niestety nie. Nie wiem, co my dzisiaj powiemy jegomościowi. Mamy załadowanych 70 dorożek, a arbuzów na kolejne 20. Musimy więc wyprodukować ich więcej.

Rozkosznik opowiedział im o wczorajszym dniu. Gdy przybył na miejsce, nie mógł przez jakiś czas otrząsnąć się z szoku. Nie zdawał sobie sprawy ze strat, które wczoraj ponieśli wraz z Noah. Wiele arbuzów było po prostu zniszczonych i walało się na trasie stodoła-dorożki. Zauważył też, że drzwi i okna od stodoły nie zostały zamknięte odpowiednio. Z reguły związywali je swoimi starymi szatami. Śmierdziały tak strasznie, że nikt, nawet smoki, nie ważył się ich dotknąć. Stodoła dzięki temu była zupełnie bezpieczna. I wszystko, co zostało nimi zabezpieczone.

Widział, jak z okna patrzy na niego smok. Ten obrócił na chwilę głowę, coś syknął i za chwilę z okna wyglądały już dwa smoki. Rozkosznik jeszcze nie załadował pierwszego arbuza, a już wiedział, że nie zdąży.

Przez użeranie się ze smokami i przez wadliwe taczki, udało mu się załadować jedynie dwadzieścia kolejnych dorożek. Niektóre arbuzy albo uległy zniszczeniu podczas transportu, albo zostały użyte, aby odwrócić uwagę smoków.

Gdy Rozkosznik kończył swoją historię, cała trójka podskoczyła, gdy usłyszała nagle:

– Witajcie brygado! Jak się miewacie? Jak wasze zdrowie? A propos zdrowia. Joseph, Dominic! Nalejcie nam szprycera. Hop, hop! Gdzie są moje arbuziki? My się tutaj posilimy, popijemy, a moja świta już zacznie doglądać załadunek.
– Szanowny jegomościu. Zdecydowana większość dostawy jest już gotowa, ale…
– Jak to zdecydowana większość? Rozkoszniku, co ty chcesz mi powiedzieć? Gdzie są moje arbuzy?
– Wystąpiły nieprzewidziane sytuacje, nie byliśmy w stanie…
– Rozkoszniku! Na dzisiaj muszę wrócić do miasta ze stoma dorożkami arbuzów! Mów wreszcie, co się stało!
– Udało nam się załadować siedemdziesiąt dorożek, kolejne byłyby gotowe…
– Siedemdziesiąt!? SIEDEMDZIESIĄT!? Miało być sto! Mówiliście, że będzie sto! Tak też wszystkim powiedziałem! Czeka na mnie w mieście komitet powitalny i wielka uczta z okazji sukcesu naszego miasta! Czeka też lord na swoją umówioną część! Inny lord czeka na nadwyżkę! Wszyscy się zjechali! Uczta już praktycznie gotowa! Wszyscy się zjechali… O nie… O nie…
– Jegomościu, sytuacja była niespodziewana. Los zwrócił się przeciwko nam. Nasz sprzęt…
– Nie obchodzi mnie wasz sprzęt! Wymieńcie go, jeżeli nie działa! Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Nie byłoby tak hucznie, przygotowałbym się… Jak ja to teraz wytłumaczę? Powiedziałem w mieście, że na dzisiaj będzie sto arbuzów. Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Brygado! Mówcie!
– Do ostatniego dnia myśleliśmy, że się uda, że na dzisiaj załadunek zostanie w pełni przygotowany. Ostatnie dwa dni okazały się bardzo pechowe.
– Czego mi nie mówisz Rozkoszniku? Kiedy arbuzy były już dojrzałe i kiedy rozpoczęliście ich załadunek?
– Jegomościu…
– Mówcie kiedy!? Noah, Emma! Kiedy?
– Arbuzy dojrzały około 4 dni temu. Załadunek rozpoczęliśmy 2 dni temu. – powiedział Noah.
– Przeklęci! I nic mi nie powiedzieliście? Przecież przynajmniej siedem dni temu było już wiadomo, że coś może pójść nie tak!
– Bardzo przepraszamy jegomościu, to się więcej nie powtórzy. – powiedziała Emma ze spuszczonym wzrokiem.
– Masz całkowitą rację Emma. Więcej się nie powtórzy. Rezygnuję z waszych usług brygado! Z usług całej waszej wioski!

Gdy to powiedział, jegomość wstał, upił ostatni łyk szprycera, po czym wyszedł.

– Nie dał nam wytłumaczyć. Na pewno by zrozumiał, gdyby tylko nas wysłuchał. – powiedział Rozkosznik patrząc przy tym błagalnym wzrokiem na Noah i Emmę.
– Nie Rozkoszniku. Jegomość miał rację. Przynajmniej siedem dni temu mogliśmy już powiadomić go o ryzyku. Po prawdzie, to w ogóle nie powinniśmy się zgadzać na przyspieszone zbiory i załadunek. Przecież wiedzieliśmy, że to się nie może udać. – odpowiedziała zdenerwowana Emma.
– Nie mogliśmy się nie zgodzić. Od tego zależał sukces jego miasteczka!
– On nas tylko zapytał! Rozumiesz? On nas tylko zapytał, czy bylibyśmy w stanie dostarczyć załadunek szybciej! Nic więcej!
– Teraz jesteś taka mądra! Trzeba było się odezwać trzy tygodnie temu!
– Odzywałam się, ale nie słuchałeś! Mówiłeś wszystko to, co jegomość chciał usłyszeć. Dlatego tak cię nazywają! Rozkosznikiem Uszów!
– Uspokójmy się. – powiedział Noah – Nic już teraz nie poradzimy i na nic zdają się kłótnie między nami. Musimy posprzątać cały ten bałagan po załadunku. Dobrze nam to zrobi. Wszyscy jesteśmy winni. Jesteśmy przecież jedną brygadą. Za wszystko odpowiadamy razem. Zanim zabierzemy się do pracy, zakopmy topór wojenny. Proponuję Dłoń Zgody.

Rozkosznik i Emma przytaknęli, po czym stanęli na przeciwko siebie. Pierwsza zaczęła Emma. Wzięła ogromny zamach otwartą ręką i walnęła w prawą część twarzy Rozkosznika. Ten jęknął cicho z bólu. Teraz jego kolej. Zrobił to szybko i niespodziewanie. Bez większego zamachu, z biodra wystrzelił dłoń wprost w policzek Emmy. Popatrzyła na niego z podziwem, a on lekko się uśmiechnął. Ćwiczył. Dłoń Zgody przeprowadzili jeszcze Rozkosznik z Noah oraz Noah z Emmą. Cały zespół musiał się poddać tej procedurze. Pomagała rozładować emocje po napiętej dyskusji.

Gdy skończyli. Poszli posprzątać stodołę


– Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle. Nie wiedziałem, że jegomość tak się przygotuje do odbioru załadunku. Nie wiedziałem, że zobowiąże się przed innymi. Że będzie uczta. Chciałem, by pomyślał, że jesteśmy dobrzy w naszej pracy. Że nie ma dla nas trudnych sytuacji. Że jesteśmy doświadczeni i kompetentni. No właśnie, na pewno nie przyszłoby mu to do głowy, gdybyśmy odmówili. Gdybyśmy powiedzieli, że nie damy rady. Zrezygnowałby po prostu z naszych usług. – wziął łyk piwa – A może nie? A może cztery tygodnie również by mu odpowiadały? Ach. Już się tego nie dowiem. Co pomyślałbym sołtys, gdybyśmy odmówili? Że się nie nadajemy? Że nie działamy na dobre imię wioski? – wziął kolejny łyk piwa – Ach. Presja była taka duża, a to działo się tak szybko. I jeszcze to oburzenie jegomościa, że nie powiedzieliśmy o ryzyku wcześniej. Przecież gdybyśmy powiedzieli, to wyszlibyśmy na jakichś partaczy, co to się zobowiązują, a potem nie dotrzymują obietnicy. A może by tak nie pomyślał? Może by podziękował? Ach. Czy wiele naszych decyzji było po prostu błędnych, czy może mieliśmy zwykłego pecha? Nie wiem. Nie wiem…

Rozkosznik skończył mówić do maszyny grającej, przy której usiadł w barze. Stuknął o nią kufel z piwem i dopił do końca. Maszyna się włączyła, stary gruchot, a Rozkosznik wstał i zaczął się zbierać. Spojrzał na jedną z brygad siedzącą kilka stolików dalej. Dobrze się bawili. Był z nimi Zachary. Dobry arbuziarz. Sumienny. Nazywał się tak, dlatego że ciągle wołał…

– Za Harrego! Za najlepszego arbuziarza w naszej brygadzie!

Cóż, gdy ktoś zyskuje imię po swoich częstych toastach, wiadomo, że nie często chodzi trzeźwy.


– Cześć Margaret! Cześć Lilian!
– Cześć Rozkoszniku! – odpowiedziały jednym chórem.
– Jak wam minęły wolne dni?
– Tak jak zawsze. Odpoczynek. – uśmiechnęła się Lilian.
– U mnie tak samo. Byliśmy z dziećmi w muzeum arbuza. – powiedziała Margaret nalewając sobie lamaciotte. Popatrzyła pytająco na Rozkosznika, a ten skinął głową. – A ty co robiłeś Rozkoszniku? – zapytała podając mu kubek.
– Byliśmy z Elizabeth na pikniku. Wiem, wiem. Ciągle tylko chodzimy na pikniki. Nic nie poradzę, że tak nam się to podoba.

Margaret podeszła do Lilian i potraktowała jej policzek Dłonią Zgody. Rozkosznik patrzył na nie zdziwiony.

– Pokłóciłyście się? O co?
– Nie pokłóciłyśmy. Lilian przegrała zakład. Obstawiałyśmy, czy znowu piknikowałeś.

Usłyszeli odgłosy na zewnątrz. Przyjechał jegomość. Czekało ich planowanie kolejnej dostawy.

– Witajcie brygado! Jak wasze zdrowie?
– Witaj jegomościu! – przywitała się Lilian – Wszystko po staremu. Proszę usiąść jegomościu.
– Dziękuję Lilian! Jak bieżąca dostawa?
– Wszystko zgodnie z planem.
– Cudownie! W takim razie możemy porozmawiać o przyszłej dostawie. Posłuchajcie. Stała się rzecz niesłychana! Mamy ogromną szansę na sukces! Nasze miasteczko może być na ustach wszystkich. Otóż w miasteczku nieopodal otworzy się bazar. W czasie tego bazaru okoliczne miasteczka mogą przyjechać i handlować swoimi dobrami. Nasza delegacja również się tam wybiera!
– Jegomościu, to wspaniale! – powiedziała rozradowana Margaret.
– Tak, tak! Bazar otwiera się za trzy tygodnie. Abyśmy byli w stanie przygotować wszystkie towary, które chcielibyśmy tam przedstawić, potrzebujemy stu dorożek arbuzów. To bardzo ważne. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej szansy.
– Cóż, trzy tygodnie to mało czasu jak na takie duże zamówienie. Moglibyśmy mieć z nim sporo problemów. Aczkowiek może warto spróbować.
– Lilian! Byłoby cudownie!
– Może gdybyśmy zrezygnowali z niektórych testów i narad? – zaproponowała Margaret.

Jegomość nie krył zachwytu. Lilian i Margaret wiedziały, że to zamówienie jest prawie niemożliwe. Kilka razy wcześniej podobne zamówienia się nie udawały. Natomiast miały nadzieję, że może tym razem wszystko pójdzie dobrze. Rozkosznik przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Początkowo ucieszył się widząc rozradowaną twarz jegomościa, lecz po chwili przypomniał sobie sytuację sprzed kilku miesięcy.

– Nie. – powiedział stanowczo Rozkosznik wprawiając tym samym wszystkich w osłupienie – To znaczy, nie tak szybko. Jegomościu, prawda jest taka, że możemy w trakcie tego spotkania postanowić, z których etapów produkcji zrezygnujemy, żeby zdążyć na czas. Natomiast nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł. Poszczególne etapy zapewniają stałość produkcji, a także jej jakość oraz bezpieczeństwo. Gdy z nich zrezygnujemy, produkcja stanie się nieprzewidywalna, a nasza deklaracja będzie miała wysokie ryzyko niepowodzenia. Trzy tygodnie na sto dorożek, to za mało dla naszej trzyosobowej brygady. Potrzebowalibyśmy co najmniej kolejnych trzech osób. Musiałoby to zostać uzgodnione z sołtysem. Pierwszy tydzień przeznaczylibyśmy na wdrożenie tych osób w nasz system produkcji, a kolejne dwa na wykonanie zadania. Natomiast w trzy osoby zdołalibyśmy dostarczyć około siedemdziesięciu pięciu dorożek. Dalibyśmy radę dostarczyć ich sto, ale pod warunkiem, że dwadzieścia pięć dorożek zawierałyby niedojrzałe arbuzy. Innych wyjść póki co niestety nie dostrzegam.
– Rozumiem Rozkoszniku. Wielka szkoda, wielka szkoda. Niestety nie byłbym w stanie zapłacić za dodatkowe osoby. Wydaje mi się natomiast, że trochę niedojrzałych arbuzów moglibyśmy odpowiednio wykorzystać. Zróbmy więc tak, że wy zaczniecie już produkcje, a ja wam dostarczę informację, które gatunki arbuzów mogą być niedojrzałe.
– Świetnie – odpowiedział Rozkosznik – Lilian, Margaret, co myślicie o takim rozwiązaniu?
– Zróbmy tak – odpowiedziały chórem.

Spotkanie z jegomościem trwało kilka godzin. Kilkukrotnie próbował ich jeszcze namówić na sto dorożek dojrzałych arbuzów, ale brygada raz za razem nie deklarowała się na dostarczenie tak dużej dostawy w tak krótkim czasie. Gdy w końcu jegomość odjechał, Lilian, Margaret i Rozkosznik wrócili napić się lamaciotte. Czekało ich sporo pracy.

– Rozkoszniku, chciałam ci powiedzieć, że zaskoczyłeś mnie dzisiejszą postawą i rozmową z jegomościem. O mały włos nie wpakowaliśmy się w tykającą bombę – Lilian nie kryła podziwu.
– Tak! Ja również chciałam ci podziękować. O mały włos. – dodała Margaret.
– Dziękuję wam. To wiele dla mnie znaczy. Od kiedy pamiętam zwali mnie Rozkosznikiem Uszów. A było tak dlatego, bo zawsze mówiłem to, co jegomościowie chcieli usłyszeć. Nie kończyło się to zwykle dobrze. Dzisiaj przekonałem się, że więcej zdziałam mówiąc prawdę, nawet jeżeli nie zawsze jest ona na rękę jegomościowi. Dzięki temu nic go nie zaskoczy i może się przygotować na każdą ewentualność. Od dzisiaj mówcie mi…

Szczerośnik W-Oczów


Minęły kolejne miesiące. Współpraca jegomościa z brygadą układała się wyjątkowo dobrze. Jegomość przedstawiał swoje potrzeby oraz pomysły, a brygada informowała o możliwości ich realizacji, przedstawiała różne opcje, dawała znać o ryzykach i potencjalnych zagrożeniach. Jegomościowi, co może wydawać się dziwne, w gruncie rzeczy odpowiadało takie nastawienie brygady. Dzięki temu zawsze wiedział, że brygada jest z nim szczera, mógł odpowiednio reagować i zadbać o swoje miasteczko.

Szczerośnik nauczył się jednej ważnej rzeczy:

Szczerość we współpracy nadaje jej odpowiedni grunt do zasiania dobrych relacji. Z dobrych relacji z kolei wyrastają owocne plony. Pochlebne słowa i półprawdy powodują zachwaszczenie gruntu i sprowadzają pasożyty, które należy wytępić. Plony nie są już wtedy tak dobre.

Był pijany, gdy ta myśl wpadała mu do głowy, ale spodobała mu się. Kieruje się nią po dziś dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *