Junior – wstęp

Dzisiejszy wpis jest dla mnie bardzo ważny. Byłem kiedyś juniorem. Nigdy nie wiem, gdy rozmyślam o początkach swojej kariery, czy powinienem myśleć o sobie w tamtych czasach jako o juniorze czy raczej jako o stażyście – nie ma to chyba większego znaczenia, obie te etykiety mniej więcej znaczą to samo. Etykiety, nie lubię ich. Zawsze mam problem z tym, którą wybrać, dlatego dzisiaj nie używam żadnej. Dzisiaj jestem po prostu programistą. W każdym razie użyłem słowa “junior”, żebyśmy wszyscy wiedzieli, że chodzi o moje początki w IT.

Byłem kiedyś juniorem. Niektórzy z nas nadal nimi są, niektórzy dopiero nimi będą. Nie da się tego przeskoczyć. Zawsze trzeba od czegoś zacząć. Zawsze jest moment, w którym nie wiemy nic. Skoro już poruszyłem wątek etykiet, to juniora definiuję jako osobę, która się uczy, po prostu – nie wie czegoś i chcę się tego nauczyć, na przykład od kogoś. Często potrzebują pomocy, szczególnie, gdy pierwszy raz mają styczność z jakimś zagadnieniem. Nie zawsze wiedzą, jak o nią prosić. Nie zawsze wiedzą, że to nie ujma. Proszenie o pomoc wymaga odwagi. Nie tak łatwo jest przyznać się przed sobą, że czegoś nie potrafimy. Nie tak łatwo przychodzi nam powiedzieć: “Nie wiem, nie potrafię, pomóż”.

Zacząłem od tego, że wpis ten jest dla mnie bardzo ważny. Pamiętam moje początki stawania się programistą. Pamiętam je dlatego, że mnie poniekąd zdefiniowały. Wtedy nazywałem się juniorem, a dzisiaj? Minęło wiele lat od tamtej pory, leczy gdybym miał stanąć przed Robertem Martinem, to w jego majestacie (o Wszechmocny Wujku Bobie!) nie czułbym się nikim więcej, tylko juniorem, młodym programistą, który patrzy właśnie na programistę seniora, znacznie starszego od siebie i znacznie bardziej doświadczonego. Czy nie tak powinniśmy siebie postrzegać? Relatywnie? Junior-senior, taka relacja ma dla mnie sens. Pierwszy: uczy się, popełnia błędy, jest pełen zapału przed nowym wyzwaniem, często myśli, że wie już wszystko. Drugi: doświadczony w danym zagadnieniu, wiele widział i przeszedł w związku z nim, przez to zdaje sobie sprawę, jak wiele jeszcze nie wie, pozwala pierwszemu popełniać błędy, nie ocenia, jest cierpliwy, służy pomocą i dobrą radą. Tak długo, jak po ziemi stąpać będą Wujek Bob, Kent Beck, Martin Fowler i wielu innych programistów, których sobie cenię, programistów starszych i przewyższających mnie doświadczeniem, tak długo będę juniorem, który chce się od nich uczyć, który popełnia błędy.

W życiu jest podobnie, dla swoich rodziców zawsze będziemy dziećmi. Uczymy się od nich, lecz nie zawsze ich rozumiemy, nie zawsze się z nimi zgadzamy. Nawet jeżeli znamy nowsze technologie, z którymi nasi rodzice nie potrafią sobie poradzić w dzisiejszych czasach, to mądrością życiową i doświadczeniem przewyższają nas nieporównywalnie. Gdy na świat przychodzą nasze dzieci, to co wtedy? Stajemy się rodzicami. Czy to znaczy, że przestajemy już być juniorami? Dla naszych dzieci jesteśmy seniorami, wzorem, z którego one czerpią i w który są wpatrzone. Aczkolwiek nadal jesteśmy juniorami względem swoich rodziców.

Relatywny junior-senior pasuje do mojego postrzegania rzeczywistości znacznie lepiej, niż bezwzględne etykiety. Dlatego na początku wspomniałem o tym, że dzisiaj mianuję się po prostu programistą. Żebym mógł wstawić słowo “junior” przed słowem “developer”, kiedy tylko mam na to ochotę. Nikt nie ma prawa mnie wtedy oceniać, bo nikt nie będzie wiedzieć, przed kim dzisiaj stoję i w kogo się wpatruję. Co z innymi etykietami? Gdzie znajdują się “regular” czy “mid”? Gdzie są “principal” czy “architekt”? Jaka jest między nimi relacja? A może jej nie ma? Może są to funkcje? Dlaczego w takim razie przeplatają się one z relacjami? Nie wiem. Może te połączenia mają jakiś sens. Nie wszystkie etykiety, często złączone w jedną długą, są dla mnie zrozumiałe. Również to, dla kogo one tak naprawdę są. Czy my tak bardzo potrzebujemy opisywać się tymi różnymi etykietami, potrzebujemy za wszelką cenę odróżnić się od innych? Czy może potrzebują tego firmy, by łatwiej im było nas sklasyfikować, skusić? Czy “programista/programistka”, to już za mało? Przepraszam, znowu odpłynąłem… Jeszcze raz.

Ten wpis jest dla mnie bardzo ważny. Moje początki bycia programistą pamiętam, jakby to było wczoraj. W znacznej większości są to miłe wspomnienia, miłe chwile. Ale nie tylko. Spotkały mnie sytuacje i zachowania, które odcisnęły piętno na mojej programistycznej duszy, które nawiedzają mnie do dzisiaj i które nadal zauważam w różnych miejscach i sytuacjach. Od nich się już nigdy nie uwolnię. Pociągnęły one za sobą kolejne decyzje, które sprawiły, że jestem tu, gdzie jestem i robię to, co robię. Zapraszam was do opowieści o juniorze. Niektóre sytuacje przydarzyły się mnie, niektóre znam z opowieści, niektórych byłem świadkiem. Ta historia pomoże mi przekazać myśl, którą chciałbym się dzisiaj z wami podzielić. Jeżeli sama historia nie interesuję cię aż tak bardzo, możesz spokojnie ominąć Akt I oraz Akt II i przejść do podsumowania. No dobrze, zacznijmy od początku. Junior – Akt I.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *