Erotyk programistyczny

Promienie słońca muskały mnie nieśmiało w powieki. Lubiłem się z nimi przekomarzać. Przeczekać ich pierwotną delikatność i sprowokować do wyszarpania mnie z łóżka. Coraz bardziej nachalne i coraz cieplejsze nie pozwalały mi już dłużej spać. Nie szkodzi. Wypoczęty przeciągnąłem się na skraju materaca. Stopy wtopiły się w miękki włos dywanu, a palce rozpoczęły poszukiwania kapci. Gdy je znalazły, weszły w nie idealnie dopasowane. Jak gdyby zawsze do siebie należały. Wstaję, czas doprowadzić się do stanu używalności.

Poranne przygotowania kończą się w kuchni. Zawsze. Już z daleka się z nim witam. Bez niego życie nie miałoby sensu. Bez niego każdy poranek byłby tak samo szary. To on pomaga mi się wybudzić z dnia poprzedniego. To on stawie grubą kreskę pomiędzy tym, co było wczoraj, a początkiem dzisiaj. Kładę na nim swoją dłoń. Mój stary przyjaciel. Wyciągam palec w jego stronę i, nie za mocno ani nie za lekko, wybudzam go. Szczęśliwy miga do mnie, buczy i wibruje mówiąc: “Dzień dobry! Cóż za piękny dzień, nieprawdaż?”. “Witam przyjacielu. Doprawdy jest przepiękny.” – odpowiadam mu. “To co zawsze, paniczu?”. “Oczywiście, czytasz mi w myślach.”. Garść brązowych, aromatycznych ziarek znika, by po chwili przemienić się w cudowną ciecz, niczym brzydkie kaczątko przemienione w pięknego łabędzia.

Chwytam palcami dłoni za ucho filiżanki. Podnoszę nieprędko, aby droga tej czarnej mikstury do moich ust trwała na tyle długo, bym zdążył zachwycić się jej zapachem. Unosi się on już w całym domu. Wkradł się łatwo przez mój nos i atakuje swym agresywnym i kwaśnym pięknem każdą komórkę mojego ciała. Pobudzony w jednej chwili. Najlepsze dopiero przede mną. Mały łyk, tak na początek, tak by podroczyć się samemu ze sobą. Mały łyk, a tysiące kubków smakowych eksploduje. Mały łyk, a nie pragnę już niczego więcej, tylko kolejnego i kolejnego. Jedna kropla wydostała się kącikiem mych ust. Płynie przez policzek i szyję, by zatrzymać się na mojej piersi, wyschnięta. Cudowny smak, cudowne uczucie.

Otwieram drzwi do pokoju, w którym znajduje się moje biuro. Pachnie jeszcze wczorajszymi zmaganiami. Uśmiecham się lekko na samą myśl o ostatnich dniach. Wciąż to robię, wciąż w to wchodzę, wciąż to kocham.

Podchodzę do biurka, odkładam kawę po prawej stronie laptopa, spoglądam na niego przez kilka sekund, przyciągam do siebie krzesło, które sunie niemo po szarych panelach, uginam lekko kolana i siadam. Odchylam ciało do tyłu, a uradowane plecy wtapiają się w miękką siatkę. Kładę ręce na kolanach i biorę głęboki, drżący wdech. Po moich plecach przechodzą ciarki. Powoli wyciągam prawą dłoń w stronę klawiszy. Palec wskazujący wysuwa się nieśmiało przed szereg. Gdy już miał się zetknąć z czytnikiem linii papilarnych, powstrzymałem go. Spojrzałem jeszcze raz w ekran laptopa. Czy na pewno chcę to zrobić? Czy jestem gotów na kolejny dzień? Jak moja przygoda potoczy się dzisiaj? Palec lekko drgnął. Musnął czytnik najpierw swoim czubkiem i powoli, delikatnie odsłaniał przed nim kolejne połączenia unikalnego wzoru, by na końcu całkowicie się obnażyć. Laptop ożył w mgnieniu oka. Widzę każdy kolor, każdy piksel odbija się w moich brązowych oczach. Źrenice zrobiły się ogromne, jakby organizm przyjął właśnie sporą dawkę narkotyków. Był podniecony. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę złączeni palcem i czytnikiem. “Witaj.” – powiedział do mnie laptop – “Jesteś tego pewien?”. “Tak.” – odpowiedziałem pełen nadziei. Wstrząs elektryczny przeszył moje ciało. Czy to laptop, czy moja wyobraźnia?

Przesuwam swój wzrok w prawą stronę, by zatrzymać go niedaleko odłożonej przeze mnie wcześniej kawy. Tam znajdowała się ona. Idealnie dopasowana do mojej dłoni, nieodłączny kompan mej podróżmy, zawsze wierna. Moja myszka. Złapałem ją zdecydowanie i kliknąłem mocno. Ona zareagowała jak zawsze – czujna i chętna kolejnych wyzwań, kolejnego dnia – uruchomiła wybrany przeze mnie program. Tańczyliśmy przez chwilę, moja dłoń i ona. Było to tango, zmysłowe, w jednej chwili agresywne wręcz, by zaraz potem w silnym, intymnym złączeniu, zwolnić, zastanowić się, przesunąć nieco. Przyspieszenie, przyciśnięcie myszki z lewej strony, z prawej, chwila zawahania, delikatne przesunięcie palcem po jej gładkiej powierzchni, zryw, agresywne przesunięcie, powrót, ponowne złączenie.

Jestem gotowy. Przeszył mnie dreszcz emocji. Oto przede mną zadanie. Na dzisiaj? Na kolejne dni? Nigdy nie wiadomo. Przy każdym z nich czuwa anioł – czasami pomocny stróż, dzięki któremu, mile zaskoczeni, z czystą przyjemnością kończymy zadanie przed czasem, a czasami ten strącony do piekieł, Mefistofeles zadań, demon uprzykrzający nam każdą minutę, przez którego wyrywamy sobie włosy z głowy, patrzymy w sufit, chodzimy na spacery. Demon ognisty, który pozbawić chce nas naszego Gandalfa kreatywności, Gandalfa dobrych praktyk, który zawsze znajdzie sposób, by w ostatniej chwili ściągnąć go w bezmierne czeluście, a którego znowu nie jest tak łatwo odzyskać. Morale spadają. Jak będzie dzisiaj? Który z aniołów stoi przy tym zadaniu, który z nich czuwa? Czy otrzymam partnera, czy przyjdzie mi stoczyć walkę?

Czytam wymagania w skupieniu, w ciszy – tej wyimaginowanej, bezsłuchawkowej. Nic, prócz wymagań się teraz nie liczy, nic i nikt. Świat nie istnieje. Nie potrzebuję teraz szumów. Wszystko wokół zostało wyciszone, niczym świat na pilot, tylko z jednym przyciskiem – wycisz. Pochłaniam każdą linijkę, każdą literkę, jak gdyby od tego miało zależeć moje życie. Euforia, dziesiątki pomysłów. Nie wiem już czy czytam wymagania, czy kod. Rozwiązanie tworzy się na bieżąco. Mózg w jednej chwili podzielony na pół, gdzie jedna część czyta, druga już tworzy, proponuje, wymyśla. Idealna maszyna zasilana kawą. Temperatura mojego ciała rośnie, a wraz z nim podniecenie. Wrę cały zagotowany. Już dochodzę do końca. Ostatnie zdania, ostatnie punkty.

Już wszystko jasne. Zrozumiałem. Przyjąłem, odbiór. Melduję mentalną gotowość do działania. Uspokajam się, ostygam. Wiem, jak to zrobić, zdradził mnie uśmiech w kąciku ust. Otwieram IDE. Rozpoczynam powoli. Muskam klawisze. Delikatnie. Sprawdzam pomysły. Najpierw jeden. Potem drugi. Wiedziałem, że to nie one. To byłą tylko rozgrzewka. Czas na ten właściwy. Musiałem się tylko upewnić. Przyspieszam nieco. Przyspiesza również mój oddech. Stepuję, wystukując rytm. Piękny rytm, kreatywny stukot, stuk, stuk, stuk. Linijka po linijce tworzy się rozwiązanie. Mózg połączony bezpośrednio z dłońmi. Radzą sobie beze mnie. Oczami wyobraźni siadam i obserwuję samego siebie z wnętrza głowy. Projektorem mym oczy. Tylko patrzę, nie przeszkadzam. Tworzy się sztuka.

Z błogości wyrywa mnie on. Anioł. O nie… Nie przewidziałem bardzo ważnego czynnika, części systemu, w której moje rozwiązanie nie zadziała. Jest błędne. Jak to się stało? Jak to przeoczyłem? O nie… Jestem związany. To była pułapka! Dałem się w nią wciągnąć. Związane ręce za oparciem krzesła. Usta zatkane piłeczką. Nogi związane przy podstawie. Nie mogę się ruszyć. Mefistofeles. Wychodzi z ekranu laptopa, śmieje się diabelsko, przerażająco. Odpycha mnie, krzesło zatrzymuje się na ścianie. Jedną rękę schowaną ma za plecami. Co on tam kryje? Czym mnie zaskoczy? Nagle obrywam w twarz otwartą dłonią. Skóra na moim policzku piecze lekko się zaczerwieniwszy. Znowu chlast, w drugi policzek, tą samą dłonią, tym razem powracającą z poprzedniego uderzenia. W szoku nie potrafię myśleć. Próbuję się uwolnić. Szarpię się. Udało mi się wyswobodzić ręce, sprawdzam prędko jedną łatkę. Mefistofeles obserwuje zaniepokojony. Działa! Tak! To będzie to! Może nie najpiękniejsze, ale póki co wystarczy. Nagle Mefistofeles kładzie dłoń na mojej klatce piersiowej i z dużą siłą odpycha mnie od laptopa, po czym szybko związuje ponownie me ręce. Łata co prawda zadziałała dla jednego przypadku, ale w innej części spowodowała całą masę nieznanych mi błędów. Demon siada mi na kolanach. Przestaje ukrywać przedmiot za plecami. Pejcz. Uderza mnie w tors. Nie za mocno, chciał jedynie bym poczuł lekki ból. Jako zapowiedź znacznie większego. “Znowu chcesz się bawić w ten sposób?” – zapytałem, a on tylko się uśmiechnął. Chlast. Tym razem mocniej. “Dobrze. Sam tego chciałeś.” – kącik mych ust drgnął nieznacznie ku górze.

Dostaję w twarz jedną dłonią, drugą obrywam pejczem. Naprzemiennie. Ciało mi czerwienieje. Rozgrzane kolejnymi ciosami. Początkowa panika mija. Odzyskuję ostrość umysłu. Wyswobadzam ręce i odpycham Mefistofelesa. Mam kila sekund, wystarczy, by uwolnić nogi. Uśmiecham się. “O ty niesforny. Wyjątkowo dzisiaj jesteś niegrzeczny.”. Muszę spróbować innego rozwiązania. Doskakuję do zmieszanego Mefistofelesa. Łapię go za ręce i tym razem to ja przywiązuję go do krzesła. Podnoszę pejcz z ziemi, a w powietrzu słychać już jedynie delikatny świst zakończony trzaskiem zetkniętych końcówek pejcza z ciałem rogatego demona. Zadanie okazało się znacznie trudniejsze, niż przypuszczałem, ale przyjmuję wyzwanie. Uderzyłem Mefistofelesa jeszcze raz, po czym podbiegłem do laptopa. Stuk, stuk stuk. Jeszcze szybciej i jeszcze mocniej. Klawisze okazały się obrywać rykoszetem. Nigdy nie uczestniczą w tej walce, ale zawsze, razem z myszką, również im się obrywa. Nagle znienacka otrzymuję klaps. I kolejny. Nie obracam się. Euforia rośnie, palce przyspieszają, nagle zwalniają i znowu nabierają prędkości. Tango.

Nie, to nie zadziała. Kolejny klaps, znacznie mocniejszy. Wydaję z siebie stłumiony krzyk. Zapomniałem o piłeczce w ustach. Wyciągam ją, a w tym samym momencie jakaś potężna siłą scala mnie ponownie z krzesłem. Tym razem twarzą do oparcia. Otrzymuję kolejne ciosy. Nic z tego, co wymyślam, nie zadziała. Łata na łacie, programowanie przypadkowe. Jak to zrobić? Jak to rozwiązać? Nie wiem, jak się wydostać, spętany losowymi, słabymi pomysłami. Obrywam z każdym kolejnym błędem, z każdymi niedoskonałościami mojego IDE. Czuję się bezradny. Szarpię mocniej. Wyrywam się z – którym to już? – pomysłem, lecz tym razem ląduję na podłodze. Każdy kolejny cios jest mocniejszy. Boli coraz bardziej, mam coraz mniej sił, tych mentalnych. Nie mogę myśleć. To zadanie robi ze mną, co chce. Nie jest już tak delikatne, jak na początku. Przewraca mnie na ziemię, skacze po mnie, krzyczy, bije, kładzie nogę na mojej piersi w zwycięskim geście. Powoli tego nie wytrzymuję. Jak się stąd wydostać? Za każdym razem jest podobnie – czuję dreszczyk emocji na każde nasze spotkanie, potem jednak żałuję. Dlaczego wciąż to robię? Nie skończyłem myśli, a znowu klaps. Klaps, chlast, klaps.

Dzień myli mi się z nocą. W letargu wręcz narkotykowym nie potrafię odróżnić rzeczywistości od fikcji. Nie wiem jak dużo spędziłem czasu w biurze, czy z niego wychodziłem. Na pewno nie mentalnie. Byłem tam przez cały czas. To zadanie nie pozwalało mi zasnąć. A może spałem? A może prowadziłem tę walkę również we śnie? Być może.

Kolejne próby, kolejne porażki. Czułem jednak, że zbliżam się do rozwiązania. Umysł był zmęczony, natomiast ciało w ciągłym pobudzeniu. Nie protestowało przeciwko kolejnym uderzeniom. Tylko dzięki niemu byłem w stanie po raz kolejny podejść do klawiatury. Spróbować kolejnego rozwiązania. Chlast. I kolejnego. Chlast. Zmęczony, jednak z lekkim uśmiechem, nie poddawałem się. Byłem zahartowany. To przecież nie pierwszy raz. Gdy mija kryzys, gdy odzyskuję spokój, potrafię niejako odciąć receptory bólu, nie reagować na niego, stłumić tę część mózgu, która go powoduje.

Znowu w nim jestem. Znowu udało mi się w niego wejść. Teraz już nic mnie mnie powstrzyma. Wrócił Gandalf. Mózg znowu połączył się bezpośrednio z dłońmi. Odsuwam się. Widzę siebie uderzającego agresywnie i szybko w klawisze. Widzę też Mefistofelesa. Przestał mnie bić. Patrzy teraz zszokowany. Patrzy i nie dowierza. To się zaraz stanie. To się już dzieje. Jestem coraz bliżej. Już prawie. Już jestem!

Tak! Mam! To działa! Eksploduję z radości! Rozwiązanie w szczycie euforii przelało się na ekran laptopa! Udało się. Udało się…

Oddech wraca do normy. Krople potu spływają po ciele, schładzając je powoli. Euforia uchodzi z ciała, włosy przestają się jeżyć, dreszcze ustają.

Działa. Nie ma nic piękniejszego. Działa. Upewniam się. Działa. Sprawdzam kod, jest czytelny, jest piękny, jest przetestowany. Działa.

Tak. Już wiem, dlaczego zawsze do ciebie wracam. Uradowany i oswobodzony psychicznie, zamykam laptopa i odchodzę. Naćpany endrofinami.


Promienie słoneczne przepędzają zaspaną melatoninę z mojego organizmu. Wstaję. Przeciągam się na skraju materaca. Kolejny dzień.


Trudna to miłość, wiem. Jestem na głodzie. Nic na to nie poradzę.

Otwieram drzwi do pokoju, w którym znajduje się moje biuro. Pachnie jeszcze wczorajszymi zmaganiami. Uśmiecham się lekko na samą myśl o ostatnich dniach. Wciąż to robię, wciąż w to wchodzę, wciąż to kocham.