Agnieszka

Tego lata słońce dawało się we znaki. Początek czerwca wymagał od turystów posiadania wody pitnej pod ręką praktycznie przez całą dobę. Kto by się tego spodziewał? Wiatraki oraz mobilne klimatyzatory były w tym okresie w modzie. Można było zarobić na ich sprzedaży krocie. Lato zaskoczyło Polaków.

Miała 19 lat. Była młodą i wesołą dziewczyną uczęszczającą do Liceum Ogólnokształcącego w Głogówku. Był to jej ostatni semestr w tej szkole. Czas rozstań, któremu towarzyszył smutek połączony jednocześnie z ekscytacją nowymi wyzwaniami, nową przygodą. Czas podsumowań, pauzy, zastanowienia się nad swoim życiem. “Co teraz? Czym chciałabym się zająć?”, te myśli miały towarzyszyć Agnieszce przez całe wakacje.

Wracała do domu słysząc w oddali ostani dzwonek szkolny. Wybiegła, gdy go tylko dotarł do niej jego dźwięk. Spakowała swoje rzeczy i zniknęła z klasy błyskawicznie, bo nie zniosłaby dramatu, na który zanosiło się od dłuższego czasu. Nie zniosłaby tych wszystkich łez, smutnych twarzy i atmosfery rozstania na zawsze. Nie chciała tego. Blokowała w sobie myśl, że to już koniec, że trzy lata minęły i z niektórymi osobami nie spotka się jutro, za tydzień, za miesiąc, może nawet nigdy.

Wracała do domu sama trzymając w ręku bilet kolejowy do Mikołajek, gdzie spędzić miała kolejne dwa miesiące. Sama. Chciała odpocząć, pomyśleć w samotności, w odosobnieniu, otoczona naturą, wschodami i zachodami słońca. Wielu jej znajomych namawiało ją na mnóstwo innych wyjazdów – w końcu to ostatnie wspólne wakacje, prawda? – jednakże Agnieszka postawiła na swoim, wiedziała, co w tej chwili naprawdę może pomóc jej odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.

Nazajutrz, z samego rana, Agnieszka czekała na stacji kolejowej wypatrując pociągu. “Ucieka, ale od czego?”, pomyślało o tym pośpiechu wielu jej przyjaciół. Stała tam sama, w końcu to pierwszy dzień wakacji. Gdy przyjechał, zajęła miejsce pod oknem, gdzie uwielbiała spędzać czas podróży. Obserwowała zmieniający się krajobraz, ludzi czekających na innych stacjach. Zawsze zastanawiała się, gdzie podążają, jak wygląda ich dzień, ich życie. Chciałaby znaleźć się w ich głowach, w miejscu odpowiedzialnym za projekcje obrazu, widzieć to, co oni widzą. Wydawało jej się to fascynujące.

Czas minął jej szybko i gdy dotarła na miejsce, odetchnęła cudownym powietrzem. Zamknęła oczy i nie robiła nic innego, tylko oddychała przez krótką chwilę. Gdy je otworzyła, stał przed nią chłopak.

– Cześć. – uśmiechnął się, a Agnieszka nie potrafiła od niego oderwać wzroku – Jestem Bogusz. Czy mogę pomóc ci z twoją walizką? Przystanek autobusowy jest po drugiej stronie, nie znowu aż tak daleko, ale pomyślałem, że przyda ci się pomoc.
– Ym, cześć – zmieszana Agnieszka nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie wiedziała nawet, czy dobrze go zrozumiała, gapiła się tylko na ten jego uśmiech – Jasne, dzięki. – również się do niego uśmiechnęła, gdy w końcu odzyskała kontrolę nad swoją twarzą. – Jestem Agnieszka.

Poszli więc razem w stronę przystanku autobusowego. Stamtąd musiała dostać się do chatki nad jeziorem. Była nią zachwycona od pierwszego wejrzenia. Z jednej strony jezioro, z drugiej nieopodal las, a więc to, co w naturze kochała najbardziej.

– Bogusz, czy wiesz może, czy ten dom znajduje się daleko stąd? – pokazała mu telefon z nazwą i adresem miejsca.
– Wiem doskonale. Podwiozę cię tam, to jedynie kilka minut drogi. Nie ma sensu czekać na autobus.

Wysiadając z samochodu Agnieszka poczuła na policzku delikatną wilgoć. I znowu.

– Z reguły mamy tutaj bezchmurne niebo, ale zdarzają się też deszcze. Pośpieszmy się, to może uda nam się nie zmoknąć. – powiedział do niej.

Wzięli bagaże i potruchtali pod drzwi. Na szczęście nad nim znajdował się mały daszek. Ściśnięci odetchnęli, zdążyli.

– O nie… Zapomniałam skontaktować się z właścicielem. Prosił, żebym dała mu znać, gdy wysiądę z pociągu. No nic. Bardzo ci dziękuję, poczekam już tutaj na niego sama. Już i tak wiele dla mnie zrobiłeś.

Bogusz sięgnął do kieszeni, wyciągnął klucze i otworzył chatkę. Wszedł do środka i postawił walizkę koło szafy na wierzchnie ubrania i buty.

– Zapraszam. – i znowu ten uśmiech.
– To… ty jesteś właścicielem. – Agnieszka nie potrafiła ukryć swojego zdziwienia.

Oprowadził ją po tym zaczarowanym miejscu. Jak się później dowiedziała, to on je urządził. Mieli podobny gust. Chatka była niewielka, składała się jedynie z salonu, w którym królowała butelkowo-zielona, zamszowa kanapa, sypialni z prostym materacem oraz łazienki. Do salonu dołączony był aneks kuchenny oraz niewielka lodówka. Całość miała rustykalny charakter, każde miejsce wypełnione było roślinami, wiszącymi lampkami, świecami ocieplającymi – nie tylko swym płomieniem, ale również i barwą – drewniane deski ścian i podłogi. Piękny naturalny zapach, brak telewizora czy radia, wygląd – łatwo jest się zakochać w tym miejscu. Dlatego też je wybrała.

– Słuchaj Agnieszka… Wieczorem w tawernie przy porcie organizowana jest dzisiaj zabawa inaugurująca wakacje. Wybieram się tam z moimi przyjaciółmi, miałabyś ochotę do nas dołączyć?
– Jasne. – nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Normalnie odmówiłaby, potrzebowała przecież samotności, dlatego się tutaj znalazła. Tak jej się przynajmniej wydawało.

Stanęła przed wejściem do tawerny, z której dochodziły dźwięki głośnej muzyki, krzyki i śmiechy. Dzień minął jej wolno, minuta po minucie. Łapała każdą chwilę łapczywie obserwując nowe obrazy, ludzi, zachowania, bez pośpiechu, bez zegarka, w pełni świadoma swoich uczuć. Nie wszystkich.

– Agnieszka! Wchodź do środka!

W środku było wszystko to, czego można było spodziewać się po tawernie w pierwszy dzień wakacji, a więc szczęśliwi młodzi ludzie, muzyka oraz, ku jej zdziwieniu, wino, mnóstwo wina.

– To miejsce jest nietypowe! Wakacje oznaczają dla nas dużo wina i mało snu. Piwo pijemy przez cały rok, a po winie tak głowa nie boli, dzięki czemu poranki są bardziej znośne. – wytłumaczył jej Bogusz. – Spróbuj, smakuje jak sok z jagód!

Tak minął jej pierwszy dzień wakacji. Dźwięk ostatniego dzwonka jeszcze do końca nie ucichł w jej wspomnieniach, a ona bawiła się już w ramionach nieznajomego, w zupełnie nowym miejscu, zupełnie sama. Czy on na pewno był dla niej nieznajomym? Czy może znała go bardzo dobrze, lecz po prostu go wcześniej nie znalazła?

Nie trwało to długo, byli jak magnesy o przeciwnych biegunach. Zakochali się od pierwszego wejrzenia. Kolejnego dnia po zabawie w tawernie, Bogusz zapukał do jej drzwi, otworzyła mu i zaplanowali wspólnie cały dzień. Tak już zostało do końca wakacji, codziennie stawał w jej drzwiach uśmiechnięty od ucha do ucha, z czasem witając się zawsze tym samy zdaniem: “Dzień dobry, moje śliczne ty kochanie.”.

Spacerowali po lesie, a gdy robiło się ciemno, siadali nad brzegiem jeziora oświetleni światłem księżyca. I rozmawiali, i pili wino, i śmiali się, i chłonęli swoje towarzystwo.

Tak mijały tygodnie, najcudowniejsze tygodnie w jej życiu. Czasu to nie obchodziło, czas jest nieubłagany i brutalny. Koniec wakacji się zbliżał dużymi krokami. Na ostatni dzień planowana była zabawa, pożegnanie, oczywiście w tawernie. Nie cierpiała pożegnań, chciała uciec, ale jej magnes, jej serce na to nie pozwalało.

– Jesteś. Nie byłem pewny, czy przyjdziesz.
– Nie mogłabym inaczej, nie tym razem. – powiedziała patrząc mu głęboko w oczy, po czym rzuciła mu się w ramiona.

Smutek, radość, ból, ekstaza, wszystko to wymieszało się w jednym momencie. Nastąpił wybuch uczuć, rozsądek nie miał tu wiele do powiedzenia. Kochali się w męskiej ubikacji, pełni namiętności, jak gdyby więcej mieli się nie zobaczyć. Nie mogli na to pozwolić, nie mogli dać się pochłonąć tej myśli.

– Za rok w tym samym miejscu. Chatka będzie na ciebie czekać. Przyrzeknijmy to sobie, przyrzeknijmy na Boga. Chcę być tylko z tobą, na zawsze. Wymyślimy jak, tylko wróć.
– Przyrzekam.


Szara rzeczywistość. Nie interesowała go absolutnie, nie po tym, czego doświadczył, nie po tych wakacjach. Znalazł swoją bratnią duszę, nie, to było coś więcej.

“Puk, puk. Dzień dobry, moje śliczne ty kochanie.”

Tak rozpoczynał każdy list. Pisał do niej co tydzień zapuszczając się w najgłębsze rejony swojego serca. To ono przejmowało wtedy ster. Dostał jedynie jej adres. Chciała, żeby się postarał. Telefon zabijał romantyzm, a wideokonferencja zabiłaby tęsknotę. Pozostały jedynie listy. Tak mu powiedziała. Nie wiedział tylko, dlaczego mu nie odpisuje? Wysłał właśnie szósty z kolei i żadnej odpowiedzi zwrotnej. Czy tak miało być? Czy robiła to celowo, by wzbudzić w nim jeszcze większe uczucie? Czy może…?

Czterdzieści listów i trzy pory roku później Bogusz wyczekiwał spotkania z Agnieszką. Do wakacji pozostało już jedynie kilka tygodni. Pamiętał o ich wspólnej obietnicy. Cieszył się z jednej strony, z drugiej natomiast czuł niepokój. Nie chciał się rozczarować, nie chciał czekać i wypatrywać jej każdego dnia na stacji kolejowej, nie chciał zawiedziony brakiem jej obecności wracać każdego dnia samotnie do domu. Nie chciał biernie czekać, co przyniesie mu los. Postanowił ją odwiedzić jeszcze przed rozpoczęciem wakacji.

Od myśli do czynu nie minęło zbyt wiele czasu. Siedząc w pociągu pod oknem rozmyślał o niej. W sumie to niczego innego nie robił przez ostatnie kilka miesięcy. Miejsce pod oknem było jego ulubionym. Obserwował zmieniający się krajobraz, ludzi czekających na innych stacjach. Zawsze zastanawiał się, gdzie podążają, jak wygląda ich dzień, ich życie. Chciałby znaleźć się w ich głowach, w miejscu odpowiedzialnym za projekcje obrazu, widzieć to, co oni widzą. Wydawało mu się to fascynujące. Ciekawe, który miejsce wybrałaby Agnieszka.

Po długiej podróży dotarł na miejsce. Strach i lęk powoli ustępowały miejsca radości. Cieszył się, że w końcu ją zobaczy. Stał przed jej domem. Nie myślał o niczym innym, tylko o niej. Nacisnął na dzwonek do drzwi.

– Tak?

Drzwi otworzyła mu kobieta w średnim wieku. Oczy, usta, łagodne rysy twarzy, lekki uśmiech przeznaczony dla nieznajomego, by okazać mu uprzejmość, wszystko to kogoś mu przypominały.

– Dzień dobry. Nazywam się Bogusz, czy zastałem może Agnieszkę?
– Dzień dobry. Tak, tak. Agnieszka jest na górze. Poczekaj chwileczkę – po czym lekko przymknęła drzwi i zawołała – Agnieszka! To do ciebie! Schodź tutaj na dół!
– Mamo, kurwa! Nie mogłaś najpierw mnie zapytać?! – usłyszał Bogusz. To była Agnieszka.


Koniec historii. Historii o czym? Jaki z tego wniosek dla nas, dla ludzi IT? O czym tak naprawdę on była? Już, powolutku, już wszystko tłumaczę.

To jest historia o komunikacji. Dramat, można powiedzieć. Miał może przydługawy wstęp, natomiast morał jest taki, że gdyby Agnieszka zastosowała się do jednej z zasad dobrej komunikacji, jej matka wiedziałaby, jak się zachować w tej sytuacji, a cała historia skończyłaby się dokładnie tak, jak w piosence.

Projekt IT, jakikolwiek by on nie był, stoi na fundamentach komunikacji i na tych fundamentach go budujemy. Jeżeli komunikacja jest niewłaściwa i, krótko mówiąc, leży, ten dom – czy cokolwiek budujemy – prędzej czy później się zawali. Komunikacja oczywiście nie jest jedyna, wymienilibyśmy tych składowych fundamentów znacznie więcej, ale nie sposób jej w tej wyliczance pominąć i nie umieścić na podium.

Ile razy brakowało ci jednego czy dwóch dni, aby coś dokończyć i wypuścić nową wersję zgodnie z harmonogramem? Błędne szacowanie czasu wykonania zadania to jedno, ale czy ten dzień, a może dwa, nie zostały przypadkiem zjedzone przez niewłaściwą komunikację w ostatnich trzech miesiącach? Zmierz się z tą hipotezą.

Twoja koleżanka czy kolega z zespołu błędnie zaimplementował zadanie, bo nie wiedział o twojej rozmowie z innym programistą na temat małych zmian, czyhających tam chochlików, refaktorze do zrobienia. Każdy z was myślał, że ten drugi przekaże dalej tę wiadomość, ale nikt tego nie zrobił. Zdarzyło ci się?

Twoja koleżanka czy kolega z zespołu, czekał na wiadomość od ciebie dwa dni, bo tyle miałeś urlopu. Tylko ty mogłeś pomóc, bo tym się przez ostatni czas zajmowałeś, badałeś pewne rozwiązanie. Zdarzyło ci się?

Twoja koleżanka czy kolega z zespołu, czekał na wiadomość od ciebie jeden dzień, bo takie jest przesunięcie czasowe. Część zespołu jest w Stanach Zjednoczonych, część w Polsce. Co prawda opisałeś, co wiedziałeś, ale na szybko, bez większego skupienia, po prostu zrzut informacji powyrywanych z kontekstu, bez jego objaśnienia. Trzeba to było wyjaśnić, upewnić się i dopytać cię. Zdarzyło ci się?

Ile dni zostało zjedzonych przez te błędy? Ile terminów niedotrzymanych? Ile błędnie zaimplementowanych zadań, z których klient musiał tłumaczyć się przed inwestorami? Z pozoru drobne błędy, natomiast gdy umieścisz je w próbówce i dodasz do nich odrobinę czasu, twoje laboratorium może nie wytrzymać tego wstrząsu.

Na pomoc przychodzą trzy proste zasady.

1. Nie używaj prywatnych wiadomości.

Unikaj ich, gdy tylko możesz. To się NIGDY nie kończy na pytaniu o jakąś drobną rzecz, którą ostatnio robiłeś czy robiłaś. ZAWSZE dyskusja się rozwija na temat ogólnoprojektowy, pojawiają się rozkminy, decyzje, oceny, o których reszta zespołu powinna wiedzieć, mogłaby się do tej dyskusji przyłączyć, pomóc, wyprowadzić z błędu, czy nauczyć się czegoś. Każda sprawa dotycząca projektu, powinna być załatwiana na odpowiednim kanale, pokoju, czy jakkolwiek nazywa się to w różnych komunikatorach. Rozpocznij wątek w danym kanale, zawołaj potrzebną osobę, reszta dołączy się, gdy będzie chciała. Gdyby się okazało, że nie dokończyłeś zadania, inna osoba zawsze może tam wejść i poczytać rozkminy.

Nie podoba ci się ten pomysł, bo nieustanne powiadomienia wytrącają cię z pracy? Wyłącz je. Kanał będzie zawalony wiadomościami? A czym ma być zawalony, jeżeli nie wiadomościami dotyczącymi projektu? W jednym zdaniu mówisz, co chcesz wyjaśnić, a reszta dzieje się w wątku. Zorganizuj się, nie zakazuj innym omawiania publicznie spraw projektowych.

2. Powiadom od razu, gdy się czegoś dowiesz.

Na kanale oczywiście, albo w formie jakiejś dokumentacji. Nie każ się pytać o twoją wiedzę, podziel się z nią od razu. Dzięki temu, gdy cię nie będzie (z różnych powodów), ta wiedza będzie czekać. Następna osoba, która będzie jej potrzebować, przypomni sobie, że ktoś gdzieś o tym napisał i znajdzie to miejsce. Nikt nie będzie musiał szukać ciebie, nikt nie będzie musiał na ciebie czekać. Prosta wiadomość na jednym z kanałów: “FYI. Rozmawialiśmy z osobami <X, Y, Z> o nowym problemie, który wystąpił dzisiaj. Tutaj link do naszej rozmowy <link>”, może wiele zmienić i zaoszczędzić całe mnóstwo czasu. Nie jest trudno wyobrazić sobie programistkę, która z ciekawości od razu wchodzi w ten link, czyta i odpowiada: “Nie możemy tak tego rozwiązać, bo stanie się <to> i <to>. Musimy to naprawić w ten sposób…” i przy okazji zaoszczędza kupę czasu. To był tylko jeden z pozytywnych skutków ubocznych, kluczem jest przekazanie informacji.

3. Precyzyjnie komunikuj.

Nie zapominaj o kontekście. Często pracujemy w różnych godzinach, niektórzy rano, niektórzy wieczorem, często pracujemy też z przesunięciem czasowym. Gdy już coś komunikujemy, gdy o coś prosimy, opisujemy, róbmy to precyzyjnie, tak, by adresat nie miał możliwości zinterpretować naszej wiadomości na różne sposoby. Komunikat musi być taki, by możliwa interpretacja była tylko jedna. “To zapytanie, o którym ostatnio rozmawialiśmy, musi jeszcze w odpowiedzi zwracać obiekt <jakiś>. Dodaj to proszę.” – taki komunikat może okazać się bardzo niefortunny, adresat mógł też rozmawiać z innymi osobami i pomylić zapytania, niepotrzebna strata czasu. Mogłoby to brzmieć tak: “W zapytaniu GET coś/tam/coś/tam musimy dodać jeszcze obiekt…”. Moglibyśmy jeszcze dodać powód, byłoby świetnie. Nie piszmy: “Na tym ekranie/graficy, gdzie jest <to> i <to>, to ten przycisk po prawej powinien być <taki>. Poprawisz to proszę?”, za duże pole różnych interpretacji. Zredukujmy ten komunikat do jednej: “Na tym ekranie/grafice <link>, ten przycisk <screenshot z czerwona strzałką wskazującą na przycisk> powinien być <taki>. Poprawisz to proszę?”, konkretny ekran z linkiem, konkretny przycisk na tym ekranie, jest gitara.

Te trzy proste zasady zmieniają wiedzę w zespole w sposób diametralny i wnoszą komunikację na zupełnie inny poziom. Proste są. Polecam.

Do której z nich nie zastosowała się Agnieszka?

Karpieniec

Po sytuacji z Nemo nikt nie zapuszczał się więcej na nieznane tereny. Stał się on idealnym pretekstem, aby zabraniać młodym pływania, gdzie tylko im się podoba, a w szczególności zbliżania się do powierzchni jeziora.

Karpieńce – bo to o nich mowa – to niewielkie rybki zamieszkujące małe, płytkie jezioro w rezerwacie Cuatro Ciénegas na północy Meksyku. Żyły już tam setki lat i nie zamierzały opuszczać tego miejsca. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – w domu, czyli pod kamieniem, takim zwykłym. Chyba że w domu nie jest do końca bezpiecznie…

Do powierzchni jeziora jest kilkanaście metrów, więc na jego dnie karpieńce czuły się bezpiecznie. Od czasu do czasu, gdy spoglądały w górę, widziały cień przelatującej czapli. Wiedziały doskonale, że nie jest to ptak, z którym mogłyby się zaprzyjaźnić. Do takich nigdy nie należą te, które próbują cię zjeść i dzień w dzień na ciebie polują, dzień w dzień liczą na to, że z jakiegoś powodu podpłyniesz do powierzchni, chociaż na chwilkę, by mogły wzbić się w powietrze i zanurkować błyskawicznie, nie dając ci tym samym żadnych szans na ucieczkę. Pierzaste fiuty.

Isaac, młodziutki karpieniec, jak co dzień o tej porze, zmierzał w stronę stołówki. Mieszkał w północno-wschodniej części jeziora, a pyszniutkie algi znajdowały się kilkaset metrów na południe. Troszkę musiał popływać, ale dobrze mu to robiło, szczególnie podczas powrotu – trochę ruchu zawsze pomagało pęcherzykom powietrza znaleźć ujście. Podczas tej krótkiej trasy mijał swych różnorodnych i kolorowych sąsiadów: brązowo złote ameki, białe molinezje, srebrne błyszczki tęczowe czy fioletowe niszczuki plamiste. Wiele innych gatunków zamieszkiwało dno jeziora, ale tylko te mniej więcej kojarzył. I to raczej z opowieści. Nie wiedział, czy naprawdę tak się nazywają. Może Jasper go wkręcał.

Gdy dotarł na miejsce, uczta trwała już w najlepsze. Setki karpieńców mieniących się w promieniach słońca, posilających się zielonym paliwem, źródłem ich życia. Południe – najlepszy czas na posiłek. Słońce jest wtedy wysoko i jezioro na dnie jest znakomicie oświetlone. Żadna alga nie uchowa się wtedy przed czujnym okiem karpieńców. Znalazł przyjaciół i podpłynął do nich uradowany.

– Cześć Isaac! Co tak późno? Jeszcze cię ciśnie po poprzedniej uczcie? Ha! Sporo wczoraj zjedliśmy tego skarbu! Jezioro dla ptactwa musiała wyglądać jak jacuzzi. Ha!
– Do mnie mówisz? Jesteś tego pewien Jasper? Do mnie mówisz?
– Dobrze, już dobrze Isaac, nie denerwuj się tak od razu. Zawsze bierzesz wszystko na poważnie, przecież to zwykłe żarty są.
– To był twój ostatni żart na mój temat. Rozumiemy się?
– Isaac, nie przesa…
– Rozumiemy się? – zapytał ponownie przerywając mu, po czym wysunął zza płetwy kawałek sznurka. Jasper zrozumiał i przytaknął głową przestraszony.

Jasper to zwykły konował. Nigdy nie odpuszczał okazji to publicznego wyśmiania Isaaca. Ten cierpliwie to znosił, ale do czasu. Pewnego razu nie wytrzymał i postanowił się odpłacić pięknym za nadobne. Związał mu sznurkiem płetwy i torturował tygodniami. Jasper od tego czasu wiedział, że gdy Isaac się nie śmieje, to trzeba się wycofać.

Przystąpili do posiłku. Jedzonko pyszniutkie jak zawsze, natomiast… strzelało w buzi nieco bardziej niż zwykle. Znacznie bardziej. Niepokoiło go to. Zjadł tyle co zawsze. Był głodny.

Po uczcie udał się z powrotem do domu. Czas na sjestę. Z reguły przed drzemką już pierwsze algi zostawały strawione, a strzelające bąbelki szczęśliwie próbowały wydostać się… tyłem. Tak, Isaac czekał na puszczenie bąka, który z jakiegoś powodu nie nadchodził. Zawsze puszczał już teraz, takiego kontrolnego, przed samą drzemką. Odczekał jeszcze chwilę, lecz gdy nadal nic się nie działo, zasnął.

Obudził go koszmar. Pływające czaple, bez pierza, z płetwami i oskrzelami, z ostrymi zębami, polujące pod wodą na karpieńce, smutek i zniszczenie, śmierć. Oddychał szybko. Wszystko wyglądało jak przed kilkoma godzinami. To tylko zły sen.

Czuł się dziwnie. Kręciło mu się w głowie. Resztę dnia spędził w okolicach domu, jakoś nieswojo. Miał złe przeczucia. Obserwował inne karpieńce, one też nie zachowywały się naturalnie, coś im dolegało. Czyżby algi z jakiegoś powodu tym razem im zaszkodziły? Dlaczego? Smakowały tak samo.

Zmierzającego kolejnego dnia na ucztę Isaaca spotkało kilka nietypowych sytuacji. Nie wiedzieć czemu, zderzył się kilkukrotnie z innymi karpieńcami – pokłócił się i nawet pobił z jednym z nich. Gdy biją się karpieńce, przegrany musi usługiwać wygranemu przez cały dzień. Isaac w porę zauważył pustą butelkę, lekko przysłoniętą żwirem i piaskiem, dobył jej, roztrzaskał o kamień trzymając za szyjkę, po czym ciął raz i drugi swojego przeciwnika. Ten szybko się poddał. Isaac z charakteru był spokojną, introwertyczną rybką, ale nie warto było mu wchodzić w drogę, a już na pewno złym pomysłem było przekraczanie jego strefy komfortu. Wpadał wtedy w szał. Tak więc Isaac płynął teraz za swym przeciwnikiem, w aerodynamicznym, wodnym tunelu, gdzie w ogóle się nie męczył. Zauważył, że Degory – bo tak nazywał się pobity karpieniec – również zbacza nieco z kursu, nie płynie prosto przed siebie. W pewnym momencie o mało co obaj nie wpadli na stół ze zdrową żywnością na targowisku nieopodal glonowiska. Coś było nie tak i to nie tylko z nim.

Ta uczta była inna niż wszystkie poprzednie. Cisza. Każda rybka zajmowała się sobą, zastanawiając się, co jej dolega, dlaczego traci kontrolę nad tak podstawową czynnością jak pływanie.

– Jasper, wszystko w porządku? – zapytał Isaac.
– Tak, tak! Ym… Chociaż nie do końca. Coś mi dolega, mam nabrzmiały brzuch i od wczoraj, wiesz… nie mogę… wiesz…

Isaac zupełnie nie zwrócił na to uwagi! Zapomniał kompletnie o tym, że wczoraj nie puścił bąka. Dzisiaj również nie, przynajmniej sobie o tym nie przypominał. Dotknął swojego brzucha i z przerażeniem stwierdził, że również jest nabrzmiały.

– Jasper, tak w ogóle, to dlaczego my, karpieńce, zawsze po posiłku, czy nawet przed posiłkiem, powinniśmy wiesz… puścić bąka?
– W sumie, to nie wiem, ale tak uczono naszych dziadków, naszych ojców i nas. Bąk zawsze musi być. W przeciwnym razie, czeka nas katastrofa.
– Nie pamiętam, co to za katastrofa. Czy ty również masz problemy z pływaniem?
– Tak! Wpadłem dzisiaj kilka razy na inne ryby! To pewnie przez ten brzuch i brak bąka. Nie wiem, jak go wymusić, to się dzieje samo. Przynajmniej działo się do wczoraj, a dzisiaj nic, nie potrafię.

Usłyszeli krzyk i obrócili się w tamtym kierunku. Jeden z karpieńców płynął w stronę powierzchni.

– Wariat! Co o on wyprawia?! – krzyknął Jasper. – Czaple go zauważą!

Krzyki się wzmagały. Kilkoro karpieńców podpłynęło, by pomóc, ściągnąć śmiałka z powrotem w dół. Złapali za płetwy i ogon i w pośpiechu ciągnęli go w bezpieczną przestrzeń. Tak! Uda im się! Szybko przemieszczali się coraz bliżej dna. Została im jeszcze całkiem spora odległość, ale czaple nie zdążą już na nich zapolować. Nawet jeżeli coś zauważyły, jakiś cień, nie zdążyłyby podlecieć na tyle szybko. Całe szczęście…

Zwolnili. Utracili siły? Śmiałek się szarpie? O co chodzi? Już tak niewiele im zostało. Czemu on prze w górę? Czemu chce zginąć? Ale co to? Odłączyli się. Nie trzymają już płetw ani ogona. Cała grupka płynie w górę. Nie widział dokładnie, ale tak jakby walczyli, tak jakby nie chcieli tam płynąć, przeciwstawiali się, ale coś ich unosiło. Krzątali się na wszystkie strony, próbowali ciągnąć w dół, ale nie potrafili.

Krzyki się wzmagały – już nie jeden, a troje karpieńców zmierzało w stronę zagłady. I kolejny! I jeszcze jeden! Powoli, coraz większe grupy zamieniały się w posiłek dla czapli.

– Isaac! – wołał Jasper, ale ten niczego nie słyszał, był zszokowany. – Isaac! Isaac rusz się! Złap się czegoś, póki jeszcze możesz!

Oprzytomniał, ale było już za późno. Znajdował się nad algami, powyżej czegokolwiek, czego mógłby się złapać, nie było już dla niego ratunku. Obserwował, jak Jasper woła do niego. Nie rozumiał słów, docierała do niego jedynie rozpacz, którą wyczuć można było w tonie jego głosu. Nie wiedział nawet, czy to głos Jaspera, czy innych karpieńców. Spoglądał na unoszące się ryby, jak przez mgłę, a pierwsze z nich, grupa trojga nieszczęśników już podpływała do powierzchni. To tylko kwestia czasu. Sekundy dzieliły ich od tragedii. W wodzie unosiły się pęcherzyki powietrza, koncert pękających bąbelków. Bąbelki? Jak to…

Nagle Isaac poczuł szarpnięcie. Oprzytomniał. To był Jasper! Złapał go za ogon i próbował sprowadzić z powrotem na dno. W jaki sposób odzyskał kontrolę? Dlaczego się nie unosił?

– Puść bąka! Szybko! To jedyna deska ratunku! Jeżeli zaraz tego nie zrobisz, zginiesz!

Ależ oczywiście! Bąk! To było to! Tylko…

– Jak? Jasper, jak to zrobić? Nigdy nie wymuszałem bąka!
– Isaac, dasz radę. Postaraj się. Ściśnij brzuch płetwami, pomogę ci!

Razem ściskali brzuch Isaaca. Inne karpieńce poszły w ich ślad. Niektórym się udało i puszczały bąka, inne znikały z powierzchni z rozpaczliwym krzykiem. Nie wszyscy byli w stanie się uratować. Nie wszyscy byli w stanie oszukać przeznaczenie. Isaac pogodził się już ze swoim losem.

– Jasper. To koniec. Ratuj siebie. Jesteśmy zbyt blisko powierzchni. Uciekaj. Mnie nie da się już ocalić.
– Nie! Isaac… nie. Wiele nas różniło, ale nie pozwolę ci zginąć.

Znajdowali się niecały metr od zasięgu wzroku czapli. Z tej odległości można było dostrzec przebijające tafle wody ostre, żółte dzioby, znikające ryby i krew, dużo krwi. Jaspera przeraził ten widok. Zszokowany puścił ogon Isaaca, a ten wystrzelił do góry jak z procy. Minęła krótka chwila, po której poczuł przeraźliwy ból i… wiatr. Tak, myślał, że to był wiatr. Nigdy wcześniej go nie czuł, znał go jedynie z opowieści, w które Jasper oczywiście mógł go wkręcać. Nie miało to teraz żadnego znaczenia. Jeszcze chwilę temu, gdyby tylko puścił bąka, żyłby nadal. Żyłyby inne karpieńce. Musieli puszczać bąki po posiłkach, by przeżyć. Teraz to rozumiał.

Całe stado czapli, latających i zanurzających swe dzioby w jeziorze, podrzucających sobie znajome ryby, jego przyjaciół, krzyki, krew. To ostatni obraz, jaki dany było zobaczyć Isaacowi.


Świat zwierząt jest fascynujący. To jak wyglądają, to jak się zachowują, dlaczego to robią, co chcą osiągnąć. Czasami wydaje nam się to absurdalne, czasami problemy, z którymi muszą się zmagać, na pierwszy rzut oka wydają nam się śmieszne, nie występujące w świecie ludzi. “Głupie zwierzątka” – myślimy sobie wtedy. Warto sięgnąć dalej, udać się na zaplecze naszego umysłu, stanąć przed barem o nazwie “Pierwsze dno – oczywistość”, oprzeć się łokciem o brudny blat i poprosić barmana: “Psst. Psssst! Słuchaj, czy mógłbyś mnie zabrać na zaplecze? Wiem, że macie stamtąd przejście do drugiego baru. Zabierz mnie tam proszę.”. Barman nieco skonsternowany na początku, ale zaraz później zadowolony i dumny z klienta, odwraca się i zmierza ku drzwiom. Otwiera je i wchodzi do środka, przystaje, odwraca się do nas i daje nam znać skinięciem głowy, żebyśmy poszli za nim. Wchodzimy, przechodzimy przez pokój pełen ludzi idąc wprost na kolorowe drzwi, całe w piórach, pachnące tysiącami zapachów. Barman łapie za gumową klamkę, która wydaje z siebie piszczący dźwięk. W pomieszczeniu świeci neonowy baner: “Drugie dno – nieoczywistość”.

Historia o karpieńcach jest prawdziwa. Te rybki istnieją naprawdę, mieszkają w Meksyku i giną, jeżeli nie puszczą bąka. Taka jest ich przykra rzeczywistość.

Jeżeli już jesteśmy przy barze numer dwa, przy barze z drugim dnem, to zastanówmy się, czego możemy się nauczyć z tej historii. Czy jest jakaś analogia pomiędzy światem IT, a karpieńcami? Ano jest.

Karpieńce systematycznie musiały puszczać bąki, ponieważ w przeciwnym razie mogły zginąć. Dzień czy kilka dni, w trakcie których ta systematyczność zostaje zaburzona i koniec, po nich, ginęły. Może nie wszystkie, ale znacznie trudniej było im puścić bąka, gdy ich brzuszki były już nabrzmiałe. Potrzebowały wtedy pomocy. Pojawiał się stres, zniechęcenie i strach.

A w świecie IT? W programowaniu? Czy mamy taką czynność, którą powinniśmy wykonywać systematycznie, a przez przerwanie której możemy zginąć? Czy jest taka czynność, która niepraktykowana przez jakiś czas, powoduje nabrzmiały brzuszek w projekcie, przez co zmierza on w stronę powierzchni, w stronę niebezpieczeństwa? Jest taka czynność. Refaktoryzacja.

Programiści, wzorem karpieńców, powinni często i systematycznie puszczać refaktoryzacyjne bąki i pozbywać się tym samym nieprzyjemnych zapachów z projektu.

Refaktoryzacja refaktoryzacji nierówna. Tak, jest to temat złożony. Rozwinę go w jednym z kolejnych wpisów, obiecuję. Ten wpis ma nam jedynie przypomnieć, abyśmy byli w niej systematyczni. Abyśmy rozmawiali o jakości kodu z naszym zespołem. Abyśmy umawiali się na sesje mob programmingowe, gdzie wspólnie rozwiązywalibyśmy problemy naszego projektu. Nie ma, że się nie da. Nie ma, że proces nam nie pozwala. Proces można zmienić. Zmienimy go, gdy nam zależy, bo gdy nam zależy, to reszta jest tylko kwestią czasu.

Mam zamiar dzisiaj w pracy puścić refaktoryzacyjnego bąka. I jutro też. I pojutrze. I za tydzień też. I za miesiąc.

A ty?

Erotyk programistyczny

Promienie słońca muskały mnie nieśmiało w powieki. Lubiłem się z nimi przekomarzać. Przeczekać ich pierwotną delikatność i sprowokować do wyszarpania mnie z łóżka. Coraz bardziej nachalne i coraz cieplejsze nie pozwalały mi już dłużej spać. Nie szkodzi. Wypoczęty przeciągnąłem się na skraju materaca. Stopy wtopiły się w miękki włos dywanu, a palce rozpoczęły poszukiwania kapci. Gdy je znalazły, weszły w nie idealnie dopasowane. Jak gdyby zawsze do siebie należały. Wstaję, czas doprowadzić się do stanu używalności.

Poranne przygotowania kończą się w kuchni. Zawsze. Już z daleka się z nim witam. Bez niego życie nie miałoby sensu. Bez niego każdy poranek byłby tak samo szary. To on pomaga mi się wybudzić z dnia poprzedniego. To on stawie grubą kreskę pomiędzy tym, co było wczoraj, a początkiem dzisiaj. Kładę na nim swoją dłoń. Mój stary przyjaciel. Wyciągam palec w jego stronę i, nie za mocno ani nie za lekko, wybudzam go. Szczęśliwy miga do mnie, buczy i wibruje mówiąc: “Dzień dobry! Cóż za piękny dzień, nieprawdaż?”. “Witam przyjacielu. Doprawdy jest przepiękny.” – odpowiadam mu. “To co zawsze, paniczu?”. “Oczywiście, czytasz mi w myślach.”. Garść brązowych, aromatycznych ziarek znika, by po chwili przemienić się w cudowną ciecz, niczym brzydkie kaczątko przemienione w pięknego łabędzia.

Chwytam palcami dłoni za ucho filiżanki. Podnoszę nieprędko, aby droga tej czarnej mikstury do moich ust trwała na tyle długo, bym zdążył zachwycić się jej zapachem. Unosi się on już w całym domu. Wkradł się łatwo przez mój nos i atakuje swym agresywnym i kwaśnym pięknem każdą komórkę mojego ciała. Pobudzony w jednej chwili. Najlepsze dopiero przede mną. Mały łyk, tak na początek, tak by podroczyć się samemu ze sobą. Mały łyk, a tysiące kubków smakowych eksploduje. Mały łyk, a nie pragnę już niczego więcej, tylko kolejnego i kolejnego. Jedna kropla wydostała się kącikiem mych ust. Płynie przez policzek i szyję, by zatrzymać się na mojej piersi, wyschnięta. Cudowny smak, cudowne uczucie.

Otwieram drzwi do pokoju, w którym znajduje się moje biuro. Pachnie jeszcze wczorajszymi zmaganiami. Uśmiecham się lekko na samą myśl o ostatnich dniach. Wciąż to robię, wciąż w to wchodzę, wciąż to kocham.

Podchodzę do biurka, odkładam kawę po prawej stronie laptopa, spoglądam na niego przez kilka sekund, przyciągam do siebie krzesło, które sunie niemo po szarych panelach, uginam lekko kolana i siadam. Odchylam ciało do tyłu, a uradowane plecy wtapiają się w miękką siatkę. Kładę ręce na kolanach i biorę głęboki, drżący wdech. Po moich plecach przechodzą ciarki. Powoli wyciągam prawą dłoń w stronę klawiszy. Palec wskazujący wysuwa się nieśmiało przed szereg. Gdy już miał się zetknąć z czytnikiem linii papilarnych, powstrzymałem go. Spojrzałem jeszcze raz w ekran laptopa. Czy na pewno chcę to zrobić? Czy jestem gotów na kolejny dzień? Jak moja przygoda potoczy się dzisiaj? Palec lekko drgnął. Musnął czytnik najpierw swoim czubkiem i powoli, delikatnie odsłaniał przed nim kolejne połączenia unikalnego wzoru, by na końcu całkowicie się obnażyć. Laptop ożył w mgnieniu oka. Widzę każdy kolor, każdy piksel odbija się w moich brązowych oczach. Źrenice zrobiły się ogromne, jakby organizm przyjął właśnie sporą dawkę narkotyków. Był podniecony. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę złączeni palcem i czytnikiem. “Witaj.” – powiedział do mnie laptop – “Jesteś tego pewien?”. “Tak.” – odpowiedziałem pełen nadziei. Wstrząs elektryczny przeszył moje ciało. Czy to laptop, czy moja wyobraźnia?

Przesuwam swój wzrok w prawą stronę, by zatrzymać go niedaleko odłożonej przeze mnie wcześniej kawy. Tam znajdowała się ona. Idealnie dopasowana do mojej dłoni, nieodłączny kompan mej podróżmy, zawsze wierna. Moja myszka. Złapałem ją zdecydowanie i kliknąłem mocno. Ona zareagowała jak zawsze – czujna i chętna kolejnych wyzwań, kolejnego dnia – uruchomiła wybrany przeze mnie program. Tańczyliśmy przez chwilę, moja dłoń i ona. Było to tango, zmysłowe, w jednej chwili agresywne wręcz, by zaraz potem w silnym, intymnym złączeniu, zwolnić, zastanowić się, przesunąć nieco. Przyspieszenie, przyciśnięcie myszki z lewej strony, z prawej, chwila zawahania, delikatne przesunięcie palcem po jej gładkiej powierzchni, zryw, agresywne przesunięcie, powrót, ponowne złączenie.

Jestem gotowy. Przeszył mnie dreszcz emocji. Oto przede mną zadanie. Na dzisiaj? Na kolejne dni? Nigdy nie wiadomo. Przy każdym z nich czuwa anioł – czasami pomocny stróż, dzięki któremu, mile zaskoczeni, z czystą przyjemnością kończymy zadanie przed czasem, a czasami ten strącony do piekieł, Mefistofeles zadań, demon uprzykrzający nam każdą minutę, przez którego wyrywamy sobie włosy z głowy, patrzymy w sufit, chodzimy na spacery. Demon ognisty, który pozbawić chce nas naszego Gandalfa kreatywności, Gandalfa dobrych praktyk, który zawsze znajdzie sposób, by w ostatniej chwili ściągnąć go w bezmierne czeluście, a którego znowu nie jest tak łatwo odzyskać. Morale spadają. Jak będzie dzisiaj? Który z aniołów stoi przy tym zadaniu, który z nich czuwa? Czy otrzymam partnera, czy przyjdzie mi stoczyć walkę?

Czytam wymagania w skupieniu, w ciszy – tej wyimaginowanej, bezsłuchawkowej. Nic, prócz wymagań się teraz nie liczy, nic i nikt. Świat nie istnieje. Nie potrzebuję teraz szumów. Wszystko wokół zostało wyciszone, niczym świat na pilot, tylko z jednym przyciskiem – wycisz. Pochłaniam każdą linijkę, każdą literkę, jak gdyby od tego miało zależeć moje życie. Euforia, dziesiątki pomysłów. Nie wiem już czy czytam wymagania, czy kod. Rozwiązanie tworzy się na bieżąco. Mózg w jednej chwili podzielony na pół, gdzie jedna część czyta, druga już tworzy, proponuje, wymyśla. Idealna maszyna zasilana kawą. Temperatura mojego ciała rośnie, a wraz z nim podniecenie. Wrę cały zagotowany. Już dochodzę do końca. Ostatnie zdania, ostatnie punkty.

Już wszystko jasne. Zrozumiałem. Przyjąłem, odbiór. Melduję mentalną gotowość do działania. Uspokajam się, ostygam. Wiem, jak to zrobić, zdradził mnie uśmiech w kąciku ust. Otwieram IDE. Rozpoczynam powoli. Muskam klawisze. Delikatnie. Sprawdzam pomysły. Najpierw jeden. Potem drugi. Wiedziałem, że to nie one. To była jedynie rozgrzewka. Czas na ten właściwy. Musiałem się tylko upewnić. Przyspieszam nieco. Przyspiesza również mój oddech. Stepuję, wystukując rytm. Piękny rytm, kreatywny stukot, stuk, stuk, stuk. Linijka po linijce tworzy się rozwiązanie. Mózg połączony bezpośrednio z dłońmi. Radzą sobie beze mnie. Oczami wyobraźni siadam i obserwuję samego siebie z wnętrza głowy. Projektorem mym oczy. Tylko patrzę, nie przeszkadzam. Tworzy się sztuka.

Z błogości wyrywa mnie on. Anioł. O nie… Nie przewidziałem bardzo ważnego czynnika, części systemu, w której moje rozwiązanie nie zadziała. Jest błędne. Jak to się stało? Jak to przeoczyłem? O nie… Jestem związany. To była pułapka! Dałem się w nią wciągnąć. Związane ręce za oparciem krzesła. Usta zatkane piłeczką. Nogi związane przy podstawie. Nie mogę się ruszyć. Mefistofeles. Wychodzi z ekranu laptopa, śmieje się diabelsko, przerażająco. Odpycha mnie, krzesło zatrzymuje się na ścianie. Jedną rękę schowaną ma za plecami. Co on tam kryje? Czym mnie zaskoczy? Nagle obrywam w twarz otwartą dłonią. Skóra na moim policzku piecze lekko się zaczerwieniwszy. Znowu chlast, w drugi policzek, tą samą dłonią, tym razem powracającą z poprzedniego uderzenia. W szoku nie potrafię myśleć. Próbuję się uwolnić. Szarpię się. Udało mi się wyswobodzić ręce, sprawdzam prędko jedną łatkę. Mefistofeles obserwuje zaniepokojony. Działa! Tak! To będzie to! Może nie najpiękniejsze, ale póki co wystarczy. Nagle Mefistofeles kładzie dłoń na mojej klatce piersiowej i z dużą siłą odpycha mnie od laptopa, po czym szybko związuje ponownie me ręce. Łata co prawda zadziałała dla jednego przypadku, ale w innej części spowodowała całą masę nieznanych mi błędów. Demon siada mi na kolanach. Przestaje ukrywać przedmiot za plecami. Pejcz. Uderza mnie w tors. Nie za mocno, chciał jedynie bym poczuł lekki ból. Jako zapowiedź znacznie większego. “Znowu chcesz się bawić w ten sposób?” – zapytałem, a on tylko się uśmiechnął. Chlast. Tym razem mocniej. “Dobrze. Sam tego chciałeś.” – kącik mych ust drgnął nieznacznie ku górze.

Dostaję w twarz jedną dłonią, drugą obrywam pejczem. Naprzemiennie. Ciało mi czerwienieje. Rozgrzane kolejnymi ciosami. Początkowa panika mija. Odzyskuję ostrość umysłu. Wyswobadzam ręce i odpycham Mefistofelesa. Mam kila sekund, wystarczy, by uwolnić nogi. Uśmiecham się. “O ty niesforny. Wyjątkowo dzisiaj jesteś niegrzeczny.”. Muszę spróbować innego rozwiązania. Doskakuję do zmieszanego Mefistofelesa. Łapię go za ręce i tym razem to ja przywiązuję go do krzesła. Podnoszę pejcz z ziemi, a w powietrzu słychać już jedynie delikatny świst zakończony trzaskiem zetkniętych końcówek pejcza z ciałem rogatego demona. Zadanie okazało się znacznie trudniejsze, niż przypuszczałem, ale przyjmuję wyzwanie. Uderzyłem Mefistofelesa jeszcze raz, po czym podbiegłem do laptopa. Stuk, stuk stuk. Jeszcze szybciej i jeszcze mocniej. Klawisze okazały się obrywać rykoszetem. Nigdy nie uczestniczą w tej walce, ale zawsze, razem z myszką, również im się obrywa. Nagle znienacka otrzymuję klaps. I kolejny. Nie obracam się. Euforia rośnie, palce przyspieszają, nagle zwalniają i znowu nabierają prędkości. Tango.

Nie, to nie zadziała. Kolejny klaps, znacznie mocniejszy. Wydaję z siebie stłumiony krzyk. Zapomniałem o piłeczce w ustach. Wyciągam ją, a w tym samym momencie jakaś potężna siłą scala mnie ponownie z krzesłem. Tym razem twarzą do oparcia. Otrzymuję kolejne ciosy. Nic z tego, co wymyślam, nie zadziała. Łata na łacie, programowanie przypadkowe. Jak to zrobić? Jak to rozwiązać? Nie wiem, jak się wydostać, spętany losowymi, słabymi pomysłami. Obrywam z każdym kolejnym błędem, z każdymi niedoskonałościami mojego IDE. Czuję się bezradny. Szarpię mocniej. Wyrywam się z – którym to już? – pomysłem, lecz tym razem ląduję na podłodze. Każdy kolejny cios jest mocniejszy. Boli coraz bardziej, mam coraz mniej sił, tych mentalnych. Nie mogę myśleć. To zadanie robi ze mną, co chce. Nie jest już tak delikatne, jak na początku. Przewraca mnie na ziemię, skacze po mnie, krzyczy, bije, kładzie nogę na mojej piersi w zwycięskim geście. Powoli tego nie wytrzymuję. Jak się stąd wydostać? Za każdym razem jest podobnie – czuję dreszczyk emocji na każde nasze spotkanie, potem jednak żałuję. Dlaczego wciąż to robię? Nie skończyłem myśli, a znowu klaps. Klaps, chlast, klaps.

Dzień myli mi się z nocą. W letargu wręcz narkotykowym nie potrafię odróżnić rzeczywistości od fikcji. Nie wiem jak dużo spędziłem czasu w biurze, czy z niego wychodziłem. Na pewno nie mentalnie. Byłem tam przez cały czas. To zadanie nie pozwalało mi zasnąć. A może spałem? A może prowadziłem tę walkę również we śnie? Być może.

Kolejne próby, kolejne porażki. Czułem jednak, że zbliżam się do rozwiązania. Umysł był zmęczony, natomiast ciało w ciągłym pobudzeniu. Nie protestowało przeciwko kolejnym uderzeniom. Tylko dzięki niemu byłem w stanie po raz kolejny podejść do klawiatury. Spróbować kolejnego rozwiązania. Chlast. I kolejnego. Chlast. Zmęczony, jednak z lekkim uśmiechem, nie poddawałem się. Byłem zahartowany. To przecież nie pierwszy raz. Gdy mija kryzys, gdy odzyskuję spokój, potrafię niejako odciąć receptory bólu, nie reagować na niego, stłumić tę część mózgu, która go powoduje.

Znowu w nim jestem. Znowu udało mi się w niego wejść. Teraz już nic mnie mnie powstrzyma. Wrócił Gandalf. Mózg znowu połączył się bezpośrednio z dłońmi. Odsuwam się. Widzę siebie uderzającego agresywnie i szybko w klawisze. Widzę też Mefistofelesa. Przestał mnie bić. Patrzy teraz zszokowany. Patrzy i nie dowierza. To się zaraz stanie. To się już dzieje. Jestem coraz bliżej. Już prawie. Już jestem!

Tak! Mam! To działa! Eksploduję z radości! Rozwiązanie w szczycie euforii przelało się na ekran laptopa! Udało się. Udało się…

Oddech wraca do normy. Krople potu spływają po ciele, schładzając je powoli. Euforia uchodzi z ciała, włosy przestają się jeżyć, dreszcze ustają.

Działa. Nie ma nic piękniejszego. Działa. Upewniam się. Działa. Sprawdzam kod, jest czytelny, jest piękny, jest przetestowany. Działa.

Tak. Już wiem, dlaczego zawsze do ciebie wracam. Uradowany i oswobodzony psychicznie, zamykam laptopa i odchodzę. Naćpany endrofinami.


Promienie słoneczne przepędzają zaspaną melatoninę z mojego organizmu. Wstaję. Przeciągam się na skraju materaca. Kolejny dzień.


Trudna to miłość, wiem. Jestem na głodzie. Nic na to nie poradzę.

Otwieram drzwi do pokoju, w którym znajduje się moje biuro. Pachnie jeszcze wczorajszymi zmaganiami. Uśmiecham się lekko na samą myśl o ostatnich dniach. Wciąż to robię, wciąż w to wchodzę, wciąż to kocham.

Wywiad z Gandalfem Białym

“Zgadza się Mateuszu. Wygrana nad wojskami Saurona, obrona czy to Helmowego Jaru czy też przytoczonego przez ciebie Minas Tirith, była jedynie konsekwencją innej walki. Nie chciałbym, by w mym głosie wybrzmiała nuta lekceważąca te bitwy, absolutnie nie. Chcę natomiast podkreślić, iż mój wkład byłby znikomy, gdyby nie wcześniejsza walka, którą musiałem stoczyć.”


Mateusz: Dzień dobry Panie Gandalfie. Czy może raczej Panie Gandalfie Biały? Warto podkreślić ten zaszczytny tytuł. Niecodziennie spotyka się takiego czarodzieja. Bardzo mi miło, że zgodził się Pan ze mną porozmawiać.

Gandalf: Dzień dobry, dzień dobry! Ach, cała przyjemność po mojej stronie. Bardzo proszę Mateuszu, po prostu Gandalf. Czy masz coś przeciwko, żebym zapalił fajkę? Mam w niej specjalne ziele, które pozwala mi trzeźwiej myśleć.

Oczywiście Gandalfie, czy potrzebujesz ognia, popielniczki może?

Nie nie, bardzo dziękuję.

Sporo czasu minęło od bitwy w Śródziemiu.

Ach, tak. Kilka tysięcy lat. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Mroczne to były czasy, bardzo mroczne.

Gandalfie, warto wspomnieć naszym czytelnikom, że na co dzień nie przebywasz w naszym świecie. Mieszkasz w Nieśmiertelnych Krainach, tak? To tam osiadłeś po wielkiej bitwie z Sauronem?

Tak, tak. Na jakiś czas. Niby nie ma stamtąd powrotu, ale jak widać jestem. Częściej jednak bywam w Amanie i Lorien. Od kiedy dostałem twoje zaproszenie do wywiadu, chciałem poznać również i twój świat. Odwiedziłem Polskę, byłem w wielu waszych miastach. Bardzo przyjemne miejsca, mili ludzie. Muszę powiedzieć, że najbardziej przypadło mi do gustu miasteczko o nazwie Głogówek. Przepiękne miejsce.

Gandalfie, to niesamowite! Stamtąd pochodzę!

Ach! Cóż za zbieg okoliczności! Piękne miasteczko, piękne. A pizza w miejscu zwanym Angelo? Niesamowita! Coś wspaniałego.

Że też cię Gandalfie tam nigdy nie spotkałem, umówimy się po tym wywiadzie, oprowadzę cię z chęcią po paru miejscach.

Będzie mi niezmiernie miło Mateuszu!

Cała przyjemność po mojej stronie. Gandalfie, nie bez powodu zapytałem o wielką bitwę o Śródziemie, tam miała miejsce twoja przemiana. Niegdyś byłeś Gandalfem Szarym, dzisiaj jesteś Białym. Jak to się stało?

Stoczyłem wtedy największą walkę swego życia Mateuszu.

Gandalfie, nie rozumiem. O jakiej walce mówisz? Obrona Minas Tirith miała miejsce znacznie później.

Zgadza się Mateuszu. Wygrana nad wojskami Saurona, obrona czy to Helmowego Jaru czy też przytoczonego przez ciebie Minas Tirith, była jedynie konsekwencją innej walki. Nie chciałbym, by w mym głosie wybrzmiała nuta lekceważąca te bitwy, absolutnie nie. Chcę natomiast podkreślić, iż mój wkład byłby znikomy, gdyby nie inna, wcześniejsza walka, którą musiałem stoczyć.

Oczywiście! Byłbym zapomniał, przecież chodzi ci o walkę z Balrogiem, piekielnym demonem?

I tak, i nie. Balrog był jedynie pretekstem. Tę walkę powinienem był stoczyć dużo, dużo wcześniej. Byłem winien to mojemu światu, któremu służyłem i którego broniłem. Byłem mu winien stanie się Białym na wiele lat przed wydarzeniami w Śródziemiu. To był mój moralny obowiązek.

Gandalfie, musisz mi pomóc. Jeżeli Balrog był jedynie pretekstem do innej walki, w takim razie nie masz na myśli walki fizycznej. Z twoich opowieści wynika, że w czasie starcia z demonem, nie walczyłeś z nikim ani niczym innym równolegle.

Zgadza się Mateuszu. Nie mówię o walce z inną istotą. Najtrudniejszą walką jaką przyszło mi stoczyć, była walka z samym sobą. Balrog niejako zmaterializował w swej postaci wszystkie moje problemy i wątpliwości, przede wszystkim te dotyczące mojej osoby. Nie wiem, czy pamiętasz, ale był to początek drogi, początek trudności i starć z siłami zła Saurona. Ja byłem tylko Gandalfem Szarym. Jak ktoś taki może pomóc? Musiałem wspiąć się wyżej, przekroczyć poziom szarości, w którym dobrze się czułem. Musiałem wyjść i stawić czoła samemu sobie. Starcie z Balrogiem metaforycznie było próbą sprostania wyzwaniu i przejściu na wyższy poziom. Wygrałem tę walkę szczęśliwie i pomogłem moim przyjaciołom.

Niesamowita historia Gandalfie, nigdy bym nie przypuszczał, że pod tym starciem kryło się tak naprawdę coś innego, coś mistycznego. Czy myliłbym się, gdybym powiedział, że ta walka zaczęła się właśnie w momencie stawienia czoła demonowi na moście Zirakzigil? Zamiast uciec, odwróciłeś się.

W waszym świecie me słowa są dzisiaj nie raz poruszane czy cytowane. Mam na myśli oczywiście: “Nie przejdziesz!”. Biorąc te słowa dosłownie i rozpatrując je jedynie w kontekście walki fizycznej, faktycznie można było odnieść wrażenie, że postawiłem się Balrogowi, piekielnemu demonowi. Natomiast patrząc na to z perspektywy moich słabości, nie mogłem pozwolić, aby strach i niepewność ciągnęły się ze mną przez całą naszą misję. Powiedziałem im stop, nie idziecie ze mną dalej.

Gdy rozmawialiśmy przed tym wywiadem i przygotowywaliśmy się do niego, powiedziałem ci, że będą go czytać głównie osoby ze świata IT, albo te chcące do tego świata wstąpić. Mam nadzieję, że moja próba wytłumaczenia, czym to IT jest, okazała się jakkolwiek pomocna. Chciałbym cię w związku z tym zapytać, co poradziłbyś tym młodym ludziom, ale i nie tylko tym młodym, jak stoczyć taką walkę z samym sobą i wstąpić w grono Białych Czarodziejów? Czym taka walka może dla nich być?

Mateuszu, może i jestem stary, ale to nie znaczy, że nie rozumiem zawiłości innych światów i nie potrafię się w nich odnajdywać. Jak już wspomniałem, mogłem zostać Gandalfem Białym znacznie wcześniej, niż nim zostałem, moje życie było i jest bardzo długie. Natomiast rozpoczynając misję w Śródziemiu, wiedziałem, że muszę jak najszybciej się z tym uporać, zrobiłem to więc już na początku drogi, to było jedyne wyjście. Gdybym należał do waszego świata i przyszłoby mi rozpocząć przygodę w IT, rozprawiłbym się z wątpliwościami i słabościami również już na początku.

W jaki sposób?

Aby mi zaufano, musiałem dać się poznać jako czarodziej. Nie od razu byłem dobry. Wielu jest czarodziejów szarych, o których mało kto słyszy. Jaki jest zatem najmniejszy krok w IT, aby dać się poznać innym, pokazać im swoją magię, pokazam im to, kim jestem?

Powiedziałbym, że założenie bloga i pierwszy post. Ten krok jest zdecydowanie najprostszy, aczkolwiek również wymaga zmierzenia się z różnymi wątpliwościami.

Niech więc tak będzie Mateuszu, stworzenie bloga jest swoistym: “Nie przejdziesz!”, pierwszym krokiem, aby rozprawić się z naszym wewnętrznym Balrogiem. Małym, zdawać by się mogło, ale to nieprawda. Dzięki niemu ludzie nas poznają i zaufają nam, zaufają naszej magii. Łatwiej nam będzie staczać bitwy w przyszłości. Tak było w moim przypadku. Gdybym pozostał Gandalfem Szarym, nie zdołałbym sprowadzić posiłków do Helmowego Jaru.

Gandalfie, bardzo chciałem ci podziękować za tę pokrzepiającą rozmowę. Ostatnie zdanie do naszych czytelników. Ostania porada od starego mędrca.

Mateuszu, jakże prosta. Zdefiniuj swego Balroga, poznaj go i rozpraw się z nim, a tytuł Białego Czarodzieja stanie się osiągalny.

Gandalfie, jeszcze raz dziękuję i porywam cię do Angelo.

Z przyjemnością Mateuszu.

Roland i Złote Kiwi – o co w tym chodzi?

Ten wpis jest posłowiem Rolanda i Złotego Kiwi, interpretacją autora, wyjaśnieniem całej tej historii, począwszy od metafor. Jeżeli cię ta historia ani metafory w niej zawarte nie do końca interesują, to nic straconego, przeskakuj niżej i tam są już konkrety.

Metafory

Roland – zespół, wieloosobowy czy jednoosobowy, nieistotne Dostaje nowy projekt. Nie do końca jest do niego przekonany, nie wie, po co on powstał i o co w nim chodzi, jest trochę nieufny, ale w końcu podejmuje wyzwanie. Gdy dostaje pytanie: “Ile potrzebujesz czasu?”, pewny siebie odpowiada po krótkim namyśle.

Bóg Zniszczenia – klient, uwięziony w pułapce niewiedzy, zapomniany, potrzebujący. W końcu zjawia się zespół, który może mu pomóc – jesteśmy w tym zespole. Ważny jest dla niego termin. Może być jakikolwiek, ale musi zostać dotrzymany.

Złote Kiwi – projekt, marzenie, którego Bóg Zniszczenia nie potrafi sam zdobyć. Potrzebuje firmy, zespołu.

Pierwsze puste świątynie – pierwsze dni, rozpoczęcie pracy, lekkie rozleniwienie i odpoczynek po poprzednim projekcie. Gdy rozpoczynamy i widzimy, że idzie gładko, odpuszczamy. Przecież skończy się szybko.

Świątynia Wodnika i Panny – pierwsze lekkie bugi i problemy, które napotykamy. Jedne zwykłe, wykryte przez testy, inne trudniejsze, związane z wyścigami, wątkami, asynchronicznością.

Świątynia Bliźniąt – pierwsze poważne problemy. Coś nie wyszło. Coś trzeba zmienić. Trwa to jakiś czas, bo trzeba pomyśleć. Problem nie jest trywialny. Debugowanie trwa.

Świątynia Raka – znowu błędne założenie na początku projektu. Nie możemy skorzystać z technologii, której byliśmy pewni. Klient nalega na inną, klient nie ma pieniędzy, okazało się, że jednak nie pasuje – powody mogą być różne. W każdym razie, bez niej będzie o wiele trudniej. Dobrze ją znaliśmy, ale jakoś musimy sobie poradzić bez niej.

Świątynia Lwa – zignorowany, utajony, pozostawiony na później problem. Z pozoru wyglądał na nieistotny, przeskoczyliśmy go. Załatwi się go później. Nie został nigdzie zgłoszony i dlatego o nim zapomnieliśmy. Gdy zaczyna brakować czasu, na samym końcu projektu, przed samym releasem uderza w nas niespodziewanie i nagle. Z reguły wtedy, gdy jest już za późno.

Świątynia Skorpiona – czas workaroundów. Kolejne wyzwanie, kolejny problem, którego nie przewidzieliśmy. Jest na tyle poważny, że całość projektu może się nie udać, możliwe, że zmienić trzeba byłoby same fundamenty – architekturę, przyjęte technologie. Próbujemy workaround, działa. Coś innego przestało. Próbujemy kolejny, działa. Lecz znowu coś innego się popsuło. Walczymy z tym problemem – raz nam idzie lepiej, raz gorzej. Szala przechyla się to na korzyść totalnego fuckupu, to na naszą. W końcu, naładowani napojami energetycznymi, zarywając nocki rozwiązujemy problem łatą, która trzyma.

Świątynia Koziorożca – przez pisanie w pośpiechu, przez kolejne workaroundy, kolejne łaty, kod niestety nie jest najlepszej jakości. Jesteśmy coraz bardziej zestresowani, pracujemy pod presją, a kolejne wyzwania i wymagania nie są wcale łatwiejsze. Tracimy skupienie i big picture zaczyna nam uciekać. Kod jest kiepski, więc znajdują się w nim absurdalne błędy. Tak było właśnie na tym etapie. Niespodziewanie coś się popsuło. Debugowanie i szukanie problemu. Został znaleziony tam, gdzie nikt się tego nie spodziewał.

Świątynia Ryb – system jest domkiem z kart, kruchy, wrażliwy w wielu miejscach. Wszystko stanęło na głowie, nie wiadomo już co jest czym. Niby działa, ale czy przez przypadek, czy dlatego, że wszystko jest ok?

Bieg ku świątyni Złotego Kiwi – ostatnie dni i godziny. Zaraz release, wdrożenie na produkcję. Już prawie. Poszło. Jednak system się wywala. Nie działa. Dostajemy zgłoszenie. Nic nie jest tak jak miało być. To ten bug, którego zostawiliśmy na później. Nie naprawiliśmy go. Czy to był bug wydajnościowy? Czy był to brak testów end to end? Czy był to brak testów w ogóle? Nie ważne. Wiedzieliśmy, że należało to zrobić, zignorowaliśmy to i dokładnie przez ten problem, w połączeniu z niestabilnym systemem, wszystko rozsypało się w drobny mak.

Zniszczenie krainy, uwięzienie w studni – wkurzony klient. Zerwanie umowy. Utrata dobrego imienia. Zwolnienie z pracy.

Rozmowa z samym sobą

– Mateusz, wyluzuj.

No dobrze. Zgodzę się z tym, że nieco drastycznie opisałem historię tego releasu. Jednak niestety takie sytuacje się zdarzają. Od wielu lat już programuję i nie stykałem się z nimi tylko w trakcie pierwszego roku.

– Mateusz, no zdarza się, wiadomka, ale przecież klient nie może brać estymacji za jakiś pewnik.

Zdarza się, że mamy dobre relacje z klientem, pracujemy już razem długo i dobrze się rozumiemy, ALE zdarza się też coś zupełnie odwrotnego – jesteśmy w miarę nowym zespołem, klient również jest nowy, poznajemy się dopiero i docieramy. Możemy nie mieć jeszcze opracowanej sprawnej komunikacji. W związku z tym, gdy klient usłyszy od nas podczas spotkania, że “powinno być gotowe na piątek”, to stwierdzi po prostu, że “fajnie, jesteście super” i uruchomi działania marketingowe. Czasami też się zdarzają terminy nie do przeskoczenia, np. data konferencji, na której nasz produkt będzie pokazywany, albo uruchomienie loterii z nagrodami w naszym ecommerce, gdzie marketing wyprzedza release o miesiąc czy dwa. Wtedy lepiej, żeby te nasze strzały estymacyjne były jednak bliżej środka tarczy.

– Mateusz, no tak, jasne, może coś nie wyjść w trakcie pisania kodziku, ale przecież spokojnie o tym wtedy powiemy klientowi i będzie mógł sprawnie zareagować.

Jeżeli faktycznie klient dowie się o problemach o wiele wcześniej, to jeszcze pół biedy. A teraz tak z ręką na sercu, czy zawsze informowałeś/informowałaś swojego klienta o każdym przestoju? Albo czy twój zespół go o tym informował? Albo inne zespoły? Z jakiegoś powodu dajemy sobie tę godzinkę więcej. Jeden dzień więcej. Może jeszcze jeden, nic się przecież nie stanie. Tak pomyślą również inni programiści. Na koniec sprintu okazuje się, że połowa niedowieziona, a sprint był miesięczny. Odpowiedzialność rozmyta, tłumaczy się lider, więc za bardzo się tym nie przejmujemy.

Wiele czynników może się składać na niepowodzenie projektu. Tutaj, w tej historii, w tym wpisie chciałem się skupić tylko na jednym, na estymacjach. Roland na pewniaka powiedział, że potrzebuje dwunastu dni. Nie zastanowił się, nie skupił, nie przeanalizował, nie dopytał. Nie odszedł na bok (nie skonsultował się z zespołem), nie poprosił o czas do namysłu. Nie wiedział jeszcze dokładnie, z czym ma do czynienia. Założył i krótko mówiąc, pomylił się.

Skoro już musimy coś wyestymować, powiedzieć klientowi, co będzie gotowe na dany termin, albo do kiedy dowieziemy całość, to warto się w spokoju nad tym pochylić, zastanowić i to przeanalizować. Nie żeby wyznaczyć dokładny dzień i godzinę, ale żeby przynajmniej postarać się skończyć jak najbliżej tych naszych estymacji.

Estymacje muszą pochodzić z głowy, nie z dupy.

Gdy już musimy estymować, przyłóżmy się do tego. Nie zgadujmy. Mam swoje proste i sprawdzone metody.

Gdy podczas spotkania z klientem pada pytanie: “Czy będzie to gotowe na przyszły piątek?”, albo jakiekolwiek podobne, to nie odpowiadam. Nigdy. Na takim spotkaniu możemy nie mieć swobody dyskusji, jest niepotrzebny stres, timebox – po prostu nie sprzyja ono przeanalizowaniu zadania. Na takie pytanie zawsze odpowiadam wtedy: “Przeanalizujemy po spotkaniu i damy znać.”. W 99,9% usłyszymy: “Ok”. Rzadko kiedy zdarzają się tak pilne sprawy, że godzina czy dwie zwłoki robią różnicę. Z reguły okazuje się, że możemy nawet spokojnie wyestymować te nowe funkcjonalności na naszym cyklicznym spotkaniu estymacyjnym kilka dni później i jeszcze mamy czas, żeby dopytać i rozwiać wątpliwości.

Gdy już siadamy do tych estymacji, spotykamy się, to róbmy je na spokojnie. Czasami stajemy się więźniami timeboksów. Tak, zgadzam się, że jeżeli spotkanie było zaplanowane na jedną godzinę, to powinno tyle trwać. Natomiast, jeżeli w ciągu tej godziny nie uda nam się przeanalizować i przegadać wszystkich zadań, to nie przyspieszajmy pod koniec spotkania. Pierwsze dziesięć zadań w pięćdziesiąt minut, a drugie dziesięć zadań w ostatnie dziesięć minut. Nic dobrego z tego nie wyjdzie, na pewno, bo jesteśmy przesadnymi optymistami. Prędzej na szybko przypiszemy pięć mendejów, czy pięć Story Pointów, niż osiem czy dziesięć – żeby się potem nie tłumaczyć, czemu aż tyle. Przecież nie wiemy czemu, bo tego zadania nie przeanalizowaliśmy. Widocznie na tyle zadań jedno spotkanie to za mało. Trudno, niestety. Musimy spotkać się znowu i zrobić to dobrze.

Gdy czegoś nie wiemy, to dopytujemy. Zawsze. Nie zakładamy. Nawet, jeżeli mamy pewne podejrzenia, albo jesteśmy pewni na 90%. Dopóki nie jesteśmy pewni na 100%, to tak, jakbyśmy nie wiedzieli. Ile razy zdarzyło ci się założyć, że na pewno klientowi chodziło o A i B, a potem okazywało się, że istnieje jeszcze C? Biznes nie zawsze jest logiczny, możemy go też po prostu nie rozumieć, dlatego warto dopytywać. Wiem, nie chce nam się. Bo trzeba komentarz napisać do zadania, albo zadać pytanie na komunikatorze czy podczas spotkania. Jest to angażujące, to prawda, ale musimy tak robić. Może znajdzie się w naszym zespole osoba, która lubi takie zadania i jest chętna – dlatego warto mieć różnorodny zespół o różnych talentach. Czasami zdarza się taka sytuacja, że musimy coś założyć. Zadanie jest do zrobienia na jutro, wyszły niespodziewanie jakieś niejasności, klient znajduje się w innej strefie czasowej i nie ma go jak zapytać. Dobrze, wtedy coś załóżmy, ale to założenie spiszmy i kolejnego dnia upewnijmy się, że to o to właśnie chodziło.

Gdy już estymujemy w Story Pointach, to estymujmy w Story Pointach. Relacyjnie. Gdy mówimy: “To jest taka piątka.”, to musi ona wynikać z porównania tego zadania do innych, nie z przeliczenia w głowie godzin na SP. Przeliczanie niestety często dzieje się z automatu i to nie nasza wina. Jak możemy sobie pomóc? Tworzymy projekt w Trello, każda kolumna to kolejna wartość SP. Proste? Proste. Teraz tylko wystarczy dla danego zadania stworzyć kartę, wkleić do niej tytuł i przenieść ją do odpowiedniej kolumny. Nie pytamy wtedy: “Ile SP nam to zajmie?”, tylko “Gdzie to przenosimy?” – patrzymy na pozostałe zadania i porównujemy. Wszystko elegancko widoczne czarne na białym.

Gdy już wyestymowaliśmy, wracamy na spotkanie z klientem i znowu pada pytanie: “Czy będzie to gotowe na przyszły piątek?”, to co robimy? Nie odpowiadamy! Ależ zaskakujący obrót wydarzeń! Żartuję. Odpowiadamy, ale nie wprost. Takie pytania zawierają pewną pułapkę – odpowiedzialność za wszystkich i za wszystko. Piszę to z perspektywy programisty mobilnego. Zdarza się, że dana funkcjonalność zależy od: urządzenia (IoT), softu na tym urządzeniu, backendu oraz grafik, nawigacji itd. Nie zapominajmy o innych zespołach. Mogą być one rozproszone po różnych firmach czy nawet krajach. Nie możemy brać za nich odpowiedzialności. Takie pytania są podchwytliwe, ale w końcu musimy na nie odpowiedzieć i wtedy warto zaznaczyć, że mówimy o naszej pracy: “Nasz zespół potrzebuje dwóch tygodni, żeby skończy tę funkcjonalność. Natomiast jeżeli wystąpią jakieś opóźnienia wśród innych zespołów, to mogą one mieć wpływ również i na naszą pracę. Są to czynniki niezależne od nas.”. Chodzi przede wszystkim o wytłumaczenie klientowi, jak to działa, na czym polega taka współpraca i co musi zostać wykonane, żeby na ekranie swojego telefonu mógł zobaczyć to, o co nas poprosił. Bierzmy odpowiedzialność wyłącznie za swoją pracę, dbając jednocześnie o dobro projektu i pomagając innym zespołom, za każdym razem, gdy tylko takiej pomocy będą potrzebować.

– Mateusz, czy nie mogłeś od razu powiedzieć, o co ci chodzi? Trzeba ci było pisać całą tę historię z Rolandem?

Oczywiście, że mogłem, ale wtedy nie bawilibyśmy się tak dobrze. A tak, to były strzały z dupy, wyścigi, czopki, Bóg Zniszczenia. Czyli to, co lubię najbardziej.

Roland i Złote Kiwi

Zapraszam w świat Rolanda. Jego przygoda niech stanie się przestrogą dla nas wszystkich. Wnioski i morał znajdują się w osobnym poście (albo znajdą, dajcie mi jeden dzień :)).

Ta historia zostanie przedstawiona inaczej. Od tyłu. Dziesięć rozdziałów. Wzrok was nie myli. Zaczynamy od dziesiątego. Miłej zabawy!

Rozdział 10.

Biegnie. Jest cały mokry. Ubrania ciążą na nim. Musi biec. Zostało mu niewiele czasu. Powoli zaczyna widnieć. Jest już wykończony, nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie czuje ich. Biegnie bardzo powoli, resztkami sił, z pochylonym i zmęczonym ciałem. Rana z boku znów zaczęła krwawić. Upadł. Podparł się kikutem. Poczuł ból. Nie może się zatrzymać. Wstał i biegł dalej. Tak wiele od tego zależy. Żałuje, że zrobił to w ten sposób. Że się nie przyłożył. Pycha może go teraz zgubić. Przez cały czas wierzył, że jednak może mu się udać. Musi. Po tym wszystkim, co przeszedł.

Do wschodu słońca pozostała krótka chwila. Szczyt góry jest na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko trochę i w końcu wejdzie do świątyni, w której znajduje się Złote Kiwi. Jeszcze tylko trochę i w końcu je zdobędzie.

Dociera do schodów. Po obu stronach jest stromo. Nogi mu płoną z bólu, ale potrafi go znieść. Nie liczy się to dla niego. Musi zdobyć Złote Kiwi. Pot spływa mu po całym ciele, pomimo mokrych ubrań. Przeciera twarz rękawem. Spojrzał na lewą rękę, na jej koniec. Rana się otworzyła podczas upadku, zaczęła krwawić. Zacisną zęby. Zaklął pod nosem. Nie zmieni już tego. Nie zmieni biegu wydarzeń.

Nagle znalazł się w powietrzu. Nie potrafi oddychać. Leci do tyłu. W dół schodów. Widzi niebo. Słońce. Uderzył ciężko plecami o ziemię. W uszach słyszał tylko cichy pisk. Po chwili zdał sobie sprawę, że nie leży w miejscu. Stacza się. Oprzytomniał i odzyskał dech. Wyhamował łapiąc się suchego drzewka, na którym od tysięcy lat nie było żadnego liścia. Złamało się, ale Roland już odzyskał kontrolę. Spojrzał w górę. Słońce raziło mu oczy. Przyłożył rękę do czoła i ujrzał sylwetkę zwierzęcia. Dużego. Stało dumnie na czterech łapach. Czarna grzywa powiewała na wietrze. To on. To od niego otrzymał cios. Nie zauważył go. Kompletnie o nim zapomniał. Dał się zaskoczyć. Myślał, że wszystkie zmagania są już za nim. Że wystarczyło już tylko dotrzeć do świątyni ze Złotym Kiwi. Usłyszał śmiech. Coraz śmielszy. Coraz bardziej diabelski. Roland obrócił się przez ramię, by spojrzeć w horyzont. Nie zdąży. Znowu spojrzał w górę. Zacisnął zęby. Zrobił krok do przodu., w górę zbocza. Wola walki nie pozwalała mu się poddać. Stawiając drugi krok, poczuł na swojej twarzy ciepło. Promienie słoneczne.

Wszystko zastygło. Wiatr przestał wiać. Zwierzęta ucichły. Rzeki w dole góry zatrzymały się. Jakaś siła porwała go i przemieszczała jego bezwładne ciało ponad górę. Wyżej i wyżej. Dostrzegł go. Pod samymi chmurami. Czekał na niego Bóg Zniszczenia. Dotarł przed jego oblicze.

– Rolandzie. – rozległ się jego głos. Znowu nawet nie poruszył ustami. Jego głos, tym razem niski i przerażający, roznosił się w przestrzeni – Nie podołałeś zadaniu.
– Brakowało mi tylko kilka chwil!
– Cisza! – ryknął – Znałeś zasady. Zgodziłeś się na nie. Teraz musisz ponieść karę.
– Nie! Proszę, nie!

Bóg Zniszczenia uniósł swe ręce. Ziemia w promieniu 100 mil od góry zaczęła pękać. Oddzieliła się od reszty. Całe życie wokół góry, zostało uwięzione. Niebo stało się ciemniejsze. Rozszalała się potężna burza. W ziemię zaczęły uderzać pioruny. Jeden po drugim. Lasy stanęły w ogniu. Zwierzęta uciekały w popłochu. Płonące drzewa walały się na ziemię, zagradzając im drogę. Trzęsienia ziemi i trąby powietrzne burzyły wszystko na swej drodze. Ludzie zamieszkujący pobliskie krainy spoglądali z przerażeniem w górę. Nie rozumieli tego, co się dzieję.

Pewien samotny mężczyzna wracał wraz ze swym psem, po ciężkim dniu pracy w polu, do wioski. Z lewej jego strony pole, z prawej pole. On sam kroczył pośrodku, zmierzając na zasłużony wypoczynek. Wzrok miał wbity w ziemię. Usłyszał huk. Ziemia się zatrzęsła. Podniósł wzrok i spojrzał w kierunku swojej wioski. Zobaczył uderzające w nią pioruny, w odstępach kilku sekund. Jeden po drugim. Usłyszał krzyki. Wioska w mgnieniu oka stanęła w ogniu. Ludzie zaczęli uciekać w różnych kierunkach. Tratowali się na wzajem. Radość, gwar rozmów i życzliwość przemieniły się w mgnieniu oka w skowyt i walkę o przetrwanie. Nie wiedzieli, co się dzieję. Nie wiedzieli, że i tak wszyscy zginą. On też nie wiedział. Nikt nie mógł uchronić się przed Bogiem Zniszczenia. Tych, którym udało się wydostać z wioski i zmierzali w kierunku pola, również dopadły pioruny. Uderzały prosto w nich, paląc ich ciała na oczach wieśniaka. Odwrócił się i pobiegł.

Roland obserwował te dramatyczne sceny z góry. Wiedział, że to jego wina. Znał warunki. Zgodził się na nie. Teraz było już za późno. Za jego błędy, za jego pychę zapłacą niewinni.

W końcu uciekającego mężczyznę również dosięgnął piorun. Jego pies spłonął zaraz po nim. Całe życiu wokół góry płonęło, ryczało przeraźliwie. Trwało to jeszcze klika chwil, aż Bóg Zniszczenia opuścił swe ręce. Burza ucichła, niebo się rozjaśniło. Wykonał gest dłonią. Zerwały się wiatry. Ogień zniknął.

– Rolandzie – Bóg Zniszczenia spojrzał na niego. – Dokonało się. Całe życie wokół góry zostało zgładzone. Ty natomiast, zostaniesz teraz uwięziony na dnie studni, o której nikt nie słyszał.

Ronald przeraził się zobaczywszy włochaty palec wymierzony w swoją stronę. Chciał krzyknąć, przeciwstawić się, ale nie potrafił. Wiedział, że już za późno. Bóg Zniszczenia przesunął palec w stronę krainy znajdującej się nieopodal góry. Teraz już opustoszałej i zniszczonej. Przetrwała tylko studnia. Roland nagle zaczął spadać. Poczuł ból. Jego ciało odkształcało się. Kości zaczęły się łamać. Krzyczał. Stawał się coraz mniejszy. Oznaczało to tylko jedno. Zamieniał się w żabę. Docierał do ziemi w przeraźliwym bólu. Zbliżał się z coraz większą prędkością. Myślał, że w nią uderzy i zginie. Chciał tego. Modlił się o to. Nie wiedział, do którego z Bogów. Po prostu błagał o litość w swych myślach. Nagle otoczyły go ciemności. Znalazł się w studni. Po chwili uderzył w taflę wody. Tam miał spędzić resztę swoich dni.

Rozdział 9.

Wychodząc ze świątyni Koziorożca, Roland zauważył gnata leżącego na ziemi. Podszedł do niego. Ściskała go dłoń oderwana od ciała. Wyrwał go z niej i schował do plecaka. Usiadł pod wyjściem świątyni i obejrzał ranę. Kula przeszła na wylot. Jednak szczęście czasami mu dopisywało. Nie miał czasu na przypalenie rany. Nie tym razem. Zmienił opatrunek. Przed nim już ostatnia świątynia chroniona przez strażnika. Ostatnie starcie. Ciało domagało się odpoczynku. Pozostały dwa dni. To więcej, niż potrzebuje. Tak mu się przynajmniej wydawało, tak mu podpowiadał zmęczony organizm. Nie poradzi sobie, jeżeli nie zrobi sobie chwili przerwy. Krótka drzemka. Tylko na chwilkę. Zaraz przecież się obudzi.


Otworzył oczy. Słońce było już nisko. Wiedział, że minął dzień. Że został mu tylko jeden i to niecały. Czuł to. Wstał, popatrzył na świątynię ostatniego strażnika, która w oddali wyglądała na bardzo małą. Jeżeli mu się uda, to przed samym wschodem słońca. Gdy przez nią przejdzie, czeka go jeszcze droga do świątyni Złotego Kiwi. Rozpoczął marszem. Po chwili lekko przyspieszył.


Jest środek nocy. Podbiegł truchtem do ostatniej świątyni. Poprawił opatrunek na brzuchu i poszedł dalej. Nie wiedział czego tym razem się spodziewać. Stanął przy drzwiach. Znak ryb. Ostatnia przeszkoda. Może ich nie zasta? Może ta świątynia będzie pusta i gładko przez nią przejdzie? Pchnął wrota. Nie drgnęły. Rozejrzał się. Nie widział niczego, co pozwalałoby otworzyć je w jakikolwiek sposób. Nie, tylko nie teraz. Tylko nie zagadka. Spojrzał na horyzont. Na szczęście nadal jeszcze nie widniało. Zrzucił plecak na ziemię i dołączył do niego. Usiadł. Ale nie na ziemi. Co to było? Wstał. Strzepnął pył z podłoża. Właz. Tak! To mogło być wejście! Odsunął właz, a jego oczom ukazał się tunel. Wszedł do niego czym prędzej. Schodził po drabinie w dół przez kilka metrów, a następnie szedł przed siebie po ubitej ziemi. To było przejście prowadzące pod świątynię. Doszedł do końca tunelu. Spojrzał w górę. Wodny sufit. Jak to? Cofnął się odruchowo. Nie chciał zginąć przez utopienie w tunelu. Spojrzał ponownie, ostrożnie. Woda wciąż tam była. Spokojna i przejrzysta. Westchnął. Wiedział już, że nie będzie łatwo. Ściągnął plecak i przyklęknął. Wyszukał w nim puszkę z magicznymi szprotami. Otworzył ją. Wyciągnął dwie z nich i włożył je do buzi, z dwóch stron. Docisnął do policzków. Wstał, wspiął się po drabinie i wszedł w wodę. Dzięki nim widział wyraźnie i mógł swobodnie oddychać. Przepłynął kilka metrów i stanął na środku świątyni. Rozejrzał się.

Usłyszał je od razu po wejściu, ale pozwolił im się zbliżyć. Chciał wiedzieć, z czym ma do czynienia. Poznał, że to delfiny. Znał ich język. Charakterystyczne i-i-i-i-i-i-i-i.

– Mery, ktoś wszedł.
– Wiem, Isabello, słyszałam.
– Mery, podpłyniemy?
– Tak, Isabello, przecież to oczywiste.
– Mery, kto to może być?
– Nie wiem Isabello. Jesteśmy coraz bliżej. Ty go capnij z góry, a ja go capnę z dołu.

Z rękawa Rolanda niespodziewanie coś się wysunęło. Coś składanego. Zacisnął dłoń na tym przedmiocie i szybkim ruchem nadgarstka rozwinął go w całości. Z drugiego rękawa wysunął się drugi, taki sam przedmiot. Chciał go złapać, lecz ten opadł na dno świątyni. Zapomniał. Roland obrócił się prędko wokół własnej osi i stanął na przeciw delfinów. Te zaskoczone wybałuszyły swe oczy.

– Skąd wiedziałeś, że podpływamy? – zapytała Mery.
– Słyszałem was. Poza tym rozumiem delfiński. Woda jest bardzo czysta i wasza rozmowa doskonale się niosła.
– Czego chcesz i co trzymasz w dło…? – Nie dokończyła pytania, gdyż sama zrozumiała. Na końcu długiego, prętowego przedmiotu, zauważyła cienką nić. Gdy znalazła jej koniec, rozpoznała przedmiot. Nieznajomy trzymał wędkę. Wiedziała z czego zrobiony jest hak. – Kim jesteś?
– Nazywam się Roland. Przyszedłem zdobyć Złote Kiwi. Przepuście mnie, a nic wam nie zrobię.
– Mery?
– Tak, Isabello?
– Mery, czy on nam zagroził?
– Tak, Isabello.
– Mery, co nim z robimy?
– To, co zawsze, Isabello. Rolandzie, niestety nie możemy cię przepuścić. Jesteśmy delfinami, strażnikami tej świątyni. Zawróć, a nie stanie ci się krzywda.

W trakcie rozmowy Roland ocenił, ile czasu potrzebuje, żeby dopłynąć do wrót wyjściowych. Kilkunastu sekund. Musiał tylko jakoś odwrócić ich uwagę. To mogło być prostsze, niż się spodziewał.

– Dlaczego świątyni Ryb pilnują ssaki? – zapytał Roland.
– Jak to ssaki? Jesteśmy rybami. – odpowiedziała zmieszana Mery.
– Delfiny to ssaki.
– Nie, delfiny to ryby – lekko podirytowana Mery spojrzała na Isabellę, która wydawała się nieco zakłopotana – Delfiny to ryby, prawda?
– Wydaje mi się, że tak – spuściła wzrok Isabella.
– Słucham!? Wydaje ci się!? Isabello, miałaś jedno zadanie! Tak bardzo nalegałaś, żebyś to tym razem ty mogła wybrać ryby, w które się przemienimy. Raz na 100 lat mamy taką możliwość. Minął zaledwie rok. Inni strażnicy będą się z nas śmiali, gdy się dowiedzą!
– Mery, nie dowiedzą się! Poza tym, delfin po francusku tak pięknie brzmi! De-la-fu-a! Czyż to nie piękne? Warto być przez chwile ssakiem dla tak pięknej nazwy.
– Nie de-la-fu-a, tylko del-fa-ne.
De-la-fu-a.
Del-fa-ne.
DE-LA-FU-A! Zamknij się!
DEL-FA-NE! Ty się zamknij!
– Przybyszu Rolandzie! Jak po francusku…

Ronald był już jedynie kilkanaście metrów od wrót wyjściowych. Mery i Isabella uśmiechnęły się lekko, spojrzały na siebie i skinęły głowami. Błyskawicznie wyrwały do przodu, w stronę Rolanda. Płynęły kilkukrotnie szybciej niż on. Gdyby był pełni sił, już dawno znajdowałby się poza świątynią.

Wiedział, że już po niego płyną. Kłótnia umilkła. Wziął zamach i niczym kowboj biczem, zwinnie szarpnął w stronę delfinów. Haczyk mknął przez wodę jak pocisk. Mary dostrzegła go w ostatniej chwili i zdołała się uchylić. Isabella nie miała tyle szczęścia. Zdołała nieco uskoczyć, dzięki czemu haczyk nie przeszył jej na wylot. Gdyby tak się stało, to przy kolejnym szarpnięciu, wszystkie jej wnętrzności znalazłyby się poza jej ciałem. Dzięki refleksowi, haczyk przebił jedynie ogon. Siła Rolanda zaskoczyła ją. Pociągnął mocno. Płynęła bezwładnie w kierunku dna. Uderzyła w nie z impetem. Roland, płynął prędko przed siebie, ale zdołał szarpnąć ponownie. Isabella uderzyła w posąg znajdujący się przy jednej ze ścian. Otworzyła oczy. Był to posąg Posejdona, a jej głowa znalazła się w niewielkiej odległości od harpuna. Roland zaklął. Rozpędzona i rozdrażniona Mery zbliżała się do niego. Nie mogła stracić Isabelli. Chwyciła wędkę Rolanda w swą paszczę i roztrzaskała ją w drobny mak. Roland osłonił się. Spodziewał się ataku. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zniknęła. Wrota miał tuż przed sobą. Próbował podpłynąć. Coś go powstrzymywało. Jakaś siła ciągnęła go do tyłu. Odwrócił się. Mery i Isabella były na środku świątyni. Płynęły zataczając koło. Coraz szybciej. W świątyni wytwarzał się wir. To on nie pozwalał dotrzeć mu do wrót. Prąd porywał go z coraz większą siłą. Nie miał z nim szans. Nie w tym stanie. Ronald musiał mu się poddać. Delfiny przyspieszały. Jeżeli Roland niczego nie wymyśli, roztrzaska się o jedną z kolumn. Musi jakoś wytrącić je z równowagi, przerwać to. Wszystko w świątyni zostało wprawione w ruch: posągi, złote talerze, tureckie dywany, jedzenie dla rybek. Jeden przedmiot nie pasował. Rozpoznał go. To była jego druga wędka. Jak ją zdobyć? Była za daleko. Musi się czegoś złapać, przytrzymać na chwilę. Wędka sama do niego przypłynie. Na jednej z kolumn została wykłuta płaskorzeźba. Postanowił spróbować. Był już blisko. Wyciągnął rękę i zacisnął na czymś wielkim. Okazało się to być krocze wyrzeźbionego Boga Płodności. Jego genitalia były ogromne. Całe szczęście. Dzięki nim miał szanse przeżyć. Nie spuszczał wędki z oka. Dopłynęła do niego. Miał ją na wyciągnięcie ręki. Puścił rzeźbę i spróbował. Udało się. Nie zastanawiając się, szarpnął zdecydowanie. Pomimo swej lekkości, haczyk ciął wodę i nie poddawał się prądowi. Delfiny się tego nie spodziewały. Mery wyczuła subtelną zmianę mocy wiru. Coś było nie tak. To by była Isabella!

– Isabello, wszystko w porz…

Nagle przeszył ją ból w brzuchu. Zderzyła się z Isabellą. Haczyk przeszył je obie. Wyglądały jak szaszłyk z delfinów. Roland pociągnął z całej siły i szarpnął w kierunku dna. Delfiny uderzyły z impetem. Wir momentalnie ustał. Nie czekając na reakcję Mery i Isabelli, Roland czym prędzej popłynął w kierunku wyjścia. Dotarł do wrót. Nareszcie! Złapał za dźwignię i popchnął. Wrota ani drgnęły. Spróbował jeszcze raz. Usłyszał cichy śmiech.

– Nic z tego Rolandzie. Tych wrót nie nie sposób otworzyć z wewnątrz. Nie przejdziesz. Zginiesz tu! – powiedziała ranna, acz rozbawiona Mery.
– Jak stąd wyjść? Mówcie! W przeciwnym wypadku obie zginiecie!

Roland podpłynął do rannych delfinów leżących na dnie świątyni.

– Mery, czy on nam grozi?
– Tak, Isabello.
– Mery, powiedz mu, że i tak przeżyjemy. Powiedz mu Mery!
– Taki miała zamiar Isabello.
– O czym ona mówi? – zdziwił się Roland. Trzymał w ręku wędkę i był gotowy je torturować.
– Żeby nas zabić, musiałbyś nieustannie nas ranić. W przeciwnym razie uzdrowi nas jedzenie dla rybek, którego teraz pełno jest w wodzie. Dzięki wirowi wymieszało się i jest teraz wszędzie. Ma magiczną moc. Nie zdołasz nas pokonać wędką.

Roland spojrzał na rany delfinów. Mery nie kłamała. Goiły się. Broni palnej nie mógł użyć, a jego miecze nie poradzą sobie ze stalową skórą delfinów. Haczyk na końcu wędki wykonany był z bobrzej stali. Tylko ona była w stanie przebić i zranić delfiny. Osunął się na ziemię i oparł o kolumnę. Nie miał już sił. Woda wykończyła go doszczętnie. To był koniec. Zginie tu.

Tyłek Rolanda zsunął się lekko. Podsunął go z powrotem pod kolumnę. Znowu lekko się zsunął. Co jest? Spojrzał na dno. Musiało być nierówne. Ktoś im spartaczył świątynię. Powrócił do rozmyślań o śmierci. Coś nie dawało mu spokoju. Spojrzał na dno ponownie. Malowidła przedstawiały Boga Płodności bujającego w obłokach. Kto maluje chmury i niebo na dnie świątyni? Spojrzał na kolumnę. Nadzieja wróciła! Płaskorzeźba, dzięki której zdobył wędkę, jest do góry nogami! Czemu wcześniej nie zwrócił na to uwagi? Wszedł przez właz, musi wyjść przez właz! Podniósł głowę do góry, zmrużył oczy. Jest! To może być to! Spojrzał na delfiny. Odwróciły wzrok. Nie chciały, by zobaczył strach w ich oczach. Roland odbił się od dna. Wykrzesał z siebie ostatki i sił dotarł do włazu u szczytu świątyni, które okazało się być prawdziwym dnem.

– Nie! Rolandzie, nie rób tego! Zginiemy! Porozmawiajmy! Otworzymy dla ciebie wrota wyjściowe, tylko nie otwieraj tego włazu! – błagała go Mery.
– Mery, czy on naprawdę zamierza odsunąć ten właz? – zapytała Isabella.
– Tak, Isabello! Nie widzisz?
– Widzę Mery, ale chciałam się upewnić. Żegnaj Mery.

Roland spojrzał na nie przez ramię i powiedział:

– Z francuskiego jest dy-fa, skurwysyny – po czym odsunął właz.

Woda wystrzeliła z dachu świątyni wyrzucając Rolanda od strony wyjścia. Wylądował całkiem sprawnie, jak na jego stan. Mery i Isabellę również wyrzuciło. Patrzył przez chwilę jak umierają na suchej ziemi. Splunął. Odwrócił się. Przed nim już tylko droga ku świątyni Złotego Kiwi. Koniec walk ze strażnikami. Ruszył przed siebie. Nie miał już nic do stracenia. Nadzieja odżyła.

Rozdział 8.

Dwa dni i trzy świątynie. Roland biegł. Magiczny czopek Wing Chun dodał mu sporo sił. Ogromnymi susami pokonał w mgnieniu oka odległość do kolejnej świątyni. Zaryzykował. Wparował do niej z impetem. Dwa susy i znalazł się przy wyjściu. Rozniósł wrota w drobny mak. Wyleciał z niej z hukiem. Biegł dalej. Czopek powoli przestawał działać. Siły opadały. Zwolnił, ale nadal biegł szybko. Zwolnił do truchtu. Szybkiego kroku. Marszu. Zatrzymał się i upadł. Czopek dodał mu energii, ale nie wziął jej znikąd. W dalszym ciągu była to energia Rolanda. Był wycieńczony. Zemdlał.


Obudził się. Twarz miał całą umorusaną z ziemi. Miał jej nawet trochę w buzi, wypluł ją. Wstał i otrzepał się. Słońce już zaszło. Był nieprzytomny przez kilka godzin. Półtorej dnia – tyle czasu mu zostało. Zdobycie Złotego Kiwi wydawało się już nieosiągalne. Nie miał zamiaru się jednak poddawać. Przedostatnia świątynia była całkiem niedaleko. Wziął głęboki oddech i powędrował przed siebie.

Symbol rogów. Musiały oznaczać Koziorożca. W takim razie minął Ryby bądź Strzelca. Wszedł. Trawa i krzewy. Wszędzie. Porastały całą świątynię. Na jej środku stał on, Koziorożec. Żuł trawę. Wyglądem przypominał kozła. Jedyną różnicą były rogi. Nie były to zwykłe rogi. Długie, sięgające aż do zada. Grube, niczym zaciśnięta pięść olbrzyma. Nie przejął się Rolandem.

Roland chciał załatwić to szybko. Wyciągnął z plecaka gladius – był to jego ulubiony miecz – i ruszył na Koziorożca. Nie biegł tak szybko, jakby mógł. Poprzedni strażnicy dali mu w kość. Był wykończony. Biegł z nadzieją w sercu. Koziorożec nadal żuł niewzruszony. Patrzył na Rolanda. Wkurzyło go to. Roland przyspieszył nieco. Już był blisko, już miał brać zamach, gdy nagle Koziorożec, jak z bicza strzelił, zrobił kilka szybkich kroków w stronę Rolanda. Obniżył swą głowę, pchnął ją do przodu i uniósł ku górze. Wziął Rolanda na rogi. Siarczysty, silny jak diabli cios wyrzucił Rolanda w powietrze. Leciał dobre klika chwil i walnął o ziemię. Koziorożec wrócił do jedzenia.

Poobijany Roland wstał. Spróbował jeszcze raz. Tym razem z boku. Rozpoczął bieg po okręgu. Koziorożec nadal jadł. Teraz! Roland wyrwał nagle. Zbliżał się. Koziorożec, gdy Roland już brał zamach, by go ranić, przechylił łeb na bok i uderzył. Rolandowi odebrało dech. Znów rąbnął o ziemię. Koziorożec był dla niego za szybki i za silny. Jeszcze kilka takich ciosów i kości Rolanda tego nie wytrzymają. Musiał być sprytny. Jedynym niechronionym miejscem jest zad. Tam nie ma rogów, nie będzie też w stanie tak wygiąć szyi, by skutecznie zaatakować Rolanda. Tak, to było to. Cięcie zada mogło go uratować. Roland wstał ponownie. Ile razy jeszcze da radę wstać? Nie ma miejsca na więcej pomyłek. Koziorożec był pewny siebie. W dalszym ciągu nie przejmował się biegnącym przybyszem. Roland lekko się pochylił, chciał by Koziorożec myślał, że go znowu spróbuje zaatakować od przodu. Koziorożec ponownie obniżył łeb i pchnął. Roland wiedział, że to zrobi. Wyskoczył i odbił się od rogów. Leciał obracając swe zwinięte niczym kula ciało i znalazł się dokładnie tam, gdzie planował. Wziął prędko zamach by ciąć Koziorożca i nagle usłyszał strzał. Sparaliżował go. Roland spojrzał na swój bok. Z dziury po kuli wypłynęła krew. Runął na ziemię. Strzelec. Tylko gdzie on był? Roland przetoczył się po ziemi prędko, by schować się za kolumnę. Nie było więcej strzałów. Rana wyglądał na poważną. Jeżeli nie zatamuje krwawienia, zginie tu. Wyciągnął z plecaka kawałek szmaty i owinął wokół rany ściskając ją mocno. Na krótką chwilę powinno wystarczyć. Gdzie był Strzelec? Musiał go znaleźć. Nie mógł walczyć jednocześnie z Koziorożcem i niewidzialnym Strzelcem.

Z wnętrza Koziorożca wydobył się śmiech. Przeraźliwy śmiech.

– Przybyszu! Przestań się rozglądać. Jestem tutaj! W Koziorożcu! – zawołał Strzelec.
– O czym ty mówisz? Przestań się ukrywać i walcz ze mną! – odkrzyknął zmieszany Roland. Wyjrzał zza kolumny. Koziorożec był odwrócony do niego tyłem.
– Nie ukrywam się przybyszu. Mamy z Koziorożcem symbiozę. Zawarliśmy układ.
– Nie dam się na to nabrać! Pokaż się tchórzu!
– Strzelec mówi prawdę. – rozległ się niski głos – On chroni moje tyły, a ja zapewniam mu pożywienie. Głównie wegańskie, ale jemu to odpowiada. Pozwól, że ci nieco rozjaśnię sytuację, w której się znalazłeś.

Koziorożec opowiedział Rolandowi o jego spotkaniu ze Strzelcem. W świątyni Strzelca zaczęło brakować pożywienia. Coraz ciężej było znaleźć coś w okolicy. Strzelec porzucił łuk, gdyż wydawał mu się nieskuteczny i archaiczny. Zdarzało mu się przegrywać przez niego walki. Jeden z przybyszów posiadał ogromne zapasy broni palnej i amunicji. Strzelcowi udało się go zabić i nauczył się korzystać z tego rodzaju broni. Nauczył się produkować amunicję. Miał jej pod dostatkiem. Z łatwością wygrywał kolejne starcia. Potrzebował czegoś więcej, większych wyzwań, a przede wszystkim jedzenia. Miał dość zjadania resztek pożywienia pozostałego po zabitych przybyszach. Wyruszył więc na polowanie. Udał się do świątyni Koziorożca. Był on bardzo silnym i rosłym strażnikiem. Gdyby udało mu się go ustrzelić, mógłby się nim posilać przez długi czas. Wkradł się do środka. Miał go już na muszce i wtedy Koziorożec zaproponował mu układ. Miał on bowiem jeden słaby punkt, przez który zdarzało mu się przegrywać starcia z przybyszami. Zad. Gdyby Strzelec zgodził się osłaniać jego tyły, ten zapewniałby mu pożywienie. Dogadali się. Zwyciężyli kila walk, aczkolwiek nie bezproblemowo. Gdy Strzelec stał za Koziorożcem, istniało ryzyko, że rywal pozbędzie się najpierw jego. Wtedy Koziorożec pozostałby sam. Osłanianie tyłów z odległości również nie wchodziło w grę, zbyt wielkie ryzyko. Postanowili więc, że Koziorożec połknie Strzelca nie trawiąc go. Będzie mu dostarczał jedzenia, po prostu zjadając je, natomiast Strzelec będzie chronił jego tyłów z ukrycia, strzelając przez odbyt Koziorożca. Wielu zginęło już w ten sposób. Z zaskoczenia. Roland miał dużo szczęścia.

– Czy ja dobrze rozumiem, że jesteś Koziorożcem, który strzela z dupy? – zapytał z niedowierzaniem Roland.
– Bardzo niefortunnie to ująłeś przybyszu, ale tak. W gruncie rzeczy, tym właśnie jesteśmy. – odpowiedział Koziorożec.
– Jesteśmy Koziostrzelcem! – krzyknął z wnętrzności zadowolony Strzelec i strzelił kilka razy. Roland skulił się za kolumną, by uchronić się przed strzałami.

Zastanawiał się, jak sobie z nimi poradzić. Wpadł mu do głowy pewien pomysł. Gdyby się nie udał, to zginie zabity przez Strzelca. Jedna szansa. Miał nadzieję, że Koziorożec czuł się na tyle pewny będąc ubezpieczony z tyłu, że nie przewidzi zagrożenia. Roland pogrzebał w plecaku. Znalazł. Granat i deskorolkę. Tę drugą przymocował do pleców. Granat włożył do rękawa. Musiał pobiec na Koziorożca z gladiusem, by ten niczego się nie spodziewał. Wstał i biegł od kolumny do kolumny, unikając kolejnych strzałów. W końcu zszedł z lini ognia i nie widział już zadu. Stanął na przeciwko Koziostrzelca i ruszył z krzykiem. Zamarkował skok, przez co Koziostrzelec, próbując tym razem przygotować się do uderzenia lecącego Rolanda, odsłonił swą szyję i pysk. Roland właśnie na to liczył. Wysunął granat z rękawa i włożył Koziostrzelcowi głęboko do pyska, ściągając przy tym zwinnie zawleczkę. Wślizgnął się pod Koziostrzelca, złapał się jednej nogi, by skręcić i wydostać się z spod niego od boku. Leżąc na deskorolce pognał w stronę kolumn, by schować się za jedną z nich.

W tym samym czasie Strzelec wypatrywał Rolanda, by tym razem go zabić. Słyszał jego bieg i krzyk. Poczuł też próbę zadania ciosu przez Koziorożca, ale wiedział, że ten nie sięgnął celu. Gdzie był Roland? Coś uderzyło go z tyłu. Odwrócił się. Rozszerzył bardziej odbyt, by lepiej widzieć. Gdy zrozumiał, co się stało, było już za późno.

Roland schował się prędko za kolumną. Zaraz potem usłyszał wybuch. Kawałki rozerwanego Koziostrzelca latały po całej świątyni. Udało się. Roland wstał i poszedł w stronę wyjścia.

Rozdział 7.

Talerz z laleczką Rolanda powędrował nieco w górę, natomiast z laleczką nieznajomego w tym samym czasie opadł na dół. Przestały być na równi. Nie rozumiał, co się stało. Waga w dalszym ciągu wpatrywała się w niego. Chciał zrobić krok w tył, lecz potknął się, stracił równowagę i poleciał na tyłek. Przed twarzą przeleciała mu otwarta paszcza czegoś, czego nie potrafił nazwać, czego nigdy wcześniej nie widział. Stworzenie wbiło się w drzewo. Było podobne do węża, który nie miał końca. Druga jego część znikała gdzieś we mgle. Roland wstał. Coś szarpnęło wężem. Odrywając kawał drzewa wrócił w miejsce we mgle, z którego się pojawił. Cisza. Krótka chwila. Z mgły znowu wyłoniła się otwarta paszcza z wystającymi kłami. Roland zrobił unik obracając się wokół własnej osi, wziął zamach maczetą i odciął głowę węża. Odrzucił prędko maczetę i złapał go. Kątem oka zobaczył, że szala wyrównała się. Waga przechylała szalę na korzyść tego, kto miał większe szanse na przetrwanie. Mgła opadła. Roland ujrzał czarno-żółtą postać, która znajdowała się kilka drzew od niego. Prawą rękę miała wyciągniętą przed siebie – z niej wychodził wąż. To musiał być on, Skorpion. Jego białe oczy napawały Rolanda niepokojem. Poczuł, że Skorpion próbuje wciągnąć bezgłowego już węża z powrotem do ręki. Roland trzymał go mocno. Zastawił się nogami. Skorpion okazywał się silniejszy. Roland szurał powoli w jego kierunku. Nagle Skorpion pociągnął mocniej, przyciągnął rękę do siebie. Rolanda wyrwało z ziemi. Leciał w kierunku Skorpiona, cały czas trzymając węża. Szybko znalazł się zaraz przed nim. Skorpion złapał Rolanda za szyję ręką, która wciągnęła węża, a drugą uderzył go w brzuch. Ten stracił dech i przez chwilę nie mógł oddychać. Upadł na ziemię. Skorpion patrzył na niego. Wyciągnął w jego kierunku lewą rękę. “Tam też miał węża? Kurwa…” – powiedział do siebie Roland. Przetoczył się prędko na ziemi, akurat wtedy, gdy wąż wystrzelił z ręki. Na szczęście minął celu – wbił swe zęby w ziemię. Skorpion wciągnął go i znowu wystrzelił. Powtarzał to raz za razem. Rolandowi udawało się unikać tych ataków. Nie miał czasu na kontratak. Wiedział, że w końcu popełni błąd, a Skorpion tylko na to czekał.

Na długi dystans Roland nie miał szans. Szala przechylała się znowu na korzyść Skorpiona. Roland musiał spróbować krótkiego dystansu. Mógł walczyć tylko jedną ręką, ale musiał spróbować. To była jego jedyna szansa. Zrobił jeszcze kilka uników i ruszył w stronę wroga. Wyprowadził cios. Skorpion zrobił unik. Roland spróbował uderzyć go po raz kolejny, ale znów chybił. Skorpion opuścił ręce. Nie miał gardy. Nie potrzebował jej. Był szybszy od Rolanda. Patrzył na niego swymi białymi oczami i unikał z łatwością jego ciosów. Szala jeszcze bardziej przechylała się na jego korzyść. Roland otrzymał cios, szybki, ale dokładny. Znowu w brzuch. Upadł. Skorpion wyciągał przed siebie rękę. Tym razem miał nadzieję zabić intruza. Roland, leżąc na ziemi, zauważył, że jego plecak był otwarty. Coś z niego wypadło. Czopek Wing Chun! Tak! Spojrzał w kierunku Wagi. Szala przechyliła się delikatnie na korzyść Rolanda, lecz nadal to Skorpion miał większe szanse. Roland szybko złapał czopek, obrócił się na ziemi i wstając włożył rękę do spodni, aby zaaplikować sobie znajomość sztuki walki – tym właśnie były magiczne czopki, pozwalały zdobyć różne umiejętności. Skorpion nie trafił. Roland poczuł przypływ energii. Wypełniała go od środka. W sumie to od dołu. Wypełniało go światło, szło coraz wyżej, w kierunku serca. Wystrzeliło z oczu, ust i odbytu Rolanda. I zgasło.

Wing Chun wypełniło go. Szala drastycznie przechyliła się na korzyść Rolanda. Doskoczył błyskawicznie do Skorpiona i uderzył otwartą dłonią. Celnie, w mostek. Skorpion poleciał odepchnięty ciosem i uderzył w drzewo. Roland znowu doskoczył. Uderzył. Skorpion tym razem zablokował cios. Chciał skontrować, ale Roland również zablokował. Wymieniali się ciosami, a z każdym kolejny Roland nabierał pewności. Raz po raz trafiał Skorpiona. W korpus, w szyję, w twarz, w biceps. Osłabiał mięśnie Skorpiona celnymi ciosami. W końcu Skorpion przestał uderzać. Błyskawiczne uderzenia Rolanda sprawiły, że mięśnie Skorpiona odmówiły mu posłuszeństwa. Przestał uderzać, spojrzał po raz ostatni w białe oczy Skorpiona, po czym chwycił go za głowę i skręcił mu kark.

Waga zniknęła. Roland ruszył w kierunku wyjścia.

Rozdział 6.

Krew tryskała z kikuta. Przestał krzyczeć. Musiał działać szybko, inaczej się wykrwawi. Prędko owinął ranę szmatami, które znalazł w plecaku. Poszukał drewna i rozpalił ognisko. Wyciągnął jeden z mieczy, włożył w środek ogniska i czekał. Gdy nagrzał się wystarczająco, wyciągnął go, ściągnął opatrunek, zacisnął zęby na kawałku drewna i przyłożył rozgrzany do czerwoności miecz do rany. Musiał ją przypalić. Skończył i przyjrzał się jej. Na szczęście ten szybki zabiegł pomógł i rana przestała krwawić. Wstał i ruszył do kolejnej świątyni. Czuł strach i zmęczenie. Jeszcze sporo przed nim, a czasu coraz mniej. Gdyby tylko mógł spotkać się z Bogiem Zniszczenia, renegocjować warunki. Wiedział, że to niemożliwe. Sam sprowadził na siebie ten los. Jeszcze ma szansę, nadzieja nie wygasła.

W środku były skały. Wiele skał, dużych, małych. Jaskinie, tunele. Słyszał ciche śmiechy z różnych stron. Znak Lwa. Po tym, co przeszedł, mógł spodziewać się wszystkiego. Czuł, że jest osaczany. Nie widział jeszcze wroga. Nie wiedział, z czym może mieć do czynienia tym razem. Był czujny. Sięgnął do plecaka po maczetę. Była to broń, którą sprawnie posługiwał się jedną ręką. Tylko na taką mógł sobie teraz pozwolić. Czekał. Śmiechy stawały się coraz głośniejsze. W ciemnych jaskiniach coraz wyraźniej dostrzegał święcące oczy. To były hieny. Ich włochate i śliniące się pyski w krótce potwierdziły jego przypuszczenia. Nie sposób było policzyć je wszystkie. Brak lewej dłoni utrudniłby tę potyczkę. Mogło go to przerosnąć. Naliczył kilkadziesiąt, a kolejne wychodziły z jaskiń. To mogła być jego ostatnia walka. Było ich zbyt wiele. Nie da im wszystkim na raz rady, nie jedną ręką.

Nie widział wyjścia. Tylko skały i jaskinie. W miejscu, w którym powinny znajdować się wrota, stało inne zwierze, nie przypominało hieny. Zauważył je dopiero po chwili. Wpatrywało się w niego. Co się z nim działo? Tracił czujność. Instynkt go zawodził. Był zbyt zmęczony.

Hieny zbliżały się do niego i krok po kroku, powoli otaczały go z każdej strony. Roland wyciągnął przed siebie maczetę. Próbował je odstraszyć. Udawało mu się to, ale tylko na chwilę. Nieustannie musiał się obracać. Były wszędzie.

Potężny ryk wybrzmiał w całej jaskini powodując, że skulone hieny odsunęły się od Rolanda. To zwierze, które widział wcześniej… to był lew. Jego czarna, bujna grzywa była nietypowa i dlatego Roland go nie rozpoznał.

– Wiem, kim jesteś przybyszu. Obserwuję cię od kilku dni. Dzielny z ciebie wojownik. Niestety zginiesz w tej świątyni. Nie masz szans z setkami hien. Gdybyś nawet jakoś uszedł z życiem, to musiałbyś się zmierzyć na końcu ze mną. Zginiesz tu.

Lew nie kłamał. Widział, co potrafi Roland, jak walczy. Oglądał jego potyczki ze strażnikami poprzednich świątyń. Posiadał magiczną kulę, przez którą mógł oglądać dowolną teraźniejszość. Dostał ją od pewnego maga, wiele lat temu. W ten sposób mag chciał wytargować sobie możliwość przejścia – był wycieńczony i zdesperowany. Lew wiedział, że i tak zginie w kolejnej świątyni, więc wziął od niego kulę i przepuścił go. Stało się dokładnie tak, jak przypuszczał i kolejnego dnia mag już nie żył. Teraz Lew wiedział, że ma do czynienia z kimś zupełnie innym. Oprócz magicznych zdolności, Roland był wyśmienitym wojownikiem – silnym i szybkim. Miał całe zaplecze różnych broni w swoim plecaku. Nie wiedział, co tam jeszcze ma, jaką broń tam kryje, jakie zaklęcia zna. Nie mógł ryzykować. Zabije go w dogodnym dla siebie momencie. Nie teraz. Musi poczekać, aż Roland jeszcze bardziej się zmęczy, aż jeszcze bardziej uszkodzi. Nawet z jedną ręką w dalszym ciągu stwarzał zbyt wielkie zagrożenie.

– Dam ci jednak szansę Rolandzie. – powiedział Lew – Wybór. Możesz zmierzyć się z nami teraz albo odroczyć tę walkę. Tak, dobrze słyszałeś. Jeżeli tak zdecydujesz, będziesz mógł po prostu przejść przez tę świątynię. Bez walki. Przepuszczę cię. Nie znaczy to jednak, że nie zmierzysz się ze mną, bo ta walka cię nie ominie. Teraz mógłbym zabić cię jednym uderzeniem, natomiast nie jest to dla mnie żadne wyzwanie. Wolę zmierzyć się z tobą, gdy dojdziesz do siebie. Później. Ja wybiorę miejsce i czas. – Lew wiedział, że kolejnych świątyń pilnują potężni strażnicy. Albo oni zabiją Rolanda, albo przygotują go jemu, wykończą i podadzą na tacy. Wtedy Roland nie będzie tak wymagający – Decyduj Rolandzie. Walczysz teraz, czy wolisz przejść i zmierzyć się ze mną w późniejszym czasie?

Roland wiedział, że to podstęp. Nie wiedział natomiast, na czym on dokładnie polegał. Nie mógł się skupić. Zdecydowanie wolał walczyć z samym lwem, niż dodatkowo z tą hordą hien. Nie miał za bardzo wyjścia. Musiał skorzystać z propozycji i odroczyć walkę.

– Strażniku. Ciesz się życiem. Dzisiaj nie zginiesz. Wybieram przejście przez świątynię bez walki. – słysząc te słowa Lew uśmiechnął się złowieszczo. Wszedł do swej jaskini i otworzył wyjściowe wrota.

Roland patrzył na odchodzącego w głąb jaskini Lwa, a po chwili z tej właśnie jaskini wydobyło się światło. Domyślił się, że było to zaproszenie do wyjścia. Roland wspinał się po skałach mijając kolejne jaskinie hien. Te odprowadzały go wzrokiem śmiejąc się przy tym. Wiedziały, co go czeka. Ich pan był najsprytniejszym lwem jakiego znały. Roland nie wywinie się od walki.

Lwa nie było w jaskini. Roland wszedł ostrożnie do środka i po chwili znalazł się na zewnątrz. Udało się. Naprawdę się udało. Ruszył do kolejnej świątyni nie oglądając się za siebie. Lew patrzył na biegnącego Rolanda przez chwilę. Już wiedział co zrobi. Znał sekretny skrót prowadzący do świątyni Złotego Kiwi. Tam go zaatakuje. Przed samą świątynią, gdzie nie będzie się tego spodziewał i już dawno o nim zapomni.


Zostały mu trzy dni i pięć świątyń. Wszystko się posypało. Starał się o tym nie myśleć. Parł niestrudzenie naprzód. Nie pił, nie jadł. Już prawie dotarł na miejsce. Waga. Taki znak widniał przed wejściem. Nie było wrót. Ani przednich, ani tylnich. W środku było pusto. Tym razem wiedział, co to znaczyło. Strażnik przebywał w innej świątyni. Czeka go podwójna walka. A może potrójna? Biegł dalej.

Kolejny był Skorpion. Czy to tutaj przebywa Waga? Czy ta świątynia również okażę się pusta? Jeszcze czeka go walka z Lwem. Nie powinien o nim zapomnieć. W każdej chwili Lew może zastąpić mu drogę i domagać się walki. Walka z wieloma strażnikami na raz była na niekorzyść Rolanda. Zdawał sobie sprawę z tego, że łatwiej będzie im go zabić, czy jakkolwiek przeszkodzić w dalszej drodze. Stracił dłoń. Gdyby stracił nogę, byłoby już po nim.

W świątyni Skorpina panowała grobowa atmosfera. Dosłownie. Ziemia była usłana czaszkami i kośćmi. Wielu tu zginęło. Kolumny były porośnięte zielenią. Między nimi rosły drzewa. Dziwne miejsce. Wyglądało niczym las. Zamglone. Straszne. Roland rozejrzał się. Wyczuwał niebezpieczeństwo. Wypatrywał strażnika. Nikogo nie widział. Cisza. Zrobił krok. Dźwięk trzaskających kości odbijał się echem. Znowu cisza. Kolejny krok. Zrobił ich jeszcze kilka. Zza jednego z drzew wyłoniła się ona. Waga. Miała postać ludzką. Nie wiedział, czy była to kobieta, czy mężczyzna. Ubrana była w białą, długą szatę. Nie miała włosów. Stała z wyciągniętymi w przeciwne strony rękoma. W dłoniach trzymała złote talerze – po jednym w każdej. Na obu coś się znajdowało, ale nie widział dokładnie. Musiałby się do niej zbliżyć. W tym momencie Roland zdał sobie sprawę, że nadal miał w dłoni maczetę. Trzymał ją w ręku przez cały czas, aż od świątyni Lwa. Podszedł bliżej. Waga wpatrywała się w niego. Nie chciała walczyć. Nie czuł tego od niej. Stała nieruchomo trzymając talerze. Podszedł na tyle blisko, aby móc zobaczyć wyraźnie. Na jednym była laleczka. Wyglądała dokładnie tak, jak on. Tak samo. Nie miała jednej dłoni. Jak gdyby została wykonana zaraz przed jego przyjściem. Na drugim również znajdowała się laleczka. Była ubrana w czarno-żółty strój. Usta i nos zasłonięte miała maską z czaszki. Oczy całkowicie białe. Kim była ta druga postać i o co w tym wszystkim chodziło?

Rozdział 5.

Baran wraz z bykiem z hukiem wylecieli ze świątyni. Byli oszołomieni. Roland długo nie czekał. Przeskoczył ich i pobiegł dalej. Zostały mu nieco ponad cztery dni. Czas uciekał. Sporo czasu minęło w świątyni bliźniąt. Pokrzyżowało to jego plany, ale nadal powinien zdążyć. Musiał tylko przyspieszyć. Biegł więc do kolejnej świątyni.


Dobiegł do niej w środku nocy. Wpadł do środka z wyciągniętą strzelbą. Nie spojrzał nawet na znak na wrotach. Był gotowy do boju. Nie miał czasu i ochoty na długie potyczki. Nie rozglądał się. Opierał się w tej chwili jedynie na instynkcie zabójcy. Parł do przodu. Niczego nie wyczuwał. Przy wrotach wyjściowych ktoś siedział na krześle i czytał gazetę. Człowiek? Roland wycelował w niego strzelbę. Nieznajomy widząc to, wyciągnął w górę białą flagę. Miał na sobie stare, brudne łachmany. Zakrywały mu całe ciało. Na dłoniach miał rękawiczki. Jakieś duże te dłonie.

– Nie zabijaj mnie przybyszu! Proszę, przejdź dalej. To nie moja świątynia, nie chcę zginąć z jej powodu. – powiedział człowiek.
– Kim jesteś i co tu robisz? – zapytał nieufnie Roland w dalszym ciągu mierząc do niego.
– Nazywam się Karobein. Jestem tu w zastępstwie, doglądam świątyni. Właściwy strażnik odszedł jakiś czas temu. Miał coś do załatwienia i nie wrócił. Możliwe, że zginął. Proszę, przejdź. Nie zabijaj mnie. Kim jesteś?
– Nie ufam ci. Czy to jakaś sztuczka?
– Sztuczka? Przybyszu, spójrz na mnie. Czy mogę stanowić jakiekolwiek zagrożenie?

Roland opuścił strzelbę. Faktycznie, takiego chuderlaka powaliły i bez niej. Nie wyczuwał zagrożenia.

– Nazywam się Roland. Spod jakiego znaku jest ta świątynia?
– Spod znaku raka. – odpowiedział Karobien. Zmienił ton swojego głosu. Wkradła się w niego lekka nuta nikczemności. Roland niestety niczego nie wyczuł – Przybyszu Rolandzie. Czy może raczej mężny wojowniku? To dla mnie zaszczyt, że pozwalasz mi z tobą rozmawiać. Widzę, że się spieszysz. Idź proszę, nie zatrzymuję cię. Tylko najlepsi wojownicy tego świata byli w stanie dotrzeć aż tutaj. Nie było ich zbyt wielu. Pozwól proszę, że zanim odejdziesz, pozwolisz mi uścisnąć twą dłoń. Chciałbym życzyć ci powodzenia w dalszej wędrówce. – kącik ust Karobeina lekko drgnął. Również i tego Roland nie dostrzegł.
– Karobeinie, dziękuję ci za te miłe słowa. – odpowiedział Roland z połechtanym ego. – Oczywiście, uścisnę ci dłoń.

Roland podszedł do Karobeina i wyciągnął w jego kierunku lewą dłoń. Tak miał w zwyczaju. Witał się lewą dłonią. Karobein tylko na to czekał. Ubranie na jego ciele rozerwało się. Oczom Rolanda ukazał się czerwony pancerz, a spod zniszczonych już rękawiczek wyłoniły się szczypce. Było za późno na reakcję, Roland stał zbyt blisko. Karobein jednymi szczypcami chwycił lewą dłoń Rolanda, drugimi złapał go za szyję.

– Drgniesz, a utnę ci głowę. Nie jesteś szybszy ode mnie. Poruszysz się, a gwarantuję ci, że umrzesz.- Karobein uśmiechał się złowieszczo.

Roland nie wierzył, jak bardzo dał się nabrać. Skupił nie na tym, na czym powinien. Walka i silny przeciwnik to nie wszystko. Nie rozejrzał się po świątyni. Popełnił błąd. Za plecami Karobeina dostrzegł czaszki i kości rąk. Niczego nie podejrzewał. Karobein. Karobein. Zwykłe imię. A gdyby tak…

– Nieborak. Karobein, to od tyłu Nieborak.
– Zgadza się Rolandzie. Niestety zbyt późno na to wpadłeś. Teraz masz do wyboru, śmierć, albo życie. Wybór należy do ciebie. Zabawimy się w grę. Musisz powiedzieć rymowankę o rakach. W tym czasie będę miażdżył ci dłoń. Jeżeli nie znasz żadnej rymowanki – zginiesz. Jeżeli się zająkniesz, wydasz z siebie pisk bólu, mrugniesz – zginiesz. A gdy skończysz z rymowanką, odetnę ci zmiażdżoną dłoń.
– Ty fiucie! Tylko nie dłoń! – Roland zląkł się na poważnie. Nieborak miał go na muszce, nic nie mógł zrobić. Straci dłoń.

Karobein nie miał zbyt wielu atutów. Jednym z nich była szybkość, a drugim miażdżący uścisk szczypiec. Mógł walczyć jedynie na krótkie dystanse, więc musiał wykazywać się sprytem. Tym razem udało się oszustwo na pomocnika świątyni. Miał szczęście, że Roland za bardzo się spieszył.

– Rolandzie, czy jesteś gotowy?
– Tak, fiucie. Znam jedną rymowankę, to dzięki niej dowiedziałem się, kim jesteś.
– Zaczynaj więc. Pamiętaj, jedno mrugnięcie, jeden pisk i umrzesz. – po tych słowach zacisnął mocniej szczypce lekko się przy tym uśmiechając.
– Idzie rak. – rozpoczął Roland. Karobein ścisnął jeszcze mocniej, wykrzywione i nabrzmiałe krwią palce wystawały spod szczypiec. Roland ani drgnął. – Nieborak. – kolejna dawka bólu, kości dłoni zaczęły pękać. Roland dzielnie to znosił. – Jak uszczypnie, – śródręcze Rolanda całkowicie zostało zmiażdżone. Pot spływał po jego czole. Nie zmienił tonu głosu, nie mrugnął. Miał szansę przeżyć. – będzie znak. – wypowiedział ostatnie słowa rymowanki.

Karobein przesunął szczypce nieco w górę, w stronę nadgarstka i ścisnął potężnie. Roland patrzył jak jego dłoń spada na ziemię. Krew trysnęła z kikuta. Wrota świątyni otworzyły się, Karobein wypchnął Rolanda poza nią i zamknął je z powrotem.

Roland opadł na kolana i patrząc na kikut lewej ręki krzyknął z bólu.

Rozdział 4.

Dojechał do kolejnej świątyni. Zsiadł z rydwanu. Dobrze, że go ukradł. Ta świątynia, znajdowała się dalej, niż te wcześniejsze. Kilkukrotnie odpoczywał podczas podróży. Miał przecież rydwan, więc mógł sobie na to pozwolić. Słońce zaszło już jakiś czas temu. Za kilka godzin rozpocznie się piąty dzień. Nie zwlekał. Wszedł do środka. Była to świątynia bliźniąt. Spodziewał się podwójnych trudów, natomiast nie tego, co ujrzał. W środku było czysto. Purpurowy dywan – od wrót do wrót, znowu. Pachniało ładnie i wszystko było na swoim miejscu. Świątynia była estetycznie urządzona. Na jej środku ujrzał Byka siedzącego przy stole wraz z człowiekiem. Posilali się. Byk ubrany był elegancko, w smoking. Człowiek również miał na sobie strój wieczorowy. Na końcu purpurowego dywanu stała duża postać. Zasłaniała praktycznie całe wrota. Cała trójka popatrzyła na Rolanda. Ten nie zwlekał, chciał ich wziąć z zaskoczenia. Mógł nie dać rady im trzem w pojedynkę. Ruszył więc w ich stronę. Szybkimi i małymi krokami. Sięgnął obiema rękami za siebie, by wyciągnąć z plecaka dwa długie miecze ninja. Biegł w stronę wrót wyjściowych niczym odwrócona litera “V”. Przeskoczył nad stolikiem zwijając się w powietrzu. Byk patrzył na jego wyczyny przez chwilę i wrócił do kolacji. Rolanda nie zbiło to z tropu. Zbliżając się do ogromnej postaci wreszcie dostrzegł, że był to Baran. Największy Baran jakiego widział. Nie był natomiast biały, tylko szary. Stał na dwóch tylnych nogach, dwie przednie miał splecione przed sobą. Roland doskoczył do niego i ciął, najpierw jednym, potem drugim ostrzem. Oba, gdy zetknęły się z baranim runem, pękły rozsypując się w drobny mak. Roland wyciągnął strzelbę. Baran zasłonił twarz. Strzelba odpaliła. Kule zatrzymały się na runie nieco je odkształcając. Runo wypychało się powoli do pierwotnej formy, pozwalając kulom opaść na ziemię. Roland patrzył z niedowierzeniem. Nie miał bazooki. Zapomniał zabrać ja ze sobą z jednej z poprzednich świątyń. Miał przeczucie, że i tak niewiele by zdziałała. Uderzył Barana. Chciał wiedzieć, z czym ma do czynienia. O mało nie złamał sobie ręki.

– Nie zabijaj go. Sam odejdzie. – rzekł Byk do Barana. – Przybyszu. Podejdź. Posil się. Na pewno jesteś zmęczony.
– O co tu chodzi? Kim wy jesteście? – odpowiedział zdziwiony Roland.
– Naprawdę nie wiesz?
– Domyślam się. Wasze świątynie, twoja i Barana, były puste. Widzę natomiast jednego człowieka, powinno być ich dwoje.
– To prawda, tak też było kiedyś. Nazywam się Arcadius. – powiedział człowiek.

Wpatrywał się w Rolanda ze strachem w oczach, gdy go tylko ujrzał. Nie był tak pewny siebie, jak pozostała dwójka. – Niegdyś wraz z bratem strzegliśmy tej świątyni. Został Bogiem Zniszczenia i musiał opuścić to miejsce. Przewyższał mnie siłą nieporównywalnie. Zwykle zagląda do mnie co kilkaset lat, aczkolwiek ostatnio widziałem go kilka tysięcy lat temu. Musiało mu się zapomnieć.

– Cóż, wydaje mi się, że wkrótce może wpaść w odwiedziny. Rozumiem już Arcadiusie, dlaczego jesteś sam. Nie rozumiem, co robicie tutaj wszyscy razem.
– Jak już wspomniałem Rolandzie, byłem słabszym z braci. Nie poradziłbym sobie jako strażnik sam, więc poprosiłem Byka i Barana, żeby pomogli strzec mi mojej świątyni, w zamian za posiłki. Jestem bardzo dobrym kucharzem, ale marnym wojownikiem. Tak więc jesteśmy. Dotarłeś daleko. Niestety nie przejdziesz dalej. Nie przejdziesz Barana. Jego runo stwardniało przez ostatnie kilka tysięcy lat i żadna broń nie jest go w stanie dzisiaj przebić. Niektórzy tylko strażnicy mogliby stawać w szranki z Baranem. Ty na pewno nie dasz mu rady. Zawróć.
– Muszę przejść dalej. Inaczej twój braciszek zniszczy okoliczne krainy, a mnie uwięzi w studni.

Byk spojrzał na Rolanda.

– A więc zginiesz. Oswój się z tą myślą. Proszę, usiądź. Nalegam.

Wyraźna odraza odmalowała się na twarzy byka, gdy zobaczył maniery Rolanda. Wstał od stołu, nie mógł na to patrzeć. Zje później. Roland nie zauważył zniesmaczenia u swojego nowego gospodarza. Najadł się do syta. Arcadius wstał od stołu i powiedział:

– Prześpij się Rolandzie. Niech ostatnie dni twojego życia będą przyjemne.

Roland i tak nie miał nic lepszego do roboty. Nie miał pomysłu na przejście Barana. Mógł odpocząć otoczony trzema strażnikami. Więcej taka sytuacja mogła się nie powtórzyć. Gdyby próbowali podstępu, zbudziłby się. Dzień piąty dobiegł końca.


Całe szczęście, że Baran nie zwracał na niego uwagi. Nawet, gdy był atakowany. Nic na niego nie działało. Żadna z broni Rolanda. Nie posiadał ostrza, które potrafiłoby przebić się przez runo. Kule również nie zdawały egzaminu. Spróbował nawet kilku zaklęć. Nic. Baran ani nie drgnął. Pół dnia spędził na wymyśleniu sposobu. Dał za wygraną. Rozmawiał z bykiem i Arcadiusem o innych przybyszach. Ilu ich było, jak się z nimi rozprawili. Ciekawe historie. Tak dobiegł końca kolejny dzień. Zostało ich Rolandowi sześć.


Kolejnego dnia postanowił zwiedzić świątynię. Przeglądał księgi, eksponaty takie jak starożytne łyżeczki, ikony czy świeczniki. Brał je i oglądał w dłoniach. Potem zajrzał do spiżarni, by coś przekąsić.

W połowie dnia usiadł do stołu z Arcadiusem i Bykiem. Ten drugi był jakiś poddenerwowany. Nie chciał powiedzieć, dlaczego. Wtem Roland sobie przypomniał. Byki nienawidzą koloru czerwonego. Nie ma go też nigdzie w tej świątyni. Przecież nawet dywan jest purpurowy, a zwykle takie dywany są czerwone. Arcadius powiedział, że tylko inni strażnicy mogliby stawać w szranki z Baranem. Czyżby jednym z nich był właśnie Byk? Na pewno jego uderzenie było potężne. Ale czy przebiłoby runo? W gruncie rzeczy nie musiałoby. Gdyby rozpędzony Byk z całym impetem uderzył w Barana, oboje wylecieliby przez tylne wrota. Tyle wystarczy. Roland musi spróbować. Miał w plecaku pelerynę. Odskoczył od stołu i założył ją jednym ruchem, po czym zaczął biec w stronę wyjścia. Obrócił się, ale Byk nie zareagował – nadal siedział przy stole.

– Rolandzie. Kolor czerwony był moim słabym punktem, to prawda. Przegrałem przez to kilka walk. Nauczyłem się jednak z nim żyć i już mnie nie denerwuje. Na twoje nieszczęście. Odpuść. Nie uda ci się przejść przez tę świątynię.

Roland zaklął pod nosem. Położył się na krótką drzemkę, ale przespał resztę dnia.


O poranku poszedł znowu zrobić sobie rundkę po świątyni. Księgi, eksponaty, spiżarnia. Brzmiało jak dobry plan. Akurat znowu zgłodnieje, gdy tak sobie pochodzi. Poszedł po księgę, którą wczoraj przeglądał, wydawała się całkiem ciekawa. Nie znalazł jej niestety tam, gdzie ją zostawił. Poszukał przez chwilę i znalazł ją w miejscu, gdzie faktycznie znalazł ją ostatnio. Dziwne. Wziął ją w dłoń i zaczął czytać.

Coś się poruszyło. Ktoś był za kolumną. Zauważył kawałek cienia. Dużego cienia. To był Byk. Baran się nie ruszał z miejsca. Czemu Byk go śledził? Roland odłożył książkę w i odszedł. Czas coś przekąsić. Odwrócił się przez ramię i zobaczył byka, który odkłada książkę na miejsce. Lekko zdenerwowany. Ciekawe. Ubierał się elegancko, miał dobre maniery. Możliwe, że nie znosi bałaganu. Warto było się o tym przekonać. Roland poszedł do spiżarni. Wszystko tam poprzestawiał i wyszedł. Gdy Byk myślał, że Roland się oddalił, wszedł do spiżarni i wszytko posprzątał. Był bardzo zdenerwowany. Sprzątanie całego pomieszczenia zajęło mu dużo czasu. Wyszedł ze spiżarni i zobaczył Rolanda przy jednym z regałów. Opierał się o niego wyprostowaną ręką.

– Znam twoją słabość Byku. Twój nowy kolor czerwony. Jesteś pedantem!

Gdy to powiedział, pchnął regał. Arcadius, siedzący przy stole z książką w ręku, gdy to zobaczył, odłożył ją i wstał z przerażenia. Nie wiedział, jak zareaguje byk. W swym nieokiełznanym gniewie mógł roznieść świątynię zabijając przy tym nie tylko Rolanda, ale też jego.

Regał runął do tyłu. Wszystkie księgi wypadły na ziemię. Niektórym z nich pozginały się kartki. Byk wściekł się. Prychał nosem. “Dobrze, o to chodzi” – pomyślał Roland.

– Nie dam się sprowokować takiemu gnojkowi, jak ty. Zniosę twoje wybryki. To nie jest moja świątynia. Nie mogę patrzeć na ten bałagan. Więc po prostu wyjdę. Wracam do siebie Arcadiusie. Przyjdź po mnie, gdy tego bałaganiarza już tutaj nie będzie.

Plan Rolanda legł w gruzach. Patrzył, jak Byk wychodzi. Jego rogi i siła były ostatnią nadzieją. Położył się na dywanie z rozłożonymi rękoma. Umrze uwięziony. Wałęsał się po świątyni. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nudziło mu się. Pod wieczór usiadł do stołu z Arcadiusem. Wtem, nagle wrota wejściowe z hukiem wleciały do środka. Stał w nich Byk. Miał czerwone oczy, prychał głośno i przebierał tylnymi nogami.

– Jak śmiałeś! Taki bajzel w mojej świątyni? Śmieci na dywanie, jakaś rękawiczka, gnijące resztki jedzenia porozrzucane po każdym kacie. Nie! Tego już za wiele! Zginiesz! ZGINIESZ! – krzyczał przeraźliwie byk. Piana obficie wydobywała się z jego pyska.

Roland wiedział, dlaczego Byk jest zdenerwowany. Zapomniał o tym. Po raz pierwszy w życiu jego bałaganiarstwo mogło uratować mu życie. Odskoczył od stołu i pobiegł w stronę Barana. Byk ruszył za nim. Biegł taranując wszystko na swojej drodze. Arcadius zdołał uciec i schować się za kolumną. Byk wleciał w stół. Rozniósł go na drobne kawałki. Biegł dalej. Doganiał Rolanda. Był coraz bliżej. Teraz. Teraz go dosięgnie. Nie przeżyje tego ciosu. Byk skoczył wysuwając głowę do przodu. Roland tylko na to czekał. Był wystarczająco blisko Barana by z rozbiegu odbić się od jego runa. Obracając w powietrzu swe ciało głową do dołu patrzył, jak Byk wpada na Barana. Ten zdołał jedynie krzyknąć.

Rozdział 3.

Obszczany Roland ruszył w kierunku Ziemnioka. Sięgnął przez plecy jedną ręką po miecz, drugą po strzelbę. Strzelił mu w tułów, który rozbryzgał się na wszystkie strony. Wyskoczył, wziął zamach i odciął mu głowę. Przynajmniej taki miał zamiar. Miecz gładko przeszedł przez błoto. Ziemniok uśmiechnął się. Roland zrozumiał, że nie będzie gładkiego lądowania. Ziemniok zacisnąć pięść, która stwardniała momentalnie, po czym wziął zamach i uderzył spadającego Rolanda. Ten przeleciał całą szerokość świątyni, uderzył w ścianę i upadł na ziemię. Ciało Ziemnioka z powrotem pokryło się błotem w miejscu dziury. Rolan, leżąc na ziemi, patrzył z niedowierzaniem. Jak go pokonać? Był odporny na jego bronie. Nie poradzi sobie z błotem. Ziemniok ma zbyt płynną konsystencję. Ale, gdyby tak… Mogło się udać. Dałoby mu to wystarczająco dużo czasu na wydostanie się ze świątyni. Wiedział już, co musi zrobić. Musiał dobiec do wejścia. Ale jak? Ziemniok przecież mu na to nie pozwoli. Bazooka. Miał w plecaku bazookę. Kupi nią kilka cennych sekund. Sięgnął po nią prędko i naładował. Przyklęknął, wycelował i wystrzelił. Pocisk mknął i ciął powietrze. Ziemniok widząc go zaśmiał się głośno. Roland pobiegł do wyjścia, było blisko. Otworzył wrota i zaklinował je, by nie dało się ich zamknąć. Użył do tego bazooki. W tym czasie pocisk dosięgnął Ziemnioka, a wybuch zdeformował całe jego ciało. Roland wykonał magiczny gest. Wyciągnął rękę przed siebie z otwartą dłonią. Zamykając ją przyciągną z powrotem do ciała, jak gdyby złapał w nią powietrze. Pchną mocną rękę przed siebie otwierając znowu dłoń. Dokładnie w kierunku wrót wyjściowych. Te otworzyły się łamiąc przy tym zawiasy. Wrota zostały zniszczone. Ziemniok powrócił do swej formy i zobaczył co się stało. Na zewnątrz ciągle była noc, ale było ciepło. Wystarczająco ciepło. Roland wyszeptał zaklęcie.

– Nie! – krzyknął przerażony Ziemniok.

Zerwał się wiatr. Wleciał do świątyni. Ciepły wiatr. Roland nadal szeptał. Kierował nim. Wiatr z dużą prędkością wysuszał całe błoto, przemierzał całą świątynię wzdłuż, od jednych wrót, do drugich. Woda pozostała w błocie wyparowała. Wszystko stwardniało. Ziemniok probował powstrzymać Rolanda, uciszyć go, ale błoto się go nie słuchało. Zaczął twardnieć. Roland musiał wykorzystać tę chwilę. Czym prędzej pobiegł przed siebie. Gdy mijał stwardniałego Ziemnioka, nie mógł przebiec koło niego obojętnie. W biegu wyciągnął granat z plecaka, który cisnął w kierunku głowy Ziemnioka. Trafił idealnie do otwartych ust. Lubił swoje granaty. Nie raz uratowały mu tyłek. Stanął przy wyjściu. Nie odwrócił się. Granat wybuchł roztrzaskując Ziemnioka na kawałki. Chciał to usłyszeć. Wyszedł ze świątyni.


Wyrzucił obsikane gacie. Na szczęście miał zapasowe. Był zmęczony. Przydałby mu się odpoczynek. Postanowił odpocząć przed kolejną świątynią. Wykorzystał noc na podróż. Słońce niepotrzebnie by go zmęczyło. Wygodniej było podróżować teraz, gdy jeszcze nie wzeszło.

Zaświtało. Roland wszedł po schodach do następnej świątyni i usiadł pod jej wrotam w cieniu. Spojrzał za siebie w górę. Panna. Zamknął oczy i zasnął.

Obudziło go mocne światło. Słońce było już nisko. Zbliżało się ku wieczorowi. Kończył się trzeci dzień. Jedna świątynia w jeden dzień. Tak, jak zakładał. Wszystko szło zgodnie z planem. Gdy wszedł do środka, jego uwagę przykuł zapach. Jakby spalenizny. Był specyficzny, aczkolwiek nie potrafił go rozpoznać. Coś się paliło.

Instynkt kazał mu odskoczyć. Rydwan minął go z lewej strony, błyskawicznie pędząc w prawy róg świątyni. Kierująca rydwanem zwinnie wykonała kilka manewrów lejcami przed samą ścianą. Konie idealnie weszły w zakręt i cały rydwan skręcił ocierając się delikatnie o kolumnę. Podkowy koni zapiszczały przy tym głośno. To stąd ten zapach. Były gumowe. Rydwan zatrzymał się na środku świątyni, odwrócony w kierunku Rolanda.

– Witaj przybyszu. Kim jesteś i czego tu szukasz? – odpowiedział damski głos. Kobieta trzymająca lejce miała czarne włosy spięte w kucyk. Roland oszacował jej wzrost na taki, jak jego własny. Była ubrana w luźną, szarą bluzkę na ramiączkach i dżinsy z brązowym pasem.
– Jestem Roland. Chciałbym przejść przez tę świątynię. Przepuść mnie, a nie stanie ci się krzywda. – To mówiąc usłyszał świst i uderzenie kuli w wrota, tuż przy jego głowie. Była szybka. Nie widział, kiedy sięgnęła po broń.
– Mój drogi. Ani słowa więcej. Jeszcze raz mi zagrozisz, to podziurkuję cię jak ser szwajcarski. Nie wiem, czym on jest, bo nie ma go w naszym świecie, ale tak się mówi. Nie dasz mi dary. A nawet gdyby, to nie starczy ci czasu, niedługo wróci mój partner, Dominic. Jesteśmy sprawną drużną, wykończymy cię prędzej czy później.
– Kim jesteś?
– Nazywam się Letty i jestem królową driftów tej świątyni. Już dawno nie jestem panną. Nie mogę tu zapraszać obcych i wiązać się z nimi, ale cóż. Jeszcze nikt nie zdołał na mnie naskarżyć.

Roland zrozumiał, że Letty nie żartuje i może mieć spore problemy z ich dwójką. Ona sama była niesamowicie szybka, a do tego jeszcze ten Dominic. Roland przecież umie jeździć na rydwanie. Całkiem nieźle. Ścigał się wiele lat temu. Miał pewien pomysł.

– Jesteś sprawnym kierowcą Letty, widziałem twój drift, nie zaimponował mi. Znam lepszych kierowców od ciebie. Ba! Ja jestem lepszym kierowcą.
– Nie rozśmieszaj mnie Rolandzie! Nie miałbyś ze mną żadnych szans!
– Pokonałbym cię bez żadnych problemów. – Podejrzewał, że Letty może być ambitna, a tytuł królowej driftów był dla niej ważny. Postanowił to wykorzystać. – Letty, ścigaj się ze mną. Gdy wygram, przepuścisz mnie dalej.
– Co? Haha! Rolandzie, to byłby twój wyrok śmierci!
– Boisz się?
– Nie mam czego się bać. Przyjmuję wyzwanie.

Letty wytłumaczyła Rolandowi zasady wyścigu. Tor miał kształt rozciągniętej cyfry osiem. W świątyni znajdowały się cztery kolumny, rozmieszczone w czterech jej kątach. Linia startu znajdowała się w lewym rogu świątyni, od strony wyjścia. Kierunek wyścigu przebiegał z tamtego miejsca po przekątnej do prawego rogu świątyni, od strony wejścia. Tam należało ominąć kolumnę i skierować się do lewego rogu, również od strony wejścia. Gdy się tam znalazło, ponownie należało ominąć kolumnę i stamtąd ruszyć po przekątnej do prawego rogu świątyni od strony wyjścia. Po ominięciu kolejnej kolumny należało pojechać do miejsca startu. Wyścig miał obejmować trzy okrążenia. Jedyną zasadą był zakaz atakowania rydwanu konkurenta podczas wyścigu.

Roland otrzymał swój rydwan. Wsiadł na niego i podjechał koło Letty, na linię startu. Konie mieniły się i trzaskały z nich iskry.

– To są konie elektryczne. Stworzone z piorunów. – pospieszyła z wytłumaczeniem Letty, widząc skonsternowanie na twarzy Rolanda.
– Rozumiem. Dlatego nie słyszałem cię przy wejściu. Takie konie są lekkie i wręcz niesłyszalne.

Roland nie miał planu aż do tej chwili. Wcześniej myślał, że w trakcie wyścigu uda my się w jakiś sposób zabić Letty. Teraz miał jeszcze jedno wyjście.

– Nie będzie odliczania Rolandzie. Zniszczę cię w tym wyścigu, a potem zabiję. Wystartuj, kiedy będziesz gotowy, a ja wystartuję nieco po tobie.

Roland nie miał zamiaru unosić się honorem. Chciał się stąd jak najszybciej wydostać. Dał znak lejcami. Konie ruszyły przed siebie. Rydwan Rolanda mknął przed siebie. Rozpędzał się. Minął środek świątyni. Musiał zwolnić, inaczej rozbiłby się o ścianę. Ominął kolumnę i zmierzał do kolejnej. Rozejrzał się szybko. Letty nadal była na lini startu. Uśmiechała się szyderczo. Gdy ominął drugą kolumnę, Letty wystartowała. Razem cięli teraz świątynie po przekątnej, jednak w innych kierunkach. Jeżeli któreś z nich nie przyspieszy, zderzą się na środku świątyni. Roland machną lejcami. Letty zrobiła to samo. Parła do zderzenia? Dlaczego? Przecież to było wbrew zasadom. Może zasady jej nie dotyczyły? Była strażnikiem tej świątyni. Przed samym środkiem Roland ściągnął lekko lejce do siebie. Rydwan zwolnił minimalnie, na tyle, żeby przepuścić pędzącą Letty przed sobą. Ominął trzecią kolumną, znowu musiał zwolnić, Letty była już przy drugiej. Gry Roland docierał do czwartej kolumny i miał rozpocząć drugie okrążenie, Letty mknęła w kierunku trzeciej kolumny. Nie spotkali się tym razem na środku. Królowa driftów znacznie szybciej wchodziła w zakręty. Na każdym jednym słychać było pisk palonych podków. W całej świątyni śmierdziało spaloną gumą. Roland dojeżdżał do pierwszej kolumny, Letty była w tym czasie w połowie trasy do czwartej. Gdy Roland mijał drugą, Letty była już prawie przy pierwszej. Przejechał przez środek, minął trzecią i zobaczył Letty, która siedziała mu na ogonie. Minęła trzecią kolumnę chwilę po nim. Roland rozpoczął ostatnie okrążenie. Dotarł do pierwszej kolumny. Skręcając poczuł na sobie oddech koni z rydwanu Letty. Weszła w zakręt płynnie, ale nie udało jej się wyprzedzić Rolanda. Zrównała się z nim. Weszli w zakręt drugiej kolumny. Roland zwolnił. Letty wykorzystała sytuację i wyprzedziła Rolanda od zewnętrznej strony wchodząc w piękny drift. Roland był tuż za nią. Nie miał szans wyprzedzić jej na ostatnim zakręcie. Mknęli przez środek świątyni. Jeden rydwan za drugim. Za zakrętem odległość między nimi powiększyła się do długości dwóch rydwanów. Letty wiedziała już, że wygra ten wyścig. Zwolniła, aby jeszcze bardziej go upokorzyć. Roland tylko na to czekał. Teraz! Sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego piorun. Pewnego dnia udało mu się złapać jeden podczas burzy. Miał tylko jeden, więc miał tylko jedną szansę. Złamał piorun w pół i wbij w zady koni. Te, otrzymując tak dużą dawkę energii, przyspieszyły. Roland pędził teraz dwukrotnie szybciej. Minął zaskoczoną Letty przez samą kolumną. Wygrał.

– To było oszustwo! – krzyknęła Letty.
– Nie było. Jedyną zasadą, którą ustaliłaś, to nieatakowanie rydwanu przeciwnika. Mało brakowała, a sama byś ją złamała. Nie uczyniłem niczego, co nie było dozwolone. Zgubiła cię twoja pycha. Na to też liczyłem. Przepuść mnie.

Nie odpowiedziała. Nie był pewny, co się teraz wydarzy. Mogła go zabić, albo wypuścić. Letty otworzyła wrota i odeszła w głąb świątyni. Nie mogła go zabić, byłoby to niehonorowe. Nie ważne czy wygrasz o metr, czy o kilometr. Wygrana, to wygrana.

Roland skorzystał z chwili jej nieobecności i postanowił pożyczyć rydwan. Odjechał prędko.

Rozdział 2.

Roland westchnął i zaklął pod nosem: “Ech, kurwa.”. Nie wiedział jak się tutaj znalazł. Nagle pstryk i są. Bogowie. Potężne stworzenia. Nie ma co z nimi zadzierać. Nigdy nie wiesz, na którego z nich trafisz – dobrego czy złego. On musiał akurat trafić na najgroźniejszego i najokrutniejszego z nich. Roland nie czuł jednak strachu. Nie bał się. Sam się sobie dziwił, ale tak było. Miał dwanaście dni. To bardzo dużo czasu. Zdecydowanie więcej, niż potrzebuje. Gdyby mu się powiodło, a był przekonany, że tak właśnie będzie, mógłby zaskarbić sobie uznanie samego Boga Zniszczenia i mieć potężnego sprzymierzeńca.

Ruszył leniwie przed siebie. Przed nim znajdowała się pierwsza świątynia. Spojrzał na znak znajdujący się na wrotach. Baran. Świątynia była wysokości najwyższych drzew, które zdażyło mu się widzieć w przeciągu swojego życia. Zadaszenie było ledwie widoczne. Popchnął wrota i wszedł do środka. Nie wiedział, czego się spodziewać. Jakiego typu stworów. Skupiony i czujny doszedł do jej środka. Nikogo nie było. Niczego nie wyczuwał. Świątynia była pusta. Gdzie był strażnik? Czyżby już nie zajmował się świątynią?

– Eeeooo! – krzyknął.
– Eeeooo! – odpowiedziało mu echo.
– Tirarirarirarirorerorero!
– Tirarirarirarirorerorero! – odbiły dźwięk kolumny i postacie namalowane na ścianach i zdobieniach świątyni.
– Tero!
– Tero!
– Tero!
– Tero!
– Dobrze!
– Dobrze! – uniosło się niewyraźnie po raz ostatni.

Uspokoił się nieco. Jeżeli tak wygląda pilnowanie świątyń przez strażników, to cała podróż zajmie mu o wiele mniej, niż się spodziewał. Dwa dni i będzie po wszystkim. Ziewnął. Przypomniał sobie, że przed incydentem z zabójczą kapibarą chciał odpocząć po długiej wędrówce. Nie zdołał niestety, więc postanowił, że zdrzemnie się teraz. Usiadł pod kolumną i zamknął oczy.


Obudził się. Nie wiedział, jak długo spał. Podszedł do wrót wyjściowych i otworzył je. Widniało. Minął dzień i noc. Organizm musiał być wykończony. Domagał się tego. Czuł się wypoczęty i pełni sił. Jeden dzień mniej. Zostało ich jedenaście. Uśmiechnął się pod nosem. Zdąży bez problemu.

Kolejna świątynia wydawała się jakaś mała. Przeklął, gdy zrozumiał. Nie była mała. Była daleko. Nie przewidział tego. Świątynie znajdowały się w dużej odległości od siebie. No nic, w końcu dojdzie. Szedł swym wolny, wędrowniczym tempem. Chciał sprawdzić, jak wiele czasu potrzebuje, aby dotrzeć z jednej świątyni do drugiej. Nie ma się co spieszyć.

Słońce grzało mocno, ale stawało się coraz słabsze. W tej krainie było zdecydowanie cieplej, niż w lesie, z którego został tu przeniesiony. Podróż trwała pół dnia. Świątynia była tuż przed nim. Schował się w jej cieniu. Zauważył znak, również na jej wrotach. Byk. Brzmiało groźniej, niż Baran. Pchnął drzwi. Pociągnął nosem. Pachniało jakoś dziwnie. Tak… ładnie. Rozejrzał się. Jego instynkt po raz kolejny nie wyczuł strażnika. O co w tym wszystkim chodzi? Przecież to nie ma najmniejszego sensu. Ta misja miała być trudna, a póki co, jest zwykłą sielanką. Wnętrze tej świątyni wyglądało jakoś inaczej. Był tu porządek. Posągi, malowidła z bóstwami, naczynia – wszystkie te zdobienia były estetycznie rozmieszczone i poukładane. Przez środek świątyni przechodził purpurowy dywan. Kolumny były czyste. Roland podszedł do jednej, wyciągnął z plecaka białą rękawiczkę i przetarł palcem po kolumnie. Rękawiczka była czysta. Spojrzał w górę i uśmiechną się pod nosem. Niemożliwe, by w tamtym miejscu również nie było brudu. Wspiął się po kolumnie i przetarł palcem po sklepieniu świątyni. Otworzył szeroko oczy. Palec był czysty. Zszedł na dół. “Pojeb.” – pomyślał. Ściągnął rękawiczkę i rzucił ją na ziemię.

Zgłodniał. Musiał znaleźć coś do jedzenia. W świątyni na szczęście znajdowała się spiżarnia. Mógł zachować swoje zapasy i posilić się na cudzy koszt. Jadł mięso i wyrzucał kości na ziemię. Po wszystkim położył się na dywanie i zasnął.


Obudził się i przeciągnął ziewając przy tym głośno. Światło wpadało do świątyni przez okrągłe otwory w ścianach. Słońce było już wysoko. Wyszedł na zewnątrz. Promienie słoneczne raziły go w oczy. Tego dnia było bardzo gorąco. Nałożył więc i ruszył. Cel – kolejna świątynia.

Dotarł do niej, gdy było juz ciemno. Zostało mu nieco ponad dziewięć dni. Na wrotach znajdował się znak Wodnika. Zaburczało mu w brzuchu. Miał cichą nadzieję, że tutaj zastanie coś więcej niż wodę.

Błoto. Wszędzie był błoto. To miejsce przypominało bagna. Zapuszczone i śmierdzące. Nie był sam. Uchylił się prędko. Pocisk rozbił się o wrota. To była ziemia, tylko że wyschnięta i twarda. Nikogo nie widział, ale czuł jego obecność.

– Kim jesteś? – zawołał Roland. – Pokaż się fiucie!

Nic. Nikt się nie odezwał. Znowu coś leci. Tym razem z prawej strony. Roland uskoczył. Ilu ich było? Kolejny pocisk – z lewej. Trzech przeciwników? Poradzi sobie z nimi. Musi tylko znaleźć ich kryjówkę. Lecą kolejne pociski? Co jest? Jeden, dwa, trzy, cztery… dziesięć! Roland sprawnie uniknął ich wszystkich i schował się za kolumnę. Stwardniałe, błotniste kule roztrzaskiwały się o ścinany i płyty świątyni. Wrota świątyni zamknęły się z trzaskiem. Kolumna, za którą schował się Roland zaczęła znikać, rozpuszczać się. O mało co się nie przewrócił. Odskoczył i patrzył z niedowierzaniem. Kolumna rozpłynęła się. Zmieniła się w błoto. Pozostałe kolumny również. Wnętrze świątyni było teraz jednym wielkim bagnem. Zaskoczony Roland pobiegł przed siebie. Nie wiedział jeszcze z kim ma do czynienia. Nie chciał się o tym przekonać. Jak najszybciej chciał się stąd wydostać. Biegł. Skakał wręcz. Błoto rozbryzgiwało się pod jego ciężarem. Gdzie podziały się pociski z błota? Czemu były one twarde, skoro wszędzie wokół otaczało go błoto? Kilka skoków dzieliło go od wrót wyjściowych. To nie może być takie proste. I nie było. Coś złapało go za kostkę. Długie ramię wyrosło z błota, podniosło go do góry i rzuciło na drugi koniec świątyni. Roland spadł na plecy i sunął po błocie zatrzymując się na wrotach wejściowych, w które uderzył z hukiem.

Długie ramię z powrotem wtopiło się w resztę błota. Chwila ciszy. Nagle ze środka świątyni zaczęła piętrzyć się błotnista góra. Była ogromna, prawie sięgała sklepienia. Zaczęła przypominać kształtem człowieka – głowa, tułów, dwie ręce i nogi. Oczy i usta niewyraźnie zarysowały się na błotnistej głowie.

– Odejdź, albo zginiesz. – powiedziało monstrum.
– Nie boję się błotnistych i śmierdzących kupien gówna. Zejdź mi z drogi, to nie zrobię ci krzywdy. Gdzie jest strażnik tej świątyni? Przywołaj go! Chcę się z nim zmierzyć i mieć to za sobą.
– Ja jestem strażnikiem. Odejdź.
– Nie, nie jesteś. Zawołaj prawdziwego.
– Ja nim jestem, przecież ci powiedziałem.
– E, na pewno nie. Gdzie jest prawdziwy?
– Ja nim jestem!
– Nie możesz nim być, bo to świątynia Wodnika. Ty jesteś jakąś kupą gówna.
– To ja jestem Wodnikiem! To znaczy, byłem. Wnętrze tej świątyni było niegdyś piękne, porośnięte zielenią, które czerpały wodę z wielu akwenów. Wraz z kolejnymi latami słońce nad Górą Zodiak świeciło coraz mocniej. Akweny wysychały, roślinność umierała. Robiło się coraz bardziej błotniście. Nie mogłem być dłużej Wodnikiem. Dzisiaj jestem Ziemniokiem! Strażnikiem świątyni ziemi i błota.
– Ziemniok? – zapytal Roland i parsknął śmiechem. – Mogłeś nazwać się Błotnikiem. Nie brzmiałoby jak ziemniak. – znowu się zaśmiał.
– Mogłem! Ale nie chciałem! Chciałem być Ziemniokiem! – powiedział niepewnie były Wodnik.

Zirytowała go ta uwaga. Nie pomyślał o nazwie Błotnik. Faktycznie była lepsza. Wkurzył się. Roland z kolei bawił się wyśmienicie. Śmiał w niebogłosy naigrywając się przy tym z Ziemnioka. Ten nie miał zamiaru pozostawać dłużny. Władał całym błotem w tej świątyni. Czas unicestwić intruza.

Błoto u stóp Rolanda poruszyło się i wybiło do góry. Rosło pokrywając mu najpierw kostki, potem kolana i uda. Roland się szarpał, udawało mu się wyrwać jedną nogę, ale znowu zostawał uwięziony. Błoto go obezwładniało. Ziemniok patrzył na tę scenę nie ukrywając radości. Tylko twarz Rolanda była widoczna. Przynajmniej mógł oddychać. Póki co. Ziemniok odezwał się do niego:

– Żegnaj intruzie.

Po tych słowach Roland zniknął całkowicie pod warstwą błota. Za kilka minut mogło być po nim. Musiał działać szybko. Próbował szarpnąć się kilka razy. Nic to nie dało. Błoto stwardniało. Niepotrzebnie zmarnował energię i tlen. Jak się stąd wydostać? Musiał jakoś je zmiękczyć, rozpuścić całkowicie. Gdyby mu się to udało, miałby kilka chwil, żeby się wyswobodzić. Wpadł mu pewien pomysł. Nie, nie mógł tego zrobić. Musiał wymyślić coś innego. A może jednak? Nie, odpada. Organizm zaczął domagać się tlenu. Trudno. Nie miał innego wyjścia. Napiął mięśnie podbrzusza i rozluźnił zwieracz. Mocz spływał mu po udzie. Po chwili spodnie były całkowicie przemoczone. Roland nadal napinał mięśnie. Musiał sikać dalej. Musiał zmiękczyć błoto. Poruszył stopą. To działało. Mógł też poruszyć kolanem. Teraz albo nigdy. Kopał nogami na wszystkie strony. Błoto rozbryzgiwało się. Od pasa w górę nadal był uwięziony i nie mógł oddychać. Udało mu się na szczęście oswobodzić nogi, mógł się poruszać. Obrócił się i rozbiegł. Za nim znajdowały się przecież stalowe wrota. Zderzył się z nimi z wielkim impetem. Stwardniałe błoto popękało w wielu miejscach – było już wystarczająco uszkodzone. Jeszcze jeden rozbieg i huk. Udało się. Błotnisty kaftan został zniszczony. Oswobodzony Roland wziął głęboki wdech. Spojrzał wściekle na Ziemnioka.

Rozdział 1.

Był wędrownikiem, łowcą nagród, a przede wszystkim bezwzględnym skurwysynem. Niesamowicie silnym i szybkim. Posiadał wiele umiejętności oraz plecak bez dna, w którym ukrywał magiczne przedmioty. Trzymał tam też broń: maczetę, miecz, włócznie i wiele innych. Znał też różne zaklęcia.

Roland Barbarzyńca, bo o nim mowa, tym razem przemierzał góry i lasy w poszukiwaniu Dżawaskryptu. Skrypt ten zawiera mityczne zaklęcie, dzięki któremu przeciwnik tracił zmysł powonienia – zostawał on uszkodzony i wszystko pachniało jak sernik cytrynowy. Takie zaklęcie mogło być bardzo przydatne do walki z silnymi i dużymi stworami. Dezorientowało je, powodowało skurcze żołądka, brak możliwości skupienia. Wszystko stawało się dla nich sernikiem cytrynowym. Roland dzięki temu mógłby z łatwością pokonywać stwory dotychczas dla niego nieosiągalne, czy to podczas walki twarzą w twarz, czy w trakcie polowań, podczas których mógłby się zbliżać do nich wręcz niepostrzeżenie i przebijać ich serce swym gladiusem.

Pewnego dnia, po długim dniu podróży, postanowił odpocząć w lesie pod jednym z drzew. Nie bał się. Często tak robił. Miał mocno rozwinięte wszystkie zmyły. Były czułe na każdy szelest, szybko rozpoznawał zagrożenie. Mógł spać spokojnie. Jego ciało zareaguje automatycznie w razie potrzeby.

Usiadł więc pod drzewem, lecz zachciało mu się pić. Zaklął pod nosem. Wstał, rozejrzał się i dostrzegł ją. Nieopodal znajdowała się studnia. Podszedł do niej i spojrzał w dół. Woda odbijała światło. Na dnie znajdowało się wiadro. Cudownie. Zaczął więc kręcić korbą. Zajęło mu to kilka minut. Studnia okazała się być bardzo głęboka. Skończył. Wiadro znajdowało się już na szczycie. Ściągnął je, wziął w obie dłonie i przechylił w stronę swojej twarzy, by łapczywie się napić i zmoczyć jednocześnie. Z zamkniętymi oczami i otwartymi ustami, trzymał wiadro, lecz zdecydowanie za długo nie odczuwał żadnego efektu. Otworzył jedno oko. Woda nadal znajdowała się w wiadrze. Grawitacja nie miała nad nią władzy. W takim razie musiało nią władać jakieś zaklęcie. Na dnie wiadra zauważył niewielką żabę.

– Wypuść mnie – powiedziała do niego.
– Co kurwa? – odpowiedział zdziwiony Roland. – Potrafisz mówić?
– Tak. Wypuść mnie, a czeka cię nagroda.
– Jaka nagroda? Dlaczego zostałaś tu uwięziona?
– Przegrałam walkę. Jako karę, miałem spędzić wiele lat na dnie studni. Minęło zdecydowanie za długo, ponieważ ten las jest opuszczony. Wypuść mnie proszę, a nagrodzę cię.
– Jasne. Nie wierzę ci. Wybacz, ale nie darzę zaufaniem żab uwięzionych na dnie studni w zaklętym wiadrze.
– Czego w takim razie pragniesz Rolandzie?
– Skąd znasz moje imię?
– Wiem wszystko. Czego więc pragniesz? Wiem, gdzie znajduje się Dżawaskrypt. Czy tego pragniesz?
– O kurwa, przerażasz mnie. Kim jesteś?
– Uwięzioną żabą, przecież widzisz.
– Nie igraj ze mną. Nie od zawsze jesteś żabą.
– Uwolnij mnie, to się przekonasz.
– Gdy cię uwolnię, czy zdradzisz mi miejsce, w którym znajduje się ten skrypt?
– Tak, ale pod jednym warunkiem.
– Pod jakim warunkiem? Warunkiem jest twoja wolność. Zaczynasz mnie wkurzać.
– Rolandzie, znam wartość tego skryptu. Zawiera on potężne, mityczne zaklęcie, które sprawi, że staniesz się niepokonany. Wyciągnięcie mnie z wiadra, to za mało. Będziesz musiał zdobyć dla mnie Złote Kiwi. Gdy je zdobędziesz, skrypt będzie twój.
– Nie, dziękuję. Nie dam się nabrać na te sztuczki. Poradzę sobie sam.

Roland odłożył wiadro na brzegu studni. Już chciał z powrotem spuścić je na dno, gdy usłyszał:

– Nigdy nie znajdziesz tego skryptu. Jest ukryty, a wiedza o nim przepadła. Sam nie wiesz dokąd zmierzasz. Liczysz na łut szczęścia. Może jakiś nieznajomy podzieli się historią, którą słyszał na temat skryptu. Usłyszysz kłamstwa, przeinaczenia, bajki. Wykorzystają cię. Nikt nie zna tego miejsca. Nikt ci nie pomoże. Wysłuchaj mnie Rolandzie. Co jeżeli zdobycie Złotego Kiwi okaże się dla ciebie błahostką? Nigdy sobie tego nie darujesz.

Roland nachylił się nad wiadrem.

– Mów.
– Złote Kiwi znajduje się na szczycie Góry Zodiak. Żeby je zdobyć, trzeba przejść przez dwanaście świątyń, które strzegą strażnicy zodiaku. Na zdobycie Kiwi masz jednak określony czas i ani chwili więcej. To ty decydujesz, jak wiele go dostaniesz.
– Zdobywam Złote Kiwi w wyznaczonym przez siebie czasie i w zamian dowiem się, gdzie znajduje się Dżawaskrypt?
– Tak. Wystarczy, że Kiwi dostanie się w twoje ręce. Kiwi może zdobyć jedynie człowiek. Gdy już je zdobędzie, może przekazać go komukolwiek, nawet nie-człowiekowi. Ty przekażesz je mnie. Gdy tylko dostaniesz je w swoje ręce, zadanie zostanie uznane za wykonane.
– A co, jeżeli mi się nie uda?
– Całe życie wokół Góry Zodiak w promieniu 100 mil zginie. Wszystkie zwierzęta i ludzie. Ty natomiast zostaniesz uwięziony na dnie studni. Spędzisz tu wiele lat, dopóki ktoś cie nie znajdzie i nie uwolni. Możesz spędzić tu resztę swoich dni. Wybór należy do ciebie.
– Robi się poważnie. Przed chwilą miałem cię po prostu uwolnić, a teraz na szali pojawiło się życie wielu, w tym moje.
– Taka jest cena twojego pragnienia.
– Sam mogę zdecydować, jak wiele czasu potrzebuję?
– Tak.
– Dobrze. Dwanaście dni. Tyle potrzebuję. – szybko przekalkulował Roland. Nigdy nie polował i nie walczył z żadnym potworem dłużej niż jeden dzień.
– Czy jesteś pewien?
– Tak. Dostaniesz to swoje Kiwi po dwunastu dniach. Do czego jest ci ono potrzebne?
– Nie mogę ci tego zdradzić Rolandzie.
– Musisz. Jestem zaintrygowany. Po co mi Dżawaskrypt, skoro Złote Kiwi może dać mi większą moc?
– Nie da. Nie będziesz wiedział, jak go użyć. Istocie ludzkiej na nic się zda. Jeżeli mi nie wierzysz, odłóż mnie z powrotem do studni i zdobądź je. Pamiętaj tylko, że gdy to zrobisz, umowa stanie się nieaktualna.
– Dobrze już dobrze. Dostaniesz to Kiwi. Umowa stoi.
– Gdy mnie uwolnisz, będziesz miał dwanaście dni.
– Czekaj, czekaj. Gdzie jest ta góra? Czy to nie jest jakiś podstęp?
– Nie, Rolandzie. Uwolnij mnie, a przeniosę cię wprost pod samą górę.

Roland włożył rękę do wody, złapał żabę, wyciągnął ją i odłożył na ziemię. Już trzymając ja w rękach, wiedział, że coś się z nią dzieję. Przekształcała się. Rosła. Skóra zmieniała kolor na brązowy. Na jej ciele pojawiły się włosy. Wysuwał się pysk. Postać stawała się coraz większa i większa. Słychać było trzaski formujących się kości, którym towarzyszyły trzaski, ale też jęki. Ból musiał być przeogromny. Przekształcanie trwało krótką chwilę, aczkolwiek Roland nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. W końcu ukazała się przed nim, w całej swej okazałości, ogromna kapibara, dwukrotnie przewyższająca Rolanda.

– Nareszcie. – powiedziała kapibara, po czym uniosła ręce i pstryknęła palcami.

Na jej ciele pojawiły się łososiowe szaty z czarno-złotym pasem. Przypominały kimono. Roland wiedział, kto nosi takie szaty. Bogowie. Zerwał się, by uciec i zastygł. Nie mógł się ruszyć. Kapibara patrzyła mu głęboko w oczy.

– Gdzie się wybierasz Rolandzie? Nie zabiję cię. Uwolniłeś mnie, za co jestem ci wdzięczny. Mamy umowę. Masz dwanaście dni na dotarcie na szczyt Góry Zodiak i zdobycie dla mnie Złotego Kiwi.
– Jesteś Bogiem, ale jakim? – zapytał przerażony.
– Tak, jestem Bogiem. Bogiem Zniszczenia.

Bóg Zniszczenia pstryknął ponownie palcami i znaleźli się obaj u stóp góry.

– Masz dwanaście dni Rolandzie. – powiedział Bóg, po czym wystrzelił w przestworza i zniknął.

#2 Panda – Wyjdź z Jumanji

Wchodzisz do budynku, zmierzasz do windy i wciskasz przycisk. Winda zjeżdża po ciebie na dół, drzwi się otwierają, wybierasz piętro, jedziesz do góry. Wysiadasz, podchodzisz do drzwi, odstawiasz torbę z laptopem, poprawiasz płaszcz i zaczynasz pokazywać. Gdy skończysz pokazywać swoje hasło, system je rozpoznaje, łączy je z twoją twarzą, zatwierdza i wpuszcza do biura. Przy samych drzwiach wejściowych ustawione są maczety oraz – zaraz koło nich – plecaki zawierające suchy prowiant i apteczkę pierwszej pomocy. Zerkasz w lewą stronę, zauważasz planszę do gry lewitującą przed zamkniętymi drzwiami. Zza nich dobiegają krzyki. Spuszczasz głowę, bierzesz głęboki wdech i skręczasz w prawo, do łazienki. Stajesz przed lustrem i patrzysz sobie w oczy. Odkręcasz wodę, obmywasz twarz, ponownie bierzesz głęboki wdech i wychodzisz. Zmierzasz w stronę lewitującej planszy. Ściągasz płaszcz i zakładasz kurtkę. Sprawdzasz czy umocowane w niej kolty są naładowane. Zawsze są. Zakładasz przez plecy mobilne biurko i montujesz na nim swojego laptopa. Wybierasz cięższy plecak, pewnie jest w nim więcej prowiantu. Pozostało jedynie wybrać maczetę. Przeglądasz je wzrokiem, aż w końcu zauważasz swoją ulubioną, z wyżłobionym: “Kill or die”. Jesteś gotowy. Podchodzisz do zamkniętych drzwi. Aby je otworzyć drzwi, musisz rzucić kośćmi. Robisz to. Kości turlają się przez chwilę. Jedna z nich się zakręciła. Trwa to dla ciebie wieczność. W końcu się przewraca. Nagle twój pionek się przesuwa. Na planszy pojawia się zdanie: “Robak w lwa przemieni się. Znajdzie cię i zeżre cię.”. Drzwi się otwierają. Słyszysz krzyki, strzały oraz dźwięk maczety tnącej powietrze. Świst, świst, świst. Wbiegasz do środka z krzykiem. Słyszysz potężny ryk wielkiego zwierzęcia. Chowasz się w krzakach i nerwowo zaczynasz stukać w klawisze swojego laptopa. Drzwi się zamykają.


Zdarzały się nam takie projekty prawda? Pewnie, że tak. Bywa, że projekt nie jest naszym ulubionym. Kod zastany, błędów do naprawy co niemiara, terminy z kosmosu, zespół taki sobie, klient nam nie ufa. Ech. W sumie to pewnie wszyscy tak mają i większość projektów tak wygląda. Kolejny projekt będzie lepszy. Wtedy zastosujemy w nim odpowiednie technologie, architekturę, klient będzie fajniejszy, zespół też i tam już wszystko będzie cacy.

Wiemy jak kończy się takie myślenie, co nie? Wiadomka. Będzie tak samo. A zastanawialiście się dlaczego? Ja tak. I doszedłem do wniosku, że winny jest nasz mindset. Nasze nastawienie, nasze czyny (albo ich brak), nasze chęci (albo ich brak). Spójrzmy na tę sprzeczność – uważamy, że projekt jest kiepski, bo to po prostu kiepski projekt (tak… po prostu), ale następny będzie dobry, bo… i tu wymieniamy różne czynniki, np. właśnie inny klient, kod, architektura czy zespół. Czyli, patrząc na to, co byśmy zmienili, to okazuje się, że to nie projekt sam w sobie jest winny, to nie pomysł na biznes jest naszym zdaniem kiepski, tylko czynnik ludzki zawiódł. No bo kto napisał ten kod? Kto jest odpowiedzialny za relację z biznesem? Kto powinien zbudować zespół z prawdziwego zdarzenia? Ludzie. My. Nikt inny. To my, programiści jesteśmy za to wszystko odpowiedzialni. To my realizujemy usługę, więc to nam powinno zależeć na prawidłowym jej zrealizowaniu, na sukcesie klienta. Klientowi oczywiście też, ale on tego świata nie zna, trzeba go nie raz poprowadzić za rękę. Przecież nam się za to płaci. No bo jak nie za to, to za co? Za co my dostajemy pieniądze?

Mindset skierowany na sukces projektu. Oto najważniejszy czynnik, który pozwoli nam wyjść z projektu Jumanji i pozwoli być wolnymi! Ta wolność i szczęście pozwolą nam się wzbić w przestworza cudownych pomysłów, nieograniczonych możliwości, pięknych projektów! Co ja pieprzę. Wróć. Mindset. O nim zaraz. Najpierw może wytłumaczę czym jest dla mnie metafora Jumanji. Otóż jest to sytuacja, gdy rozpoczynając rano pracę, wiemy już, że czeka nas znowu jakiś nowy fackup do naprawy, jakiś potężny bug, albo nawet kilka. Nie możemy spokojnie pracować nad nową funkcjonalnością, bo po drodze napotkamy na pewno coś, co nie działało, jak powinno. A jeżeli nie napotkamy, to wrzucając zmiany na repo coś popsujemy i jutro będziemy musieli to naprawić. Nie wiemy jeszcze, co się stanie, ale wiemy, że coś się stanie. Żyjemy w dżungli i staramy się przetrwać. Rzucamy codziennie kośćmi i zmierzamy się z kolejnymi przeciwnościami. To już dawno przestały być wyzwania i ostatnio zawsze są to tylko problemy.

Jeżeli teraz nam się nie chce, w tym naszym kiepskim projekcie, to w kolejnym też nam się nie będzie chciało. Nadejdzie taki moment, gorsze czasy, zabójczy termin, presja, że znowu się z tego nie wygrzebiemy. Znowu powiemy, że projekt jest kiepski. Kiedyś był fajny, ale już jest kiepski. Kolejny będzie lepszy. I tak w kółko. Jeżeli nie zmienimy naszego mindsetu, to zawsze już będziemy w kiepskich projektach. Klucz to zmienić nasze nastawienie. Nie przyzwyczajajmy się do walki z dzikimi zwierzętami, do codziennego rzutu kośćmi, tylko zastanówmy się, co zrobić, żeby nie musieć więcej wchodzić do dżungli. Jakie kroki musimy podjąć, żeby się z tego wygrzebać? Co zrobić, żeby więcej nie znaleźć się w tej sytuacji? Jeżeli zaczynamy myśleć w ten sposób, to już jest dobrze, jest to pierwszy krok ku lepszemu.

Gdy już zacznie nam zależeć, to nagle zaczną się w naszej głowie pojawiać pomysły, jakieś rozwiązania. Będziemy chcieli je przedyskutować z innymi. Pójdziemy do koleżanki. Spodobają jej się te pomysły, dorzuci nawet kilka swoich. Zorganizujemy spotkanie programistów tego projektu. Porozmawiamy. Okaże się, że pomysłów na poprawienie stanu rzeczy jest całkiem sporo. Wybierzemy te najważniejsze i zastanowimy się, jak wprowadzić je w życie, jednocześnie dostarczając wartość biznesowi. Pójdziemy porozmawiać o tym z biznesem. O projekcie, jego stanie, zagrożeniach, pomysłach i rozwiązaniach. Klient opowie nam o swoich planach, terminach, jego własnych pomysłach. Zaczniemy rozmawiać. Współpracować. Coś wspólnie postanowimy, zdecydujemy.

Za jakiś czas projekt znowu będzie fajny. Plansza zniknie. Maczety i plecaki również. Nie będą już potrzebne. Zza drzwi po lewej stronie nie będzie już słychać krzyków. Gdy je otworzymy, zauważymy współpracujący zespół. Rozmawiający ze sobą. Rozmawiający o stanie projektu, o poziomie długu technicznego. Rozmawiający z klientem, proponujący rozwiązania.

Żeby mieć inny kod, architekturę, dobry zespół i fajnego klienta, nie musieliśmy wcale zmieniać projektu. Wystarczyło zmienić nasze nastawienie i zacząć współpracować.

Jumanji jest w naszych głowach. Przyzwyczajamy się do codziennej walki i nie podejmujemy próby poprawy tej sytuacji. Gdy zmienimy nasze nastawienie, gdy zacznie nam zależeć i zechcemy pozbyć się Jumanji, wtedy wszystko już będzie kwestią czasu. Zmieńmy nasz mindset, a każdy projekt może okazać się fajny.

#1 Panda – Ściągnij diadem

Tak sobie coś wymyśliłem ostatnio. Pando-przemyślenia. Dlaczego nie zwykłe przemyślenia? Bo pandy – co już ustaliliśmy w pierwszym wpisie – pomagają w zawodzie programisty i w walce ze smokami. Smoki to, jakby to łagodnie powiedzieć, taki nieładny kod, który nie jest spowodowany wyłącznie (a czasami wcale) naszymi słabymi umiejętnościami technicznymi, a często brakiem odpowiednich umiejętności miękkich. Pandy to grubsza metafora, więc zapraszam do pierwszego wpisu, ale generalnie lubimy pandy i dążymy do tego, żeby w kodziku móc napisać komentarz: “Here be pandas”. Nie pytajcie dlaczego.

Ściągnij diadem (mało być o koronie, ale wiadomo dlaczego zamieniłem na diadem). No właśnie, ściągnij go. Odłóż na bok berło. Ściągnij królewski płaszcz, piękne buty, wzorzyste spodnie, koszulę z falbankami, pas z pozłacaną klamrą. Odłóż to wszystko na bok. Zejdź z tronu. Ubierz normalne ciuchy i zacznij rozmawiać z biznesem jak człowiek. Normalnie. Bez zbędnego napuszenia i dumy. Tak. Przestań się puszyć. Nadymać i obrażać. Tupać nogą i unosić się dumą. Usiądź do biurka, przygotuj sobie kawkę i zrób co masz zrobić.

Książę programowania przyjmuje nowe funkcjonalności i pomysły biznesu na specjalnej audiencji w swojej sali tronowej. Zapoznaje się z nimi nie zapominając o swojej dumie. Jeżeli nie spełniają jego wysokich standardów, odwraca głowę i odrzuca je machnięciem ręki. Jedno machnięcie oznacza, że zadanie tylko trochę się księciowi nie podoba, ale jak się go jeszcze kilka razy poprosi, to co prawda z głębokim i głośnym westchnieniem, ale je wykona. Dwa machnięcia oznaczają, że książęca duma absolutnie mu na to nie pozwala. Niestety. Mówi wtedy biznesowi, że to zadanie jest bez sensu – nie z punktu widzenia biznesu, tylko jego własnego – i że tego robić nie będzie. Nie pasuje to do jego wizji projektu. Niech biznes wymyśli coś innego i przyjdzie znowu.

Skąd to wiem? Ponieważ zdarzało mi się być takim księciem. Ciągle też takich książąt spotykam. Taka postawa jest niesamowicie destrukcyjna. Diadem psuje relacje z biznesem, zabija nasz profesjonalizm, a wzmacnia bufonadę. Stawia nas ponad innymi.

Wyjdźmy na chwilę z tej metafory. Gdy dostajemy wymagania, gdy biznes nam mówi o swoich kolejnych krokach, podsyła dokumenty do analizy, to zamiast wyśmiewać ich sens, zapytajmy jaki problem mają rozwiązać, jaka stoi za nim potrzeba biznesowa. Zamiast mówić, jakie jest to głupie, zaproponujmy lepsze rozwiązanie. Zamiast wyłapywać małe luki i je wyolbrzymiać, skupmy się na najważniejszej części i zaproponujmy pomoc ze szczegółami w późniejszej fazie. Jeżeli widzimy jakieś ryzyko, wspomnijmy o nim, zamiast mówić pod nosem: “Skoro tak chcą, to proszę bardzo.”. A na samym końcu, jeżeli to wszystko zawiodło, a biznes nadal się upiera, to po prostu to zróbmy, bez zbędnych komentarzy.

To są ich pieniądze, to ich aplikacja. Nie możemy stawiać naszej wizji idealnego kodu i idealnej wersji projektu, ponad wymaganiami i potrzebami klienta, który koniec końców płaci nam za naszą pracę. W imię czego? Dobrych praktyk i wzorców projektowych? Czasami “good enough” wystarczy. Bycie księciem programowania fałszuje tę relację, zachowujemy się wtedy, jakbyśmy zamawiali wymagania u klienta i jeszcze mu za nie płacili. Nie jest to dobrze odbierane, nie wspomaga to współpracy, a z czasem może być nawet toksyczne dla całego zespołu. Nie wyglądamy wtedy w oczach klienta jak profesjonaliści, którzy znają się na tym, co robią. Wychodzimy na zwykłych bufonów i działamy na niekorzyść całego środowiska. Już teraz nie jest łatwo zapracować sobie na zaufanie biznesu. Nie ma sensu jeszcze bardziej tego pogarszać w imię jakiejś bliżej nieokreślonej misji.

Przesłanie tego wpisu jest proste. Przestańmy myśleć o naszej pracy, o programowaniu, jakby to było coś nadzwyczajnego. Jakbyśmy chronili nasze dziecko, naszą idealną wizję dobrych praktyk i kodu pełnego wspaniałych wzorców projektowych. Uwaga, powiem coś kontrowersyjnego. Programowanie to zwykła praca. Jak każda inna. Jak w każdym zawodzie, jedną z dobrych praktyk jest rozmawianie ze swoimi klientami i spełnianie ich oczekiwań. Musimy się do nich zbliżyć. Przede wszystkim mentalnie. Taki pierwszy krok. Jak to zrobić? Wystarczy zmienić taki jeden mały przełącznik w głowie. Z “to klient jest dla nas” na “to my jesteśmy dla klienta“. Nagle wszystko staje się prostsze.

Swego czasu OLX rozpoczęło ciekawą kampanię reklamową. Na koniec spróbuję sparafrazować jej hasło.

W pracy z klientem bądź sobą. Chyba, że nosisz diadem i jesteś księciem programowania. Wtedy bądź kimś innym.

Oto pierwsza i najważniejsza panda.

Rozkosznik Uszów

Wziął duży łyk piwa – łapczywy skurczybyk – rozlał trunek po brodzie i ubraniu, po czym z hukiem odłożył kufel. Otarł buzię rękawem – nie pierwszy raz w tym tygodniu, na co wskazywały plamy na koszuli. Obserwował bójkę między Jacobem i Cliffordem w spokoju, z pewnym podnieceniem. Wiedział jak to się skończy. Zawsze kończy się tak samo. Barman Roland ma jasne, acz drastyczne zasady w kwestii bójek w jego barze. Chwilę później ciało Clifforda zostało wyniesione. “Niech jego dusza spoczywa w pokoju” – powiedział pod nosem, dopił piwo i opuścił bar.

Zwał się Rozkosznikiem Uszów. Był arbuziarzem. Miał za sobą wyczerpujący tydzień, więc pozwolił sobie na chwilę relaksu w barze. Teraz czas na sen. Jutro czeka go kolejny dzień pracy. Tylko kilka godzin, więc nie ma co narzekać. Siódmego dnia odpocznie. Przynajmniej tak zakłada. Jeżeli jutro nie skończy wszystkiego, co zaplanował, będzie musiał skończyć to pojutrze, przed początkiem kolejnego tygodnia. Wtedy zadanie musi być już gotowe, tak powiedzieli jegomościowi, a ten pewnie ich z tego rozliczy. Nie szkodzi, zdąży. Najwyżej odpocznie po kolejnym tygodniu pracy. Ważne, żeby jegomość był zadowolony – musi wiedzieć, że może na nim polegać. Sołtys również będzie zadowolony.


– Emma, muszę ci powiedzieć, że na tym przedstawieniu kukiełkowym, Kraina Lodu 2, które nam polecałaś, naprawdę można wypocząć! – powiedział Noah, po czym ziewnął potężnie i głośno.
– A mówiłam, pójdź, zobacz i sam się przekonaj jakie to jest dobre. To ty oczywiście swoje, że to nie dla ciebie, że to cię będzie nudzić. Jak wrażenia? Całkiem niezła opowieść, prawda?
– A mówiłaś. Zabrałem żonę i dzieci. Mogliśmy dopiero wczoraj, bo wcześniej pomagałem Rozkosznikowi przy arbuzach. Ech, porobiło się… Ale o tym zaraz. Poszliśmy w końcu na to przedstawienie. Dzieci podobno były zachwycone! Historia sama w sobie podobno też świetna! A ja tak się wyspałem, jak nigdy! – ryknął śmiechem.

Emma spojrzała na niego. Mina jej zrzedła. Zamachnęła ręką i uderzyła Noah w twarz. Dodała kopniaka kolanem w krocze. Osłupiały osunął się na ziemię. Twarz wykrzywił mu grymas bólu. Spojrzał na nią. Chwilę patrzyli sobie w oczy po czym razem gruchnęli śmiechem.

– Emma! Zaskakujesz mnie! Kopnęłabyś mnie nieco mocniej i moje orzechy by mi oczy wybiły z orbit! Haha! – grymas bólu i uśmiech naprzemiennie odrysowywały się na jego twarzy.
– Nie prowokuj Noah, nie prowokuj! Kolejnym razem dołączysz do zaszczytnego grona płci pięknej! – Emma nie kryła zadowolenia z siebie – No dobrze, to co tam z tym Rozkosznikiem?

Noah wstał, otrzepał się i usiadł na krześle. Upił nieco lamaciatotte, którą wcześniej przygotował. Pili to razem z Emmą i Rozkosznikiem codziennie przed początkiem pracy. Napój ten działał pobudzająco i dodawał energii. Przyrządzało się go bardzo prosto – ziarna lamaciatotty mieliło się i zalewało wrzącą wodą. Już sam zapach pobudzał.

– Ach… To, co zawsze. Nie zdążyliśmy z robotą na czas i musieliśmy pracować, zamiast odpoczywać w wolne dni. Ciebie już w to nie angażowaliśmy, bo wydawało nam się, że tej roboty znowu nie ma aż tak dużo. Oczywiście się pomyliliśmy. Zaczęliśmy ładować te arbuzy no i się zaczęło.


Obudził się, przeciągnął i ziewnął głośno. Szósty dzień tygodnia. Zwykle wtedy wyjeżdżał poza wioskę do słomianej chaty nad rzeką. Nieopodal pomarańczowego wzgórza. Tam wypoczywał otoczony ciszą i spokojem. Szum rzeki, dźwięk cykających owadów, śpiew ptaków – to wszystko pomagało mu oderwać się od pracy. Przypomniał sobie szósty dzień po poprzednim tygodniu pracy, kiedy to wyjechał do chaty z samego rana. Musiał zrobić w niej porządek oraz uprzątnąć podwórze. Pamięta jak dziś swe zaskoczenie, gdy nagle usłyszał:

– Cześć! Już jestem. Przyjechałam wcześniej. Tak jakoś wyszło. Pomyślałam, że pomogę ci w przygotowaniu do pikniku.
– Cześć Elizabeth! – nie wiedział, czy bardziej mu wstyd przez nieporządek, czy bardziej się cieszy, że ją widzi.
– No dobra, to dawaj szmatę i powiedz, gdzie mogę zacząć.

Poszedł do kuchni po mokrą szmatę, jeszcze niedokładnie opłukaną z brudu po poprzednim sprzątaniu, zawołał ją i rzucił ją jej w twarz. Popatrzyła na niego zdumiona i nagle razem wybuchli śmiechem. Podniosła szmatę z podłogi, zwinęła ją w rulon zwinnym ruchem i wypuściła jak lasso prosto w jego kierunku. Oberwał samą końcówką. Skóra na policzku rozdarła się, a spod niej trysnęła krew. Nastąpiła chwila ciszy, po czym znowu ryknęli oboje śmiechem, rechotali jeszcze głośniej niż przedtem. Elizabeth opatrzyła mu ranę i zabrali się do porządków.

Rozkosznik miło wspominał tamten dzień. Ten miał być podobny. Umówili się z Elizabeth ponownie w chacie nad rzeką. Niestety musieli przełożyć ich wspólne spotkanie. Robota sama się nie zrobi.

Popatrzył na słońce. Już czas. Gdzie podziewa się Noah? Obiecał, że mu pomoże. W końcu pracowali razem dla tego samego jegomościa. Gdyby dostawa nie została zrealizowana, to oczywiście oberwałoby się im wszystkim, łącznie z Emmą. Usiadł na kanapie i na chwilę zamknął oczy.

Nagle usłyszał trzask szkła! Coś przeleciało przez pokój, trafiło w szafę przy ścianie i roztrzaskało ją na kawałki. Był to kamień wielkości jego głowy. Zaspał. Miał Trzy Wielkie Smoki przed kolejnym pociskiem. Szybko zerwał się z kanapy i wybiegł na podwórze. Noah brał właśnie zamach, lecz gdy ujrzał Rozkosznika, odłożył kamień na ziemię.

– Noah, jestem już! Nie rzucaj! Możemy jechać.
– Miałeś szczęście, za drugim razem trafiłbym cię w głowę!
– Całą chałupę zdążyłbyś mi zniszczyć, a w głowę byś i tak nie trafił! Twoja ręką jest częściej połączona z twoją sikawką, niż z głową! Haha!

Rozkosznik wsiadł do dorożki, po czym pojechali do stodoły. Nie tolerowali spóźnień, wymyślili więc pewną zasadę. Gdy po kogoś podjeżdżasz o czasie, a ten ktoś nie czeka przed chatą, co Trzy Wielkie Smoki ciskasz ogromy kamień. Jeden Wielki Smok trwa tyle, co wymówienie frazy “jeden wielki smok”. Bardzo szybko zmniejszyli liczbę spóźnień. Może nie wyeliminowali ich całkowicie, ale od czasu wprowadzenia tej zasady spóźnień jest zdecydowanie mniej. Mało tego, spóźnienia stały się czymś wyczekiwanym. Można się było dzięki nim zabawić. Nie wszystkim co prawda jest wtedy do śmiechu, ale co począć. Zasady to zasady.

Dojechali na miejsce. Taczki walały się przed stodołą. Rynny pozwalające turlać arbuzy, leżały pod ścianami stodoły. Misy do przenoszenia znajdowały się w kupie nieopodal. Weszli do stodoły. Tysiące arbuzów robiło wrażenie. Produkowane od kilku tygodni, za dwa dni miały znaleźć się u jegomościa.

Arbuziarze na co dzień zajmują się właśnie produkcją arbuzów oraz ładowaniem ich na dorożki. Załadowane dorożki odbierał jegomość, który pojawiał się o wyznaczonym terminie wraz ze swoją świtą. Emma, Rozkosznik i Noah tworzyli jedną brygadę. Musieli dostarczyć 10000 arbuzów dla jednego z jegomościów z odległego miasteczka. Każda dorożka mieściła około 100 arbuzów, to dawało w sumie 100 dorożek zapakowanych po brzegi.

– Rozkoszniku, dlaczego pozwoliliśmy wplątać się w taką sytuację? Przecież wszystko szło dobrze, wyprodukowaliśmy wymagane arbuzy i zabraliśmy się za ładunek. Wszystkie procesy produkcyjne zostały napięte do granic wytrzymałości i mieliśmy sporo szczęścia, że nic po drodze nam się nie przytrafiło złego. Teraz musimy załadować sto dorożek i przeznaczyliśmy na to ten tylko jeden dzień. Przecież będziemy pracować do nocy! Wykończymy się!
– Noah, będzie ciężko, ale damy radę. Powiedzieliśmy jegomościowi, że jesteśmy w stanie dowieźć tę dostawę do jego wizyty za dwa dni i musimy teraz dotrzymać słowa.
– Dlaczego się na to zgodziliśmy? Mogliśmy od razu powiedzieć, że nie damy rady.
– Wiesz jak jest. Potrzebuje tej dostawy do swoich interesów. Gdy jegomość będzie zadowolony, to i Sołtys będzie, a wtedy, kto wie? Poza tym, naprawdę jesteśmy w stanie zdążyć. Tylko musimy się przyłożyć.
– Zawsze to samo. Przez chwilę sam nawet w to wierzyłem. Gdybym mógł cofnąć czas, to na pewno nie poparłbym tego pomysłu, tej próby skończenia szybciej. Gdybym tylko mógł zmienić bieg wydarzeń i znowu znaleźć się w tamtej chwili, w chwili gdy słyszymy słowa…


– Witam brygado! Jak się mają pracę nad moimi kochanymi, cudownymi, zieloniutkimi arbuzikami? Wszyscy w naszym miasteczku czekają na tę dostawę! Będzie rewolucyjna! Zmieni wszystko! Jak więc nam idzie?
– Idzie dam dobrze drogi jegomościu. Wszystko zgodnie z terminami – odpowiedział Noah.
– Świetnie, świetnie! Doprawdy, nie mogę się już doczekać! W tej sprawie też dzisiaj przybyłem. Chciałbym porozmawiać o czymś bardzo ważnym dla mnie i dla całego mojego miasteczka. Usiądźmy proszę. Przywiozłem ze sobą prosię. Joseph, Dominic! Przynieście proszę świniaka! – krzyknął jegomość do swoich pomocników.

Chwilę później świniak był już na stole. Stół oczywiście również został przygotowany, gdyż nie było go na co dzień w pracowni. W rogu stały jedynie mały stoliczek na lamaciatotte oraz trzy krzesła. Za stół posłużyła przyczepka odwrócona do góry nogami. Dobre i to, prosiak się mieścił.

– Słuchajcie. Jak wiecie, dostawa tych arbuzów jest dla nas absolutnie ważna. Nasze miasteczko uzależnione jest od pieniędzy lordów z dużych miast. Im szybciej dotrze do nas dostawa, tym szybciej będziemy w stanie wypełnić nasze zobowiązania względem nich. To dla nas bardzo trudny, acz zarazem bardzo ważny okres. Nigdy wcześniej nasze miasteczko nie miało takiej szansy. Wiem, że umawialiśmy się na dostawę za pięć tygodni. Jednakże sytuacja się zmieniła. Muszę mieć tę dostawę już za trzy tygodnie.

Zapadła cisza. Noah i Emma popatrzyli na siebie. Trzy tygodnie to bardzo mało. Sporo arbuzów nadal musiało zostać wyprodukowanych, o ładunku nie wspominając. Pięć tygodni było realne. Trzy tygodnie wchodziły w grę jedynie pod warunkiem, że pracowałoby nad tą dostawą nie trzy, a sześć osób. W przeciwnym wypadku zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak.

– Szanowny jegomościu… – rozpoczął Noah – Moim zdaniem…
– Tak! Uda nam się! Dotrzymamy tego terminu. Rozumiemy, że jest to dla jegomościa ważne i wszystkim nam zależy na sukcesie tej dostawy.
– Świetnie! Miód dla moich uszu! W takim razie przyjadę z moją świtą za trzy tygodnie od dzisiaj i odbiorę dostawę. A teraz, posilcie się!
– Rozkoszniku, czy jesteś pewien, że zdążymy? Dwa tygodnie mniej na dokładnie taką samą wielkość dostawy. Zmuszeni będziemy pogłowić się, jak zdążyć w tak krótkim czasie, a i tak może nam się to nie udać. – powiedziała zmartwiona Emma.
– Może nie być łatwo i faktycznie będziemy musieli się nieco wysilić, ale myślę, że warto spróbować. – odrzekł Rozkosznik, lecz patrząc przy tym nie na nią, a na jegomościa.
– Cudownie! Spróbujcie więc, a ja zajmę się przygotowaniami w miasteczku. Joseph, Dominic! Dolejcie nam szprycera.


– … zaprotestowałbym dzisiaj stanowczo. Niestety nie cofniemy czasu.
– Zabierzmy się do roboty Noah. Musimy przygotować misy, rynny i taczki, żeby praca szła nam sprawniej. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, do wieczora powinniśmy się uwinąć ze wszystkim.

Rozkosznik wraz z Noah wyszli ze stodoły, aby zająć się rynnami. Należało je umieścić jednym końcem do okna stodoły, a drugim do dorożki – arbuzy turlały się po nich jeden po drugim. Ładunek dzięki temu szedł sprawniej. Stodoła której używali, posiadała tylko jedno okno. Arbuziarze podjechali dorożką bliżej. Po chwili była już gotowa do załadunku.

– Noah, ładuj arbuzy przez rynnę, a ja w tym czasie skorzystam z taczki.

Noah wszedł po drabinie, wziął pierwszego arbuza, położył na końcu rynny i puścił. Gdy sięgał po drugiego, zauważył, że arbuz zniknął. Nie stoczył się do dorożki, bo usłyszałbym charakterystyczny huk zderzenia się arbuza z pustą dorożką.

– Noah! Noah! – krzyknął Rozkosznik.
– Czekaj! Zaraz! Chyba mamy problem, tylko się upewnię i już do ciebie schodzę!

Puścił drugiego arbuza. Turlał się przez chwilę po czym naglę zniknął.

– Karamba! Przestań! Zaraz nie będzie czego pakować! Złaź na dół!

Zszedł i zobaczył Rozkosznika przy dwóch rozbitych arbuzach. Spojrzał do góry i zobaczył dziurę w rynnie.

– Jak to? Przecież przed chwilą jeszcze nie była dziurawa.
– Musiała być w tym miejscu uszkodzona i pod ciężarem arbuza po prostu nie wytrzymała.
– Mamy jeszcze inne rynny.

Zostały im jeszcze dwie. Ściągnęli uszkodzoną i wzięli jedną z nich, po czym zabrali się do umocowania jej do okna stodoły. Oparli jedną stronę o ścianę, zaraz przy oknie. Noah poszedł do góry, żeby przymocować jeden koniec do okna, a Rozkosznik miał zająć się przymocowaniem drugiego do tyłu dorożki. Złapali rynnę i pewnymi ruchami przymocowali ja stabilnie. Rozkosznikowi coś się nie zgadzało, ale nie wiedział co. Miał złe przeczucie. Noah wziął arbuza i pchnął go po rynnie.

– Nie! – krzyknął nagle Rozkosznik.

Ale było już za późno. Arbuz toczył się po rynnie i gdy znalazł się w połowie, rynna się zgięła i z hukiem spadała na ziemie. Noah prędko zszedł po drabinie na dół.

– Karamba! Rynna nie była zabezpieczona. – powiedział Rozkosznik – Czy ci rynniarze nie mogą zrobić czegoś porządnie? Albo dostajemy stare i uszkodzone rynny, albo nie są wzmocnione. Jak można pracować w takich warunkach?
– Zdarza nam się to przecież od lat. Mogliśmy sprawdzić tę rynnę, zanim zabraliśmy się do jej umocowania. Więc to również i nasz błąd. To nie jest ich wina, mogliśmy przecież zgłosić wadliwie działające rynny.
– Ah… Masz rację. Po prostu straciliśmy już sporo czasu, a jeszcze nie załadowaliśmy ani jednego arbuza. Musimy przyspieszyć.
– Rozkoszniku, nie żebym…
– Dobra, dobra. Wiem, co chcesz powiedzieć. Nie czas teraz na to. Zabierzmy się do roboty.
– Poczekaj. Stop. Co robimy, gdy zdenerwujemy się na inny zespół i fałszywie ich obwinimy za nasz problem?
– Wiem, wiem.

Rozkosznik uklęknął przed Noah, wystawił język, obrócił się i wylizał ziemię do dziesięciu metrów przed sobą. Takie były zasady. Gdy ktoś obraża inny zespół za swoje błędy i zostaje na tym przyłapany, musi wylizać podłożę do 10 metrów w przód. Musi to być to podłoże, na którym się w danej chwili znajduje. Natomiast winowajca samodzielnie może wybrać kierunek lizania. Zdecydowanie lepiej zostać przyłapanym w swoim domu, niż w pobliżu stodoły.

– Haha! Jak skończysz, to umyj gębę! Inaczej nie będzie szło z tobą gadać!

Rozkosznik wykonał karę, aczkolwiek nie odświeżył się po niej. Na złość Noah.

– No dobrze, to co my teraz zrobimy? Masz jakiś pomysł? – zapytał Rozkosznik.
– Jedyne co mi przychodzi do głowy, to wzięcie dziurawej rynny i zaklejenie dziury przy pomocy jednej z tych wadliwych. Moglibyśmy wyciąć kawałek i zrobić z niego łatę.

Tak też zrobili. Załatana rynna działała już prawidłowo, dzięki czemu Noah zaczął z powodzeniem załadowywać pierwszą dorożkę. Uradowany Rozkosznik poszedł po taczkę. Wziął pierwszą lepszą ze stosu. Popchał. Jakoś dziwnie jechała. Ręce całe mu drżały. Zatrzymał się, obrócił ją do góry nogami.

– Karamba! – koło było dziurawe. Nagle zauważył jakiś ruch przy taczkach. Pobiegł tam szybko. – O nie…

W pobliżu taczek czaił się pomarańczowy smok. Zauważył Rozkosznika i uciekł do stodoły. No tak. Drzwi zostały otwarte. Musiał znaleźć arbuzy, zauważył stos taczek i rynny przy stodole i wszystko sobie poukładał. Wiedział, że szykuje się załadunek. Smoki uwielbiały arbuzy, więc ten nie chciał dopuścić do udanej dostawy. Gdyby udało mu się jej zapobiec, miałby wszystkie arbuzy tylko dla siebie. Przynajmniej tak myślał.

Rozkosznik sprawdził każdą taczkę, ale wiedział już, że wszystkie koła będą uszkodzone. Wszedł ostrożnie do stodoły. Smok wydawał się niedużych rozmiarów, aczkolwiek i tak musiał należało zachować wszelką ostrożność. Przede wszystkim musiał ostrzec Noah. Skoro zniszczył taczki, to bardzo możliwe, że zechce zabrać się za rynnę. Rozejrzał się po stodole. Nic nie zauważył. Gdzie on się podział?

– Noah! – krzyknął szeptem Rozkosznik – Noah!

W tym samym czasie Noah ładował arbuzy na rynnę, jeden po drugim. Szło mu coraz lepiej, już kilkadziesiąt zostało załadowanych. Rynna działała wyśmienicie. Od kiedy ty przyjechali, aż do teraz, słońce przewędrowało już spory kawałek nieba. A to dopiero początek. “Na pewno nie zdążymy” – pomyślał i zaczął się martwić spotkaniem z jegomościem, które ich czekało. Usłyszał syczenie. Obrócił się. Smok podbiegł do niego błyskawicznie i powalił go na ziemię. Noah złapał go za paszczę i zamknął ją, aby nie dać się zamienić. Smok użył swojego ogona i zaczął łaskotać Noah pod pachami. Noah śmiał się w niebogłosy trzymając dzielnie smoka za paszczę. Smok, wykorzystując swoją tylną łapę, ściągnął buta Noah i zaczął go również łaskotać po stopie. Noah ryknął przeraźliwym śmiechem. Słychać w nim było desperację i strach. Smok już ściągał mu drugiego buta. Zaraz mógł stracić wszystko. Puścił paszczę smoka, a ten tylko na to czekał. Nie wiedział jeszcze w co zamienić Noah – czy w uszkodzoną taczkę, czy w uszkodzoną rynnę? A może w uszkodzony pług? O! Już wie! W nowy pług, takiego, którego jeszcze nie widzieli. Najnowszą wersję! Oczywiście będzie uszkodzony. Arbuziarze na pewno się na niego skuszą i wykorzystają do jednej z upraw. I w końcu pług szlag jasny trafi i nie będą w stanie doprowadzić uprawy do końca. A wtedy gdzie trafią już wyprodukowane arbuzy? Do smoka oczywiście. Na wysypisko arbuzów, albo do jednej ze stodół. Uradowany smok wypuścił swój smoczy język, w kierunku twarzy Noah. Musiał go wsadzić najpierw do jednego ucha, potem do drugiego, potem do jednej dziurki w nosie i potem do drugiej. Tym, co zostało na języku, musiał wymalować arbuza na czole arbuziarza i wypowiedzieć po trzykroć to, w co miał zamiar go zamienić. Przez cały ten czas arbuziarz musiał zanosić się śmiechem.

– Najnowsza wersja pługa! Najnowsza wersją pługa! Najnowsza… – smok już miał kończyć wymawiać zaklęcie, gdy nagle przerwał mu Rozkosznik Uszów.
– Dosyć! Zostaw go!

Smok obrócił głowę. Rozkosznik trzymał w ręku jedną brukselkę. Miał więc tylko jedną szansę na uratowanie Noah. Podbiegł do niego, chwycił go za ogon i pociągnął. Smok skrzeknął z bólu i rzucił się na Rozkosznika. Ten pchnął brukselkę po ziemi do Noah, który zerwawszy się z niej, złapał smoka za tylną łapę i pociągnął do siebie. Powalił go jednym ruchem. Rozkosznik doskoczył i zaczął łaskotać smoka. Gdy ten otworzył paszczę, żeby zanieść się śmiechem, Noah wepchnął mu w nią brukselkę i zamknął. Smok szarpał się, ale nie dał rady się wyrwać spod ciężaru ich obu. W końcu połknął brukselkę. Rozkosznik i Noah puścili go. Ten wyskoczył przez okno, stanął pod drzewem i próbował pozbyć się brukselki ze swojego ciała. Bez powodzenia. Skrzeknął po raz kolejny i uciekł.

– Dziękuję Rozkoszniku. Uratowałeś mi życie.
– Nie ma za co. Tym razem nam się udało. On tu jeszcze wróci, gdy wydali brukselkę, ale miejmy nadzieję, że do tego czasu uwiniemy się z załadunkiem. Wszystkie taczki są uszkodzone. Nie mamy czasu na ich naprawę. Poradzę sobie jakoś z tym, co mam. Niestety na pewno kilka arbuzów nie zniesie podróży taką taczką najlepiej i nie będą nadawały się do załadunku. No nic, trudno. Może nie będzie ich aż tak wiele.

Noah wrócił do obsługi rynny. Pierwsza dorożka została załadowana. Zostało ich dziewięćdziesiąt dziewięć. Nie zdążą. Cienie były coraz dłuższe, a praca na dobre się nie zaczęła. Wiele czasu pochłonęły problemy z rynnami i smokiem, a nie zapowiada się, aby nagle przyspieszyli. Na pewno nie z wadliwymi taczkami.

Rozkosznik wiedział, że sprawy nie idą po jego myśli. Szybko wrzucał arbuzy do taczki, po czym pchał ją biegiem do dorożki. Przez uszkodzone koła, arbuzy odczuwały każdą nierówność. Niektórym udawało się przetrwać cały przejazd, lecz wiele z nich pękało bądź wypadało z taczki. Arbuzów było więcej niż było to wymagane, ale zwyżka nie pokryje wszystkich zniszczeń. Oboje z Noah wiedzieli już, że nawet jeżeli jakimś cudem udało by im się zdążyć z załadunkiem, to arbuzów będzie niewystarczająca ilość. Nie uda im się zapełnić stu dorożek.

Nastała noc. Załadowanych dorożek było pięćdziesiąt. Byli w połowie.

– Rozkoszniku, padam ze zmęczenia. Wracam do domu.
– Tak, tak. Ja też już nie mam siły. Jedźmy. Jutro spróbuję dokończyć załadunek sam. Wiem, że ty idziesz na przedstawienie i spędzasz czas z rodziną.
– Ah, nawet mi nie mów o tym przedstawieniu. Kraina Lodu 2, czy jakoś tak. Oby było to tak dobre, jak opowiadała Emma. Przynajmniej nie zanudzę się na śmierć.


– Cześć Emma, cześć Noah! – przywitał się z daleka Rozkosznik. – Zostało dla mnie trochę lamaciatotte?
– Pewnie! – Noah wstał i nalał pobudzającego napoju do kubka.
– Czy udało ci się Rozkoszniku załadować wczoraj wszystkie brakujące dorożki? Noah właśnie mi opowiadał, że los wam nie sprzyjał.
– Niestety nie. Nie wiem, co my dzisiaj powiemy jegomościowi. Mamy załadowanych 70 dorożek, a arbuzów na kolejne 20. Musimy więc wyprodukować ich więcej.

Rozkosznik opowiedział im o wczorajszym dniu. Gdy przybył na miejsce, nie mógł przez jakiś czas otrząsnąć się z szoku. Nie zdawał sobie sprawy ze strat, które wczoraj ponieśli wraz z Noah. Wiele arbuzów było po prostu zniszczonych i walało się na trasie stodoła-dorożki. Zauważył też, że drzwi i okna od stodoły nie zostały zamknięte odpowiednio. Z reguły związywali je swoimi starymi szatami. Śmierdziały tak strasznie, że nikt, nawet smoki, nie ważył się ich dotknąć. Stodoła dzięki temu była zupełnie bezpieczna. I wszystko, co zostało nimi zabezpieczone.

Widział, jak z okna patrzy na niego smok. Ten obrócił na chwilę głowę, coś syknął i za chwilę z okna wyglądały już dwa smoki. Rozkosznik jeszcze nie załadował pierwszego arbuza, a już wiedział, że nie zdąży.

Przez użeranie się ze smokami i przez wadliwe taczki, udało mu się załadować jedynie dwadzieścia kolejnych dorożek. Niektóre arbuzy albo uległy zniszczeniu podczas transportu, albo zostały użyte, aby odwrócić uwagę smoków.

Gdy Rozkosznik kończył swoją historię, cała trójka podskoczyła, gdy usłyszała nagle:

– Witajcie brygado! Jak się miewacie? Jak wasze zdrowie? A propos zdrowia. Joseph, Dominic! Nalejcie nam szprycera. Hop, hop! Gdzie są moje arbuziki? My się tutaj posilimy, popijemy, a moja świta już zacznie doglądać załadunek.
– Szanowny jegomościu. Zdecydowana większość dostawy jest już gotowa, ale…
– Jak to zdecydowana większość? Rozkoszniku, co ty chcesz mi powiedzieć? Gdzie są moje arbuzy?
– Wystąpiły nieprzewidziane sytuacje, nie byliśmy w stanie…
– Rozkoszniku! Na dzisiaj muszę wrócić do miasta ze stoma dorożkami arbuzów! Mów wreszcie, co się stało!
– Udało nam się załadować siedemdziesiąt dorożek, kolejne byłyby gotowe…
– Siedemdziesiąt!? SIEDEMDZIESIĄT!? Miało być sto! Mówiliście, że będzie sto! Tak też wszystkim powiedziałem! Czeka na mnie w mieście komitet powitalny i wielka uczta z okazji sukcesu naszego miasta! Czeka też lord na swoją umówioną część! Inny lord czeka na nadwyżkę! Wszyscy się zjechali! Uczta już praktycznie gotowa! Wszyscy się zjechali… O nie… O nie…
– Jegomościu, sytuacja była niespodziewana. Los zwrócił się przeciwko nam. Nasz sprzęt…
– Nie obchodzi mnie wasz sprzęt! Wymieńcie go, jeżeli nie działa! Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Nie byłoby tak hucznie, przygotowałbym się… Jak ja to teraz wytłumaczę? Powiedziałem w mieście, że na dzisiaj będzie sto arbuzów. Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Brygado! Mówcie!
– Do ostatniego dnia myśleliśmy, że się uda, że na dzisiaj załadunek zostanie w pełni przygotowany. Ostatnie dwa dni okazały się bardzo pechowe.
– Czego mi nie mówisz Rozkoszniku? Kiedy arbuzy były już dojrzałe i kiedy rozpoczęliście ich załadunek?
– Jegomościu…
– Mówcie kiedy!? Noah, Emma! Kiedy?
– Arbuzy dojrzały około 4 dni temu. Załadunek rozpoczęliśmy 2 dni temu. – powiedział Noah.
– Przeklęci! I nic mi nie powiedzieliście? Przecież przynajmniej siedem dni temu było już wiadomo, że coś może pójść nie tak!
– Bardzo przepraszamy jegomościu, to się więcej nie powtórzy. – powiedziała Emma ze spuszczonym wzrokiem.
– Masz całkowitą rację Emma. Więcej się nie powtórzy. Rezygnuję z waszych usług brygado! Z usług całej waszej wioski!

Gdy to powiedział, jegomość wstał, upił ostatni łyk szprycera, po czym wyszedł.

– Nie dał nam wytłumaczyć. Na pewno by zrozumiał, gdyby tylko nas wysłuchał. – powiedział Rozkosznik patrząc przy tym błagalnym wzrokiem na Noah i Emmę.
– Nie Rozkoszniku. Jegomość miał rację. Przynajmniej siedem dni temu mogliśmy już powiadomić go o ryzyku. Po prawdzie, to w ogóle nie powinniśmy się zgadzać na przyspieszone zbiory i załadunek. Przecież wiedzieliśmy, że to się nie może udać. – odpowiedziała zdenerwowana Emma.
– Nie mogliśmy się nie zgodzić. Od tego zależał sukces jego miasteczka!
– On nas tylko zapytał! Rozumiesz? On nas tylko zapytał, czy bylibyśmy w stanie dostarczyć załadunek szybciej! Nic więcej!
– Teraz jesteś taka mądra! Trzeba było się odezwać trzy tygodnie temu!
– Odzywałam się, ale nie słuchałeś! Mówiłeś wszystko to, co jegomość chciał usłyszeć. Dlatego tak cię nazywają! Rozkosznikiem Uszów!
– Uspokójmy się. – powiedział Noah – Nic już teraz nie poradzimy i na nic zdają się kłótnie między nami. Musimy posprzątać cały ten bałagan po załadunku. Dobrze nam to zrobi. Wszyscy jesteśmy winni. Jesteśmy przecież jedną brygadą. Za wszystko odpowiadamy razem. Zanim zabierzemy się do pracy, zakopmy topór wojenny. Proponuję Dłoń Zgody.

Rozkosznik i Emma przytaknęli, po czym stanęli na przeciwko siebie. Pierwsza zaczęła Emma. Wzięła ogromny zamach otwartą ręką i walnęła w prawą część twarzy Rozkosznika. Ten jęknął cicho z bólu. Teraz jego kolej. Zrobił to szybko i niespodziewanie. Bez większego zamachu, z biodra wystrzelił dłoń wprost w policzek Emmy. Popatrzyła na niego z podziwem, a on lekko się uśmiechnął. Ćwiczył. Dłoń Zgody przeprowadzili jeszcze Rozkosznik z Noah oraz Noah z Emmą. Cały zespół musiał się poddać tej procedurze. Pomagała rozładować emocje po napiętej dyskusji.

Gdy skończyli. Poszli posprzątać stodołę


– Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle. Nie wiedziałem, że jegomość tak się przygotuje do odbioru załadunku. Nie wiedziałem, że zobowiąże się przed innymi. Że będzie uczta. Chciałem, by pomyślał, że jesteśmy dobrzy w naszej pracy. Że nie ma dla nas trudnych sytuacji. Że jesteśmy doświadczeni i kompetentni. No właśnie, na pewno nie przyszłoby mu to do głowy, gdybyśmy odmówili. Gdybyśmy powiedzieli, że nie damy rady. Zrezygnowałby po prostu z naszych usług. – wziął łyk piwa – A może nie? A może cztery tygodnie również by mu odpowiadały? Ach. Już się tego nie dowiem. Co pomyślałbym sołtys, gdybyśmy odmówili? Że się nie nadajemy? Że nie działamy na dobre imię wioski? – wziął kolejny łyk piwa – Ach. Presja była taka duża, a to działo się tak szybko. I jeszcze to oburzenie jegomościa, że nie powiedzieliśmy o ryzyku wcześniej. Przecież gdybyśmy powiedzieli, to wyszlibyśmy na jakichś partaczy, co to się zobowiązują, a potem nie dotrzymują obietnicy. A może by tak nie pomyślał? Może by podziękował? Ach. Czy wiele naszych decyzji było po prostu błędnych, czy może mieliśmy zwykłego pecha? Nie wiem. Nie wiem…

Rozkosznik skończył mówić do maszyny grającej, przy której usiadł w barze. Stuknął o nią kufel z piwem i dopił do końca. Maszyna się włączyła, stary gruchot, a Rozkosznik wstał i zaczął się zbierać. Spojrzał na jedną z brygad siedzącą kilka stolików dalej. Dobrze się bawili. Był z nimi Zachary. Dobry arbuziarz. Sumienny. Nazywał się tak, dlatego że ciągle wołał…

– Za Harrego! Za najlepszego arbuziarza w naszej brygadzie!

Cóż, gdy ktoś zyskuje imię po swoich częstych toastach, wiadomo, że nie często chodzi trzeźwy.


– Cześć Margaret! Cześć Lilian!
– Cześć Rozkoszniku! – odpowiedziały jednym chórem.
– Jak wam minęły wolne dni?
– Tak jak zawsze. Odpoczynek. – uśmiechnęła się Lilian.
– U mnie tak samo. Byliśmy z dziećmi w muzeum arbuza. – powiedziała Margaret nalewając sobie lamaciotte. Popatrzyła pytająco na Rozkosznika, a ten skinął głową. – A ty co robiłeś Rozkoszniku? – zapytała podając mu kubek.
– Byliśmy z Elizabeth na pikniku. Wiem, wiem. Ciągle tylko chodzimy na pikniki. Nic nie poradzę, że tak nam się to podoba.

Margaret podeszła do Lilian i potraktowała jej policzek Dłonią Zgody. Rozkosznik patrzył na nie zdziwiony.

– Pokłóciłyście się? O co?
– Nie pokłóciłyśmy. Lilian przegrała zakład. Obstawiałyśmy, czy znowu piknikowałeś.

Usłyszeli odgłosy na zewnątrz. Przyjechał jegomość. Czekało ich planowanie kolejnej dostawy.

– Witajcie brygado! Jak wasze zdrowie?
– Witaj jegomościu! – przywitała się Lilian – Wszystko po staremu. Proszę usiąść jegomościu.
– Dziękuję Lilian! Jak bieżąca dostawa?
– Wszystko zgodnie z planem.
– Cudownie! W takim razie możemy porozmawiać o przyszłej dostawie. Posłuchajcie. Stała się rzecz niesłychana! Mamy ogromną szansę na sukces! Nasze miasteczko może być na ustach wszystkich. Otóż w miasteczku nieopodal otworzy się bazar. W czasie tego bazaru okoliczne miasteczka mogą przyjechać i handlować swoimi dobrami. Nasza delegacja również się tam wybiera!
– Jegomościu, to wspaniale! – powiedziała rozradowana Margaret.
– Tak, tak! Bazar otwiera się za trzy tygodnie. Abyśmy byli w stanie przygotować wszystkie towary, które chcielibyśmy tam przedstawić, potrzebujemy stu dorożek arbuzów. To bardzo ważne. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej szansy.
– Cóż, trzy tygodnie to mało czasu jak na takie duże zamówienie. Moglibyśmy mieć z nim sporo problemów. Aczkowiek może warto spróbować.
– Lilian! Byłoby cudownie!
– Może gdybyśmy zrezygnowali z niektórych testów i narad? – zaproponowała Margaret.

Jegomość nie krył zachwytu. Lilian i Margaret wiedziały, że to zamówienie jest prawie niemożliwe. Kilka razy wcześniej podobne zamówienia się nie udawały. Natomiast miały nadzieję, że może tym razem wszystko pójdzie dobrze. Rozkosznik przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Początkowo ucieszył się widząc rozradowaną twarz jegomościa, lecz po chwili przypomniał sobie sytuację sprzed kilku miesięcy.

– Nie. – powiedział stanowczo Rozkosznik wprawiając tym samym wszystkich w osłupienie – To znaczy, nie tak szybko. Jegomościu, prawda jest taka, że możemy w trakcie tego spotkania postanowić, z których etapów produkcji zrezygnujemy, żeby zdążyć na czas. Natomiast nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł. Poszczególne etapy zapewniają stałość produkcji, a także jej jakość oraz bezpieczeństwo. Gdy z nich zrezygnujemy, produkcja stanie się nieprzewidywalna, a nasza deklaracja będzie miała wysokie ryzyko niepowodzenia. Trzy tygodnie na sto dorożek, to za mało dla naszej trzyosobowej brygady. Potrzebowalibyśmy co najmniej kolejnych trzech osób. Musiałoby to zostać uzgodnione z sołtysem. Pierwszy tydzień przeznaczylibyśmy na wdrożenie tych osób w nasz system produkcji, a kolejne dwa na wykonanie zadania. Natomiast w trzy osoby zdołalibyśmy dostarczyć około siedemdziesięciu pięciu dorożek. Dalibyśmy radę dostarczyć ich sto, ale pod warunkiem, że dwadzieścia pięć dorożek zawierałyby niedojrzałe arbuzy. Innych wyjść póki co niestety nie dostrzegam.
– Rozumiem Rozkoszniku. Wielka szkoda, wielka szkoda. Niestety nie byłbym w stanie zapłacić za dodatkowe osoby. Wydaje mi się natomiast, że trochę niedojrzałych arbuzów moglibyśmy odpowiednio wykorzystać. Zróbmy więc tak, że wy zaczniecie już produkcje, a ja wam dostarczę informację, które gatunki arbuzów mogą być niedojrzałe.
– Świetnie – odpowiedział Rozkosznik – Lilian, Margaret, co myślicie o takim rozwiązaniu?
– Zróbmy tak – odpowiedziały chórem.

Spotkanie z jegomościem trwało kilka godzin. Kilkukrotnie próbował ich jeszcze namówić na sto dorożek dojrzałych arbuzów, ale brygada raz za razem nie deklarowała się na dostarczenie tak dużej dostawy w tak krótkim czasie. Gdy w końcu jegomość odjechał, Lilian, Margaret i Rozkosznik wrócili napić się lamaciotte. Czekało ich sporo pracy.

– Rozkoszniku, chciałam ci powiedzieć, że zaskoczyłeś mnie dzisiejszą postawą i rozmową z jegomościem. O mały włos nie wpakowaliśmy się w tykającą bombę – Lilian nie kryła podziwu.
– Tak! Ja również chciałam ci podziękować. O mały włos. – dodała Margaret.
– Dziękuję wam. To wiele dla mnie znaczy. Od kiedy pamiętam zwali mnie Rozkosznikiem Uszów. A było tak dlatego, bo zawsze mówiłem to, co jegomościowie chcieli usłyszeć. Nie kończyło się to zwykle dobrze. Dzisiaj przekonałem się, że więcej zdziałam mówiąc prawdę, nawet jeżeli nie zawsze jest ona na rękę jegomościowi. Dzięki temu nic go nie zaskoczy i może się przygotować na każdą ewentualność. Od dzisiaj mówcie mi…

Szczerośnik W-Oczów


Minęły kolejne miesiące. Współpraca jegomościa z brygadą układała się wyjątkowo dobrze. Jegomość przedstawiał swoje potrzeby oraz pomysły, a brygada informowała o możliwości ich realizacji, przedstawiała różne opcje, dawała znać o ryzykach i potencjalnych zagrożeniach. Jegomościowi, co może wydawać się dziwne, w gruncie rzeczy odpowiadało takie nastawienie brygady. Dzięki temu zawsze wiedział, że brygada jest z nim szczera, mógł odpowiednio reagować i zadbać o swoje miasteczko.

Szczerośnik nauczył się jednej ważnej rzeczy:

Szczerość we współpracy nadaje jej odpowiedni grunt do zasiania dobrych relacji. Z dobrych relacji z kolei wyrastają owocne plony. Pochlebne słowa i półprawdy powodują zachwaszczenie gruntu i sprowadzają pasożyty, które należy wytępić. Plony nie są już wtedy tak dobre.

Był pijany, gdy ta myśl wpadała mu do głowy, ale spodobała mu się. Kieruje się nią po dziś dzień.

Junior – Akt III Pomóż albo nie przeszkadzaj

Kim jest początkujący programista/programistka? Spróbujmy jeszcze raz popracować nad definicją, ale tym razem nieco konkretniej. No to lecimy:

  1. Nie zna dobrze języków programowania, a w szczególności ich zaawansowanych funkcji.
  2. Nie zna dobrych praktyk i pojęć, takich jak: czytelny kod, programowanie w parach, testy automatyczne, ciągła integracja, sprawdzanie kodu przez resztę zespołu, refaktoryzacja i wielu innych.
  3. Nie zna wzorców projektowych – często nie wie o ich istnieniu.
  4. Nie wie, jak wygląda branża IT i na czym to wszystko polega, chodzi mi o relację firma (w której pracują) – biznes (klienci, którzy naszą firmę wynajęli w konkretnym celu, nie do zabawy).
  5. Nie wie, czym jest architektura.
  6. Nie rozumie dokumentacji, bo nie rozumie jeszcze wielu pojęć i towarzyszących programowaniu technologii oraz narzędzi.
  7. Nie wie generalnie jak wygląda praca programisty/programistki, jakie jest flow, bo…
  8. Nie wie, czym jest Agile albo jakakolwiek inna metodyka.
  9. Nie wie, jak rozmawia się z biznesem.
  10. Nie zna potrzeb biznesu.
  11. Nie wie, jak sprawnie się komunikować w zespole i w ogóle jak coś zakomunikować i komu.
  12. Nie wie…

Czego jeszcze nie wie junior? Mało tego, nawet nie wie, że tego wszystkiego jeszcze nie wie! Czego wy nie wiedzieliście, gdy otworzyliście swoją pierwszą książkę z podstaw Javy, Pythona czy C (czy tam kurs na stronie – ja jestem z tych, co lubią zapach papieru)? Gdy patrzymy na te punkty, to możemy nie dowierzać. “Co on pierdoli…” – komuś zaświta w głowie. A jednak, nie ma się pojęcia o tych wszystkich rzeczach, gdy wchodzi się do świata IT. Trzy miesiące w Javie i za chwilę będę ekspertem! Niestety nie.

Czy to jest ich wina, że tego wszystkiego nie wiedzą? Nie. Bo skąd mieliby to wszystko wiedzieć, skoro nie wiedzą, że tego nie wiedzą?

Juniorzy nie wiedzą, czego nie wiedzą.

To skąd mają się tego dowiedzieć? Od kogoś kto to wszystko już wie, albo przynajmniej część.

Czy w takim razie, jeżeli to wiemy, to powinniśmy im powiedzieć? Tak, a jeżeli nie chcemy im pomóc, to powinniśmy milczeć i nie przeszkadzać w ich rozwoju.

Pomóż albo milcz i nie przeszkadzaj w rozwoju juniorów.

Wiem, wiem. Nie wszyscy muszą rwać się z pasją do pracy z juniorami. Komuś może to nie odpowiadać. Jasne. Tylko bądźmy wtedy nadal ludźmi i traktujmy ich jak ludzi. Wykażmy się odrobiną dojrzałości i powiedzmy wprost naszym przełożonym: “Słuchaj, nie nadaję się do pracy z juniorami. Znając siebie, nie będę miał do nich cierpliwości i oni do mnie również. Pamiętasz wykładowców na studiach? No właśnie, nie każdemu się chciało prowadzić wykłady, a był do tego zmuszany, więc:

Tak samo jak na uczelni nie każdy naukowiec jest dobrym dydaktykiem, tak samo nie każdy programista będzie dobrym mentorem.

I nic w tym złego. Tylko bądźmy szczerzy ze sobą i z nimi. Nie wyżywajmy się na nich, że czegoś nie wiedzą, nie złośćmy się i nie śmiejmy z nich. Możemy ich zniszczyć takim zachowaniem, zniszczyć psychicznie i to nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nawet, gdy wydaje się nam, że nie ma ich w pobliżu – bo mogą być, mogą to usłyszeć i mogą się przez nas zniechęcić, stwierdzić, że się do tego nie nadają. To nie ich wina. Stańmy więc w prawdzie! Albo chcę pomagać i pomagam, albo nie chcę i nie przeszkadzam! Stań w prawdzie programisto i programistko!

Ktoś powie: “Ja też nie miałem łatwo i jakoś dałem radę.”. I to jest dowód na co? Że skoro nam ktoś przeszkadzał w naszym rozwoju, to my teraz będziemy teraz tacy sami dla innych? Liberum veto! Nie zgadzam się! Bądźmy lepsi, bo gdy my będziemy lepsi, to świat IT będzie lepszy. Jeżeli na początku naszej kariery musieliśmy przedzierać się i wspinać do wiedzy czerwonym szlakiem, to powinniśmy juniorom, którzy oczekują od nas nauki i mądrości, wskazać palcem deptak na Morskie Oko, a może i nawet złapać ich za rękę, pójść z nimi, dać im naukę, a nad samym Morskim Okiem pokazać, ile jest jeszcze gór dookoła.

Juniorzy są dziećmi IT. Na seniorach spoczywa odpowiedzialność za wychowanie ich na przyszłych ekspertów.

Poleciałem z tą myślą, wiem. Pamiętajcie tylko, że moja definicja seniora nie istnieje bez definicji juniora – jest względna. Każdy senior może być juniorem względem innego seniora. Bądź co bądź, ale to senior “wychowuje” juniora.

No dobrze, zgodziliśmy się pomagać juniorom. Co teraz? Przede wszystkim zadajmy sobie pytania:

  1. Czy jesteśmy dla nich dostępni i pomagamy im?
  2. Czy nie oceniamy ich problemów i nie dziwimy się im?
  3. Czy uczą się od nas tego, czego nie wiedzieli?
  4. Czy jesteśmy dla nich cierpliwi?
  5. Czy jesteśmy dla nich mili i uprzejmi?
  6. Czy jesteśmy dla nich wzorem do naśladowania, nawet wtedy, gdy nie proszą nas o pomoc?

Coś byście dodali? Duża odpowiedzialność, prawda? Dużo obowiązków. Nikt nie mówił, że będzie łatwo – w końcu na nas spoczywa obowiązek wykształcenia kolejnych pokoleń.

Idąc po kolei: Czy jesteśmy dla nich dostępni i pomagamy im?
Jeżeli nie będziemy dostępni i będziemy ich spławiać, prosić żeby podeszli później, albo do kogoś innego, to w końcu przestaną prosić o pomoc, będą się wstydzić i myśleć, że z nimi jest coś nie tak i tylko dupę zawracają. A tego nie chcemy.

Czy nie oceniamy ich problemów i nie dziwimy się im?
Każde zdziwienie typu: “Nie słyszałaś o tym?”, “Nie wiesz tego?” – jest oceną i junior poczuje się wtedy oceniony przez pryzmat swojej niewiedzy. Każde ocenienie ich przez to, z czym mają problem, może spowodować skutki podobne do tych opisanych akapit wcześniej.

Czy uczą się od nas tego, czego nie wiedzieli?
Zawsze warto nie tylko pomóc im rozwiązać jakiś problem, ale przy okazji wytłumaczyć coś więcej, nie tylko pomóc im stwierdzić, co nie działa i jak to naprawić, ale również dlaczego to nie działało i jak temu zapobiec, można też podrzucić tytuł jakiejś książki czy link do ciekawych tutoriali czy kursów, powiedzieć jakąś ciekawostkę. Będą się dzięki nam rozwijać szybciej, a skoro i tak mamy tę wiedzę, to czemu się nią nie podzielić?

Czy jesteśmy dla nich cierpliwi?
Na przykład, gdy musimy po raz kolejny tłumaczyć to samo? Czyją winą jest to, że junior czegoś nie zrozumiał? Naszą, czy jego? Ja jestem jednak zdania, że jeżeli komuś coś tłumaczę i ten ktoś tego nie zrozumiał, to jest to moja wina – mogłem wytłumaczyć to lepiej.

Czy jesteśmy dla nich mili i uprzejmi?
Bo to po prostu ludzkie. Nie tylko dla nich powinniśmy tacy być, ale dla nich najłatwiej takimi nie być, nie wiem czemu. Nie bądźmy też bierni na zachowania mentorów i nie-mentorów, w szczególności do juniorów, które są dalekie od standardów pracy nad rozwojem początkującej osoby. Gdy zobaczymy jakieś nieprzyjemne sytuacje, usłyszymy coś nie miłego na ich temat, niemiłe zachowania i odzywki, to dajmy po prostu feedback, upomnijmy tego człowieka, że to nieładnie, że tak nie wypada.

Czy jesteśmy dla nich wzorem do naśladowania nawet wtedy, gdy nie proszą nas o pomoc?
Jesteśmy obserwowani! Powiało grozą, co nie? Spokojnie, po prostu juniorzy nas obserwują, bo chcą się od nas uczyć. Nawet nie wiedzą, że przejmują od nas wiele zachowań. Tak jak w życiu – dziecko uczy się od rodziców. Nawet jeżeli nie mamy bezpośredniego styku z juniorami, to dawajmy dobry przykład, gdy są w pobliżu, żeby po prostu nabierali dobrych wzorców. Dzięki temu sami będziemy stawać się lepsi.


To chyba tyle. I tak już za dużo się nagadałem. Na koniec chciałbym wam wszystkim życzyć bycia wspaniałymi mentorami i w ogóle samej okazji zostania mentorem. Żebyście jak najwięcej razy usłyszeli “dziękuję” i mogli zobaczyć tę radość w oczach u kogoś, kto właśnie dzięki wam czegoś się nauczył. Jest to po prostu wspaniałe uczucie!

Początki juniorów – wiecie, tych pierwszych z juniorów, którymi będą (pamiętacie? relatywny junior-senior), nazwijmy ich juniorami zero – mogą być naprawdę trudne. Nie ma co im tego jeszcze utrudniać będąc dla nich zwykłym fiutem/fiutą. Nie przeszkadzajmy w ich rozwoju, a najlepiej im pomóżmy. Dzięki temu będziemy mieli swój mały wkład w to, jak ten świat IT będzie wyglądać w przyszłości.

Zasada skautów mówi: “Zawsze zostawiaj obozowisko czystsze, niż je zastałeś”. To samo powinniśmy robić z naszym kodem na co dzień. Poszedłbym dalej – to samo powinniśmy robić z juniorami na co dzień. Pozwolę sobie zatem sparafrazować tę zasadę:

Zawsze zostawiaj juniora w lepszym stanie, niż go zastałeś.

Nie jest to pewnie najmądrzejsza myśl, którą przeczytaliście, ale z tym was zostawiam. Do następnego!