Roland i Złote Kiwi – o co w tym chodzi?

Ten wpis jest posłowiem Rolanda i Złotego Kiwi, interpretacją autora, wyjaśnieniem całej tej historii, począwszy od metafor. Jeżeli cię ta historia ani metafory w niej zawarte nie do końca interesują, to nic straconego, przeskakuj niżej i tam są już konkrety.

Metafory

Roland – zespół, wieloosobowy czy jednoosobowy, nieistotne Dostaje nowy projekt. Nie do końca jest do niego przekonany, nie wie, po co on powstał i o co w nim chodzi, jest trochę nieufny, ale w końcu podejmuje wyzwanie. Gdy dostaje pytanie: “Ile potrzebujesz czasu?”, pewny siebie odpowiada po krótkim namyśle.

Bóg Zniszczenia – klient, uwięziony w pułapce niewiedzy, zapomniany, potrzebujący. W końcu zjawia się zespół, który może mu pomóc – jesteśmy w tym zespole. Ważny jest dla niego termin. Może być jakikolwiek, ale musi zostać dotrzymany.

Złote Kiwi – projekt, marzenie, którego Bóg Zniszczenia nie potrafi sam zdobyć. Potrzebuje firmy, zespołu.

Pierwsze puste świątynie – pierwsze dni, rozpoczęcie pracy, lekkie rozleniwienie i odpoczynek po poprzednim projekcie. Gdy rozpoczynamy i widzimy, że idzie gładko, odpuszczamy. Przecież skończy się szybko.

Świątynia Wodnika i Panny – pierwsze lekkie bugi i problemy, które napotykamy. Jedne zwykłe, wykryte przez testy, inne trudniejsze, związane z wyścigami, wątkami, asynchronicznością.

Świątynia Bliźniąt – pierwsze poważne problemy. Coś nie wyszło. Coś trzeba zmienić. Trwa to jakiś czas, bo trzeba pomyśleć. Problem nie jest trywialny. Debugowanie trwa.

Świątynia Raka – znowu błędne założenie na początku projektu. Nie możemy skorzystać z technologii, której byliśmy pewni. Klient nalega na inną, klient nie ma pieniędzy, okazało się, że jednak nie pasuje – powody mogą być różne. W każdym razie, bez niej będzie o wiele trudniej. Dobrze ją znaliśmy, ale jakoś musimy sobie poradzić bez niej.

Świątynia Lwa – zignorowany, utajony, pozostawiony na później problem. Z pozoru wyglądał na nieistotny, przeskoczyliśmy go. Załatwi się go później. Nie został nigdzie zgłoszony i dlatego o nim zapomnieliśmy. Gdy zaczyna brakować czasu, na samym końcu projektu, przed samym releasem uderza w nas niespodziewanie i nagle. Z reguły wtedy, gdy jest już za późno.

Świątynia Skorpiona – czas workaroundów. Kolejne wyzwanie, kolejny problem, którego nie przewidzieliśmy. Jest na tyle poważny, że całość projektu może się nie udać, możliwe, że zmienić trzeba byłoby same fundamenty – architekturę, przyjęte technologie. Próbujemy workaround, działa. Coś innego przestało. Próbujemy kolejny, działa. Lecz znowu coś innego się popsuło. Walczymy z tym problemem – raz nam idzie lepiej, raz gorzej. Szala przechyla się to na korzyść totalnego fuckupu, to na naszą. W końcu, naładowani napojami energetycznymi, zarywając nocki rozwiązujemy problem łatą, która trzyma.

Świątynia Koziorożca – przez pisanie w pośpiechu, przez kolejne workaroundy, kolejne łaty, kod niestety nie jest najlepszej jakości. Jesteśmy coraz bardziej zestresowani, pracujemy pod presją, a kolejne wyzwania i wymagania nie są wcale łatwiejsze. Tracimy skupienie i big picture zaczyna nam uciekać. Kod jest kiepski, więc znajdują się w nim absurdalne błędy. Tak było właśnie na tym etapie. Niespodziewanie coś się popsuło. Debugowanie i szukanie problemu. Został znaleziony tam, gdzie nikt się tego nie spodziewał.

Świątynia Ryb – system jest domkiem z kart, kruchy, wrażliwy w wielu miejscach. Wszystko stanęło na głowie, nie wiadomo już co jest czym. Niby działa, ale czy przez przypadek, czy dlatego, że wszystko jest ok?

Bieg ku świątyni Złotego Kiwi – ostatnie dni i godziny. Zaraz release, wdrożenie na produkcję. Już prawie. Poszło. Jednak system się wywala. Nie działa. Dostajemy zgłoszenie. Nic nie jest tak jak miało być. To ten bug, którego zostawiliśmy na później. Nie naprawiliśmy go. Czy to był bug wydajnościowy? Czy był to brak testów end to end? Czy był to brak testów w ogóle? Nie ważne. Wiedzieliśmy, że należało to zrobić, zignorowaliśmy to i dokładnie przez ten problem, w połączeniu z niestabilnym systemem, wszystko rozsypało się w drobny mak.

Zniszczenie krainy, uwięzienie w studni – wkurzony klient. Zerwanie umowy. Utrata dobrego imienia. Zwolnienie z pracy.

Rozmowa z samym sobą

– Mateusz, wyluzuj.

No dobrze. Zgodzę się z tym, że nieco drastycznie opisałem historię tego releasu. Jednak niestety takie sytuacje się zdarzają. Od wielu lat już programuję i nie stykałem się z nimi tylko w trakcie pierwszego roku.

– Mateusz, no zdarza się, wiadomka, ale przecież klient nie może brać estymacji za jakiś pewnik.

Zdarza się, że mamy dobre relacje z klientem, pracujemy już razem długo i dobrze się rozumiemy, ALE zdarza się też coś zupełnie odwrotnego – jesteśmy w miarę nowym zespołem, klient również jest nowy, poznajemy się dopiero i docieramy. Możemy nie mieć jeszcze opracowanej sprawnej komunikacji. W związku z tym, gdy klient usłyszy od nas podczas spotkania, że “powinno być gotowe na piątek”, to stwierdzi po prostu, że “fajnie, jesteście super” i uruchomi działania marketingowe. Czasami też się zdarzają terminy nie do przeskoczenia, np. data konferencji, na której nasz produkt będzie pokazywany, albo uruchomienie loterii z nagrodami w naszym ecommerce, gdzie marketing wyprzedza release o miesiąc czy dwa. Wtedy lepiej, żeby te nasze strzały estymacyjne były jednak bliżej środka tarczy.

– Mateusz, no tak, jasne, może coś nie wyjść w trakcie pisania kodziku, ale przecież spokojnie o tym wtedy powiemy klientowi i będzie mógł sprawnie zareagować.

Jeżeli faktycznie klient dowie się o problemach o wiele wcześniej, to jeszcze pół biedy. A teraz tak z ręką na sercu, czy zawsze informowałeś/informowałaś swojego klienta o każdym przestoju? Albo czy twój zespół go o tym informował? Albo inne zespoły? Z jakiegoś powodu dajemy sobie tę godzinkę więcej. Jeden dzień więcej. Może jeszcze jeden, nic się przecież nie stanie. Tak pomyślą również inni programiści. Na koniec sprintu okazuje się, że połowa niedowieziona, a sprint był miesięczny. Odpowiedzialność rozmyta, tłumaczy się lider, więc za bardzo się tym nie przejmujemy.

Wiele czynników może się składać na niepowodzenie projektu. Tutaj, w tej historii, w tym wpisie chciałem się skupić tylko na jednym, na estymacjach. Roland na pewniaka powiedział, że potrzebuje dwunastu dni. Nie zastanowił się, nie skupił, nie przeanalizował, nie dopytał. Nie odszedł na bok (nie skonsultował się z zespołem), nie poprosił o czas do namysłu. Nie wiedział jeszcze dokładnie, z czym ma do czynienia. Założył i krótko mówiąc, pomylił się.

Skoro już musimy coś wyestymować, powiedzieć klientowi, co będzie gotowe na dany termin, albo do kiedy dowieziemy całość, to warto się w spokoju nad tym pochylić, zastanowić i to przeanalizować. Nie żeby wyznaczyć dokładny dzień i godzinę, ale żeby przynajmniej postarać się skończyć jak najbliżej tych naszych estymacji.

Estymacje muszą pochodzić z głowy, nie z dupy.

Gdy już musimy estymować, przyłóżmy się do tego. Nie zgadujmy. Mam swoje proste i sprawdzone metody.

Gdy podczas spotkania z klientem pada pytanie: “Czy będzie to gotowe na przyszły piątek?”, albo jakiekolwiek podobne, to nie odpowiadam. Nigdy. Na takim spotkaniu możemy nie mieć swobody dyskusji, jest niepotrzebny stres, timebox – po prostu nie sprzyja ono przeanalizowaniu zadania. Na takie pytanie zawsze odpowiadam wtedy: “Przeanalizujemy po spotkaniu i damy znać.”. W 99,9% usłyszymy: “Ok”. Rzadko kiedy zdarzają się tak pilne sprawy, że godzina czy dwie zwłoki robią różnicę. Z reguły okazuje się, że możemy nawet spokojnie wyestymować te nowe funkcjonalności na naszym cyklicznym spotkaniu estymacyjnym kilka dni później i jeszcze mamy czas, żeby dopytać i rozwiać wątpliwości.

Gdy już siadamy do tych estymacji, spotykamy się, to róbmy je na spokojnie. Czasami stajemy się więźniami timeboksów. Tak, zgadzam się, że jeżeli spotkanie było zaplanowane na jedną godzinę, to powinno tyle trwać. Natomiast, jeżeli w ciągu tej godziny nie uda nam się przeanalizować i przegadać wszystkich zadań, to nie przyspieszajmy pod koniec spotkania. Pierwsze dziesięć zadań w pięćdziesiąt minut, a drugie dziesięć zadań w ostatnie dziesięć minut. Nic dobrego z tego nie wyjdzie, na pewno, bo jesteśmy przesadnymi optymistami. Prędzej na szybko przypiszemy pięć mendejów, czy pięć Story Pointów, niż osiem czy dziesięć – żeby się potem nie tłumaczyć, czemu aż tyle. Przecież nie wiemy czemu, bo tego zadania nie przeanalizowaliśmy. Widocznie na tyle zadań jedno spotkanie to za mało. Trudno, niestety. Musimy spotkać się znowu i zrobić to dobrze.

Gdy czegoś nie wiemy, to dopytujemy. Zawsze. Nie zakładamy. Nawet, jeżeli mamy pewne podejrzenia, albo jesteśmy pewni na 90%. Dopóki nie jesteśmy pewni na 100%, to tak, jakbyśmy nie wiedzieli. Ile razy zdarzyło ci się założyć, że na pewno klientowi chodziło o A i B, a potem okazywało się, że istnieje jeszcze C? Biznes nie zawsze jest logiczny, możemy go też po prostu nie rozumieć, dlatego warto dopytywać. Wiem, nie chce nam się. Bo trzeba komentarz napisać do zadania, albo zadać pytanie na komunikatorze czy podczas spotkania. Jest to angażujące, to prawda, ale musimy tak robić. Może znajdzie się w naszym zespole osoba, która lubi takie zadania i jest chętna – dlatego warto mieć różnorodny zespół o różnych talentach. Czasami zdarza się taka sytuacja, że musimy coś założyć. Zadanie jest do zrobienia na jutro, wyszły niespodziewanie jakieś niejasności, klient znajduje się w innej strefie czasowej i nie ma go jak zapytać. Dobrze, wtedy coś załóżmy, ale to założenie spiszmy i kolejnego dnia upewnijmy się, że to o to właśnie chodziło.

Gdy już estymujemy w Story Pointach, to estymujmy w Story Pointach. Relacyjnie. Gdy mówimy: “To jest taka piątka.”, to musi ona wynikać z porównania tego zadania do innych, nie z przeliczenia w głowie godzin na SP. Przeliczanie niestety często dzieje się z automatu i to nie nasza wina. Jak możemy sobie pomóc? Tworzymy projekt w Trello, każda kolumna to kolejna wartość SP. Proste? Proste. Teraz tylko wystarczy dla danego zadania stworzyć kartę, wkleić do niej tytuł i przenieść ją do odpowiedniej kolumny. Nie pytamy wtedy: “Ile SP nam to zajmie?”, tylko “Gdzie to przenosimy?” – patrzymy na pozostałe zadania i porównujemy. Wszystko elegancko widoczne czarne na białym.

Gdy już wyestymowaliśmy, wracamy na spotkanie z klientem i znowu pada pytanie: “Czy będzie to gotowe na przyszły piątek?”, to co robimy? Nie odpowiadamy! Ależ zaskakujący obrót wydarzeń! Żartuję. Odpowiadamy, ale nie wprost. Takie pytania zawierają pewną pułapkę – odpowiedzialność za wszystkich i za wszystko. Piszę to z perspektywy programisty mobilnego. Zdarza się, że dana funkcjonalność zależy od: urządzenia (IoT), softu na tym urządzeniu, backendu oraz grafik, nawigacji itd. Nie zapominajmy o innych zespołach. Mogą być one rozproszone po różnych firmach czy nawet krajach. Nie możemy brać za nich odpowiedzialności. Takie pytania są podchwytliwe, ale w końcu musimy na nie odpowiedzieć i wtedy warto zaznaczyć, że mówimy o naszej pracy: “Nasz zespół potrzebuje dwóch tygodni, żeby skończy tę funkcjonalność. Natomiast jeżeli wystąpią jakieś opóźnienia wśród innych zespołów, to mogą one mieć wpływ również i na naszą pracę. Są to czynniki niezależne od nas.”. Chodzi przede wszystkim o wytłumaczenie klientowi, jak to działa, na czym polega taka współpraca i co musi zostać wykonane, żeby na ekranie swojego telefonu mógł zobaczyć to, o co nas poprosił. Bierzmy odpowiedzialność wyłącznie za swoją pracę, dbając jednocześnie o dobro projektu i pomagając innym zespołom, za każdym razem, gdy tylko takiej pomocy będą potrzebować.

– Mateusz, czy nie mogłeś od razu powiedzieć, o co ci chodzi? Trzeba ci było pisać całą tę historię z Rolandem?

Oczywiście, że mogłem, ale wtedy nie bawilibyśmy się tak dobrze. A tak, to były strzały z dupy, wyścigi, czopki, Bóg Zniszczenia. Czyli to, co lubię najbardziej.

Roland i Złote Kiwi

Zapraszam w świat Rolanda. Jego przygoda niech stanie się przestrogą dla nas wszystkich. Wnioski i morał znajdują się w osobnym poście (albo znajdą, dajcie mi jeden dzień :)).

Ta historia zostanie przedstawiona inaczej. Od tyłu. Dziesięć rozdziałów. Wzrok was nie myli. Zaczynamy od dziesiątego. Miłej zabawy!

Rozdział 10.

Biegnie. Jest cały mokry. Ubrania ciążą na nim. Musi biec. Zostało mu niewiele czasu. Powoli zaczyna widnieć. Jest już wykończony, nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie czuje ich. Biegnie bardzo powoli, resztkami sił, z pochylonym i zmęczonym ciałem. Rana z boku znów zaczęła krwawić. Upadł. Podparł się kikutem. Poczuł ból. Nie może się zatrzymać. Wstał i biegł dalej. Tak wiele od tego zależy. Żałuje, że zrobił to w ten sposób. Że się nie przyłożył. Pycha może go teraz zgubić. Przez cały czas wierzył, że jednak może mu się udać. Musi. Po tym wszystkim, co przeszedł.

Do wschodu słońca pozostała krótka chwila. Szczyt góry jest na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko trochę i w końcu wejdzie do świątyni, w której znajduje się Złote Kiwi. Jeszcze tylko trochę i w końcu je zdobędzie.

Dociera do schodów. Po obu stronach jest stromo. Nogi mu płoną z bólu, ale potrafi go znieść. Nie liczy się to dla niego. Musi zdobyć Złote Kiwi. Pot spływa mu po całym ciele, pomimo mokrych ubrań. Przeciera twarz rękawem. Spojrzał na lewą rękę, na jej koniec. Rana się otworzyła podczas upadku, zaczęła krwawić. Zacisną zęby. Zaklął pod nosem. Nie zmieni już tego. Nie zmieni biegu wydarzeń.

Nagle znalazł się w powietrzu. Nie potrafi oddychać. Leci do tyłu. W dół schodów. Widzi niebo. Słońce. Uderzył ciężko plecami o ziemię. W uszach słyszał tylko cichy pisk. Po chwili zdał sobie sprawę, że nie leży w miejscu. Stacza się. Oprzytomniał i odzyskał dech. Wyhamował łapiąc się suchego drzewka, na którym od tysięcy lat nie było żadnego liścia. Złamało się, ale Roland już odzyskał kontrolę. Spojrzał w górę. Słońce raziło mu oczy. Przyłożył rękę do czoła i ujrzał sylwetkę zwierzęcia. Dużego. Stało dumnie na czterech łapach. Czarna grzywa powiewała na wietrze. To on. To od niego otrzymał cios. Nie zauważył go. Kompletnie o nim zapomniał. Dał się zaskoczyć. Myślał, że wszystkie zmagania są już za nim. Że wystarczyło już tylko dotrzeć do świątyni ze Złotym Kiwi. Usłyszał śmiech. Coraz śmielszy. Coraz bardziej diabelski. Roland obrócił się przez ramię, by spojrzeć w horyzont. Nie zdąży. Znowu spojrzał w górę. Zacisnął zęby. Zrobił krok do przodu., w górę zbocza. Wola walki nie pozwalała mu się poddać. Stawiając drugi krok, poczuł na swojej twarzy ciepło. Promienie słoneczne.

Wszystko zastygło. Wiatr przestał wiać. Zwierzęta ucichły. Rzeki w dole góry zatrzymały się. Jakaś siła porwała go i przemieszczała jego bezwładne ciało ponad górę. Wyżej i wyżej. Dostrzegł go. Pod samymi chmurami. Czekał na niego Bóg Zniszczenia. Dotarł przed jego oblicze.

– Rolandzie. – rozległ się jego głos. Znowu nawet nie poruszył ustami. Jego głos, tym razem niski i przerażający, roznosił się w przestrzeni – Nie podołałeś zadaniu.
– Brakowało mi tylko kilka chwil!
– Cisza! – ryknął – Znałeś zasady. Zgodziłeś się na nie. Teraz musisz ponieść karę.
– Nie! Proszę, nie!

Bóg Zniszczenia uniósł swe ręce. Ziemia w promieniu 100 mil od góry zaczęła pękać. Oddzieliła się od reszty. Całe życie wokół góry, zostało uwięzione. Niebo stało się ciemniejsze. Rozszalała się potężna burza. W ziemię zaczęły uderzać pioruny. Jeden po drugim. Lasy stanęły w ogniu. Zwierzęta uciekały w popłochu. Płonące drzewa walały się na ziemię, zagradzając im drogę. Trzęsienia ziemi i trąby powietrzne burzyły wszystko na swej drodze. Ludzie zamieszkujący pobliskie krainy spoglądali z przerażeniem w górę. Nie rozumieli tego, co się dzieję.

Pewien samotny mężczyzna wracał wraz ze swym psem, po ciężkim dniu pracy w polu, do wioski. Z lewej jego strony pole, z prawej pole. On sam kroczył pośrodku, zmierzając na zasłużony wypoczynek. Wzrok miał wbity w ziemię. Usłyszał huk. Ziemia się zatrzęsła. Podniósł wzrok i spojrzał w kierunku swojej wioski. Zobaczył uderzające w nią pioruny, w odstępach kilku sekund. Jeden po drugim. Usłyszał krzyki. Wioska w mgnieniu oka stanęła w ogniu. Ludzie zaczęli uciekać w różnych kierunkach. Tratowali się na wzajem. Radość, gwar rozmów i życzliwość przemieniły się w mgnieniu oka w skowyt i walkę o przetrwanie. Nie wiedzieli, co się dzieję. Nie wiedzieli, że i tak wszyscy zginą. On też nie wiedział. Nikt nie mógł uchronić się przed Bogiem Zniszczenia. Tych, którym udało się wydostać z wioski i zmierzali w kierunku pola, również dopadły pioruny. Uderzały prosto w nich, paląc ich ciała na oczach wieśniaka. Odwrócił się i pobiegł.

Roland obserwował te dramatyczne sceny z góry. Wiedział, że to jego wina. Znał warunki. Zgodził się na nie. Teraz było już za późno. Za jego błędy, za jego pychę zapłacą niewinni.

W końcu uciekającego mężczyznę również dosięgnął piorun. Jego pies spłonął zaraz po nim. Całe życiu wokół góry płonęło, ryczało przeraźliwie. Trwało to jeszcze klika chwil, aż Bóg Zniszczenia opuścił swe ręce. Burza ucichła, niebo się rozjaśniło. Wykonał gest dłonią. Zerwały się wiatry. Ogień zniknął.

– Rolandzie – Bóg Zniszczenia spojrzał na niego. – Dokonało się. Całe życie wokół góry zostało zgładzone. Ty natomiast, zostaniesz teraz uwięziony na dnie studni, o której nikt nie słyszał.

Ronald przeraził się zobaczywszy włochaty palec wymierzony w swoją stronę. Chciał krzyknąć, przeciwstawić się, ale nie potrafił. Wiedział, że już za późno. Bóg Zniszczenia przesunął palec w stronę krainy znajdującej się nieopodal góry. Teraz już opustoszałej i zniszczonej. Przetrwała tylko studnia. Roland nagle zaczął spadać. Poczuł ból. Jego ciało odkształcało się. Kości zaczęły się łamać. Krzyczał. Stawał się coraz mniejszy. Oznaczało to tylko jedno. Zamieniał się w żabę. Docierał do ziemi w przeraźliwym bólu. Zbliżał się z coraz większą prędkością. Myślał, że w nią uderzy i zginie. Chciał tego. Modlił się o to. Nie wiedział, do którego z Bogów. Po prostu błagał o litość w swych myślach. Nagle otoczyły go ciemności. Znalazł się w studni. Po chwili uderzył w taflę wody. Tam miał spędzić resztę swoich dni.

Rozdział 9.

Wychodząc ze świątyni Koziorożca, Roland zauważył gnata leżącego na ziemi. Podszedł do niego. Ściskała go dłoń oderwana od ciała. Wyrwał go z niej i schował do plecaka. Usiadł pod wyjściem świątyni i obejrzał ranę. Kula przeszła na wylot. Jednak szczęście czasami mu dopisywało. Nie miał czasu na przypalenie rany. Nie tym razem. Zmienił opatrunek. Przed nim już ostatnia świątynia chroniona przez strażnika. Ostatnie starcie. Ciało domagało się odpoczynku. Pozostały dwa dni. To więcej, niż potrzebuje. Tak mu się przynajmniej wydawało, tak mu podpowiadał zmęczony organizm. Nie poradzi sobie, jeżeli nie zrobi sobie chwili przerwy. Krótka drzemka. Tylko na chwilkę. Zaraz przecież się obudzi.


Otworzył oczy. Słońce było już nisko. Wiedział, że minął dzień. Że został mu tylko jeden i to niecały. Czuł to. Wstał, popatrzył na świątynię ostatniego strażnika, która w oddali wyglądała na bardzo małą. Jeżeli mu się uda, to przed samym wschodem słońca. Gdy przez nią przejdzie, czeka go jeszcze droga do świątyni Złotego Kiwi. Rozpoczął marszem. Po chwili lekko przyspieszył.


Jest środek nocy. Podbiegł truchtem do ostatniej świątyni. Poprawił opatrunek na brzuchu i poszedł dalej. Nie wiedział czego tym razem się spodziewać. Stanął przy drzwiach. Znak ryb. Ostatnia przeszkoda. Może ich nie zasta? Może ta świątynia będzie pusta i gładko przez nią przejdzie? Pchnął wrota. Nie drgnęły. Rozejrzał się. Nie widział niczego, co pozwalałoby otworzyć je w jakikolwiek sposób. Nie, tylko nie teraz. Tylko nie zagadka. Spojrzał na horyzont. Na szczęście nadal jeszcze nie widniało. Zrzucił plecak na ziemię i dołączył do niego. Usiadł. Ale nie na ziemi. Co to było? Wstał. Strzepnął pył z podłoża. Właz. Tak! To mogło być wejście! Odsunął właz, a jego oczom ukazał się tunel. Wszedł do niego czym prędzej. Schodził po drabinie w dół przez kilka metrów, a następnie szedł przed siebie po ubitej ziemi. To było przejście prowadzące pod świątynię. Doszedł do końca tunelu. Spojrzał w górę. Wodny sufit. Jak to? Cofnął się odruchowo. Nie chciał zginąć przez utopienie w tunelu. Spojrzał ponownie, ostrożnie. Woda wciąż tam była. Spokojna i przejrzysta. Westchnął. Wiedział już, że nie będzie łatwo. Ściągnął plecak i przyklęknął. Wyszukał w nim puszkę z magicznymi szprotami. Otworzył ją. Wyciągnął dwie z nich i włożył je do buzi, z dwóch stron. Docisnął do policzków. Wstał, wspiął się po drabinie i wszedł w wodę. Dzięki nim widział wyraźnie i mógł swobodnie oddychać. Przepłynął kilka metrów i stanął na środku świątyni. Rozejrzał się.

Usłyszał je od razu po wejściu, ale pozwolił im się zbliżyć. Chciał wiedzieć, z czym ma do czynienia. Poznał, że to delfiny. Znał ich język. Charakterystyczne i-i-i-i-i-i-i-i.

– Mery, ktoś wszedł.
– Wiem, Isabello, słyszałam.
– Mery, podpłyniemy?
– Tak, Isabello, przecież to oczywiste.
– Mery, kto to może być?
– Nie wiem Isabello. Jesteśmy coraz bliżej. Ty go capnij z góry, a ja go capnę z dołu.

Z rękawa Rolanda niespodziewanie coś się wysunęło. Coś składanego. Zacisnął dłoń na tym przedmiocie i szybkim ruchem nadgarstka rozwinął go w całości. Z drugiego rękawa wysunął się drugi, taki sam przedmiot. Chciał go złapać, lecz ten opadł na dno świątyni. Zapomniał. Roland obrócił się prędko wokół własnej osi i stanął na przeciw delfinów. Te zaskoczone wybałuszyły swe oczy.

– Skąd wiedziałeś, że podpływamy? – zapytała Mery.
– Słyszałem was. Poza tym rozumiem delfiński. Woda jest bardzo czysta i wasza rozmowa doskonale się niosła.
– Czego chcesz i co trzymasz w dło…? – Nie dokończyła pytania, gdyż sama zrozumiała. Na końcu długiego, prętowego przedmiotu, zauważyła cienką nić. Gdy znalazła jej koniec, rozpoznała przedmiot. Nieznajomy trzymał wędkę. Wiedziała z czego zrobiony jest hak. – Kim jesteś?
– Nazywam się Roland. Przyszedłem zdobyć Złote Kiwi. Przepuście mnie, a nic wam nie zrobię.
– Mery?
– Tak, Isabello?
– Mery, czy on nam zagroził?
– Tak, Isabello.
– Mery, co nim z robimy?
– To, co zawsze, Isabello. Rolandzie, niestety nie możemy cię przepuścić. Jesteśmy delfinami, strażnikami tej świątyni. Zawróć, a nie stanie ci się krzywda.

W trakcie rozmowy Roland ocenił, ile czasu potrzebuje, żeby dopłynąć do wrót wyjściowych. Kilkunastu sekund. Musiał tylko jakoś odwrócić ich uwagę. To mogło być prostsze, niż się spodziewał.

– Dlaczego świątyni Ryb pilnują ssaki? – zapytał Roland.
– Jak to ssaki? Jesteśmy rybami. – odpowiedziała zmieszana Mery.
– Delfiny to ssaki.
– Nie, delfiny to ryby – lekko podirytowana Mery spojrzała na Isabellę, która wydawała się nieco zakłopotana – Delfiny to ryby, prawda?
– Wydaje mi się, że tak – spuściła wzrok Isabella.
– Słucham!? Wydaje ci się!? Isabello, miałaś jedno zadanie! Tak bardzo nalegałaś, żebyś to tym razem ty mogła wybrać ryby, w które się przemienimy. Raz na 100 lat mamy taką możliwość. Minął zaledwie rok. Inni strażnicy będą się z nas śmiali, gdy się dowiedzą!
– Mery, nie dowiedzą się! Poza tym, delfin po francusku tak pięknie brzmi! De-la-fu-a! Czyż to nie piękne? Warto być przez chwile ssakiem dla tak pięknej nazwy.
– Nie de-la-fu-a, tylko del-fa-ne.
De-la-fu-a.
Del-fa-ne.
DE-LA-FU-A! Zamknij się!
DEL-FA-NE! Ty się zamknij!
– Przybyszu Rolandzie! Jak po francusku…

Ronald był już jedynie kilkanaście metrów od wrót wyjściowych. Mery i Isabella uśmiechnęły się lekko, spojrzały na siebie i skinęły głowami. Błyskawicznie wyrwały do przodu, w stronę Rolanda. Płynęły kilkukrotnie szybciej niż on. Gdyby był pełni sił, już dawno znajdowałby się poza świątynią.

Wiedział, że już po niego płyną. Kłótnia umilkła. Wziął zamach i niczym kowboj biczem, zwinnie szarpnął w stronę delfinów. Haczyk mknął przez wodę jak pocisk. Mary dostrzegła go w ostatniej chwili i zdołała się uchylić. Isabella nie miała tyle szczęścia. Zdołała nieco uskoczyć, dzięki czemu haczyk nie przeszył jej na wylot. Gdyby tak się stało, to przy kolejnym szarpnięciu, wszystkie jej wnętrzności znalazłyby się poza jej ciałem. Dzięki refleksowi, haczyk przebił jedynie ogon. Siła Rolanda zaskoczyła ją. Pociągnął mocno. Płynęła bezwładnie w kierunku dna. Uderzyła w nie z impetem. Roland, płynął prędko przed siebie, ale zdołał szarpnąć ponownie. Isabella uderzyła w posąg znajdujący się przy jednej ze ścian. Otworzyła oczy. Był to posąg Posejdona, a jej głowa znalazła się w niewielkiej odległości od harpuna. Roland zaklął. Rozpędzona i rozdrażniona Mery zbliżała się do niego. Nie mogła stracić Isabelli. Chwyciła wędkę Rolanda w swą paszczę i roztrzaskała ją w drobny mak. Roland osłonił się. Spodziewał się ataku. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zniknęła. Wrota miał tuż przed sobą. Próbował podpłynąć. Coś go powstrzymywało. Jakaś siła ciągnęła go do tyłu. Odwrócił się. Mery i Isabella były na środku świątyni. Płynęły zataczając koło. Coraz szybciej. W świątyni wytwarzał się wir. To on nie pozwalał dotrzeć mu do wrót. Prąd porywał go z coraz większą siłą. Nie miał z nim szans. Nie w tym stanie. Ronald musiał mu się poddać. Delfiny przyspieszały. Jeżeli Roland niczego nie wymyśli, roztrzaska się o jedną z kolumn. Musi jakoś wytrącić je z równowagi, przerwać to. Wszystko w świątyni zostało wprawione w ruch: posągi, złote talerze, tureckie dywany, jedzenie dla rybek. Jeden przedmiot nie pasował. Rozpoznał go. To była jego druga wędka. Jak ją zdobyć? Była za daleko. Musi się czegoś złapać, przytrzymać na chwilę. Wędka sama do niego przypłynie. Na jednej z kolumn została wykłuta płaskorzeźba. Postanowił spróbować. Był już blisko. Wyciągnął rękę i zacisnął na czymś wielkim. Okazało się to być krocze wyrzeźbionego Boga Płodności. Jego genitalia były ogromne. Całe szczęście. Dzięki nim miał szanse przeżyć. Nie spuszczał wędki z oka. Dopłynęła do niego. Miał ją na wyciągnięcie ręki. Puścił rzeźbę i spróbował. Udało się. Nie zastanawiając się, szarpnął zdecydowanie. Pomimo swej lekkości, haczyk ciął wodę i nie poddawał się prądowi. Delfiny się tego nie spodziewały. Mery wyczuła subtelną zmianę mocy wiru. Coś było nie tak. To by była Isabella!

– Isabello, wszystko w porz…

Nagle przeszył ją ból w brzuchu. Zderzyła się z Isabellą. Haczyk przeszył je obie. Wyglądały jak szaszłyk z delfinów. Roland pociągnął z całej siły i szarpnął w kierunku dna. Delfiny uderzyły z impetem. Wir momentalnie ustał. Nie czekając na reakcję Mery i Isabelli, Roland czym prędzej popłynął w kierunku wyjścia. Dotarł do wrót. Nareszcie! Złapał za dźwignię i popchnął. Wrota ani drgnęły. Spróbował jeszcze raz. Usłyszał cichy śmiech.

– Nic z tego Rolandzie. Tych wrót nie nie sposób otworzyć z wewnątrz. Nie przejdziesz. Zginiesz tu! – powiedziała ranna, acz rozbawiona Mery.
– Jak stąd wyjść? Mówcie! W przeciwnym wypadku obie zginiecie!

Roland podpłynął do rannych delfinów leżących na dnie świątyni.

– Mery, czy on nam grozi?
– Tak, Isabello.
– Mery, powiedz mu, że i tak przeżyjemy. Powiedz mu Mery!
– Taki miała zamiar Isabello.
– O czym ona mówi? – zdziwił się Roland. Trzymał w ręku wędkę i był gotowy je torturować.
– Żeby nas zabić, musiałbyś nieustannie nas ranić. W przeciwnym razie uzdrowi nas jedzenie dla rybek, którego teraz pełno jest w wodzie. Dzięki wirowi wymieszało się i jest teraz wszędzie. Ma magiczną moc. Nie zdołasz nas pokonać wędką.

Roland spojrzał na rany delfinów. Mery nie kłamała. Goiły się. Broni palnej nie mógł użyć, a jego miecze nie poradzą sobie ze stalową skórą delfinów. Haczyk na końcu wędki wykonany był z bobrzej stali. Tylko ona była w stanie przebić i zranić delfiny. Osunął się na ziemię i oparł o kolumnę. Nie miał już sił. Woda wykończyła go doszczętnie. To był koniec. Zginie tu.

Tyłek Rolanda zsunął się lekko. Podsunął go z powrotem pod kolumnę. Znowu lekko się zsunął. Co jest? Spojrzał na dno. Musiało być nierówne. Ktoś im spartaczył świątynię. Powrócił do rozmyślań o śmierci. Coś nie dawało mu spokoju. Spojrzał na dno ponownie. Malowidła przedstawiały Boga Płodności bujającego w obłokach. Kto maluje chmury i niebo na dnie świątyni? Spojrzał na kolumnę. Nadzieja wróciła! Płaskorzeźba, dzięki której zdobył wędkę, jest do góry nogami! Czemu wcześniej nie zwrócił na to uwagi? Wszedł przez właz, musi wyjść przez właz! Podniósł głowę do góry, zmrużył oczy. Jest! To może być to! Spojrzał na delfiny. Odwróciły wzrok. Nie chciały, by zobaczył strach w ich oczach. Roland odbił się od dna. Wykrzesał z siebie ostatki i sił dotarł do włazu u szczytu świątyni, które okazało się być prawdziwym dnem.

– Nie! Rolandzie, nie rób tego! Zginiemy! Porozmawiajmy! Otworzymy dla ciebie wrota wyjściowe, tylko nie otwieraj tego włazu! – błagała go Mery.
– Mery, czy on naprawdę zamierza odsunąć ten właz? – zapytała Isabella.
– Tak, Isabello! Nie widzisz?
– Widzę Mery, ale chciałam się upewnić. Żegnaj Mery.

Roland spojrzał na nie przez ramię i powiedział:

– Z francuskiego jest dy-fa, skurwysyny – po czym odsunął właz.

Woda wystrzeliła z dachu świątyni wyrzucając Rolanda od strony wyjścia. Wylądował całkiem sprawnie, jak na jego stan. Mery i Isabellę również wyrzuciło. Patrzył przez chwilę jak umierają na suchej ziemi. Splunął. Odwrócił się. Przed nim już tylko droga ku świątyni Złotego Kiwi. Koniec walk ze strażnikami. Ruszył przed siebie. Nie miał już nic do stracenia. Nadzieja odżyła.

Rozdział 8.

Dwa dni i trzy świątynie. Roland biegł. Magiczny czopek Wing Chun dodał mu sporo sił. Ogromnymi susami pokonał w mgnieniu oka odległość do kolejnej świątyni. Zaryzykował. Wparował do niej z impetem. Dwa susy i znalazł się przy wyjściu. Rozniósł wrota w drobny mak. Wyleciał z niej z hukiem. Biegł dalej. Czopek powoli przestawał działać. Siły opadały. Zwolnił, ale nadal biegł szybko. Zwolnił do truchtu. Szybkiego kroku. Marszu. Zatrzymał się i upadł. Czopek dodał mu energii, ale nie wziął jej znikąd. W dalszym ciągu była to energia Rolanda. Był wycieńczony. Zemdlał.


Obudził się. Twarz miał całą umorusaną z ziemi. Miał jej nawet trochę w buzi, wypluł ją. Wstał i otrzepał się. Słońce już zaszło. Był nieprzytomny przez kilka godzin. Półtorej dnia – tyle czasu mu zostało. Zdobycie Złotego Kiwi wydawało się już nieosiągalne. Nie miał zamiaru się jednak poddawać. Przedostatnia świątynia była całkiem niedaleko. Wziął głęboki oddech i powędrował przed siebie.

Symbol rogów. Musiały oznaczać Koziorożca. W takim razie minął Ryby bądź Strzelca. Wszedł. Trawa i krzewy. Wszędzie. Porastały całą świątynię. Na jej środku stał on, Koziorożec. Żuł trawę. Wyglądem przypominał kozła. Jedyną różnicą były rogi. Nie były to zwykłe rogi. Długie, sięgające aż do zada. Grube, niczym zaciśnięta pięść olbrzyma. Nie przejął się Rolandem.

Roland chciał załatwić to szybko. Wyciągnął z plecaka gladius – był to jego ulubiony miecz – i ruszył na Koziorożca. Nie biegł tak szybko, jakby mógł. Poprzedni strażnicy dali mu w kość. Był wykończony. Biegł z nadzieją w sercu. Koziorożec nadal żuł niewzruszony. Patrzył na Rolanda. Wkurzyło go to. Roland przyspieszył nieco. Już był blisko, już miał brać zamach, gdy nagle Koziorożec, jak z bicza strzelił, zrobił kilka szybkich kroków w stronę Rolanda. Obniżył swą głowę, pchnął ją do przodu i uniósł ku górze. Wziął Rolanda na rogi. Siarczysty, silny jak diabli cios wyrzucił Rolanda w powietrze. Leciał dobre klika chwil i walnął o ziemię. Koziorożec wrócił do jedzenia.

Poobijany Roland wstał. Spróbował jeszcze raz. Tym razem z boku. Rozpoczął bieg po okręgu. Koziorożec nadal jadł. Teraz! Roland wyrwał nagle. Zbliżał się. Koziorożec, gdy Roland już brał zamach, by go ranić, przechylił łeb na bok i uderzył. Rolandowi odebrało dech. Znów rąbnął o ziemię. Koziorożec był dla niego za szybki i za silny. Jeszcze kilka takich ciosów i kości Rolanda tego nie wytrzymają. Musiał być sprytny. Jedynym niechronionym miejscem jest zad. Tam nie ma rogów, nie będzie też w stanie tak wygiąć szyi, by skutecznie zaatakować Rolanda. Tak, to było to. Cięcie zada mogło go uratować. Roland wstał ponownie. Ile razy jeszcze da radę wstać? Nie ma miejsca na więcej pomyłek. Koziorożec był pewny siebie. W dalszym ciągu nie przejmował się biegnącym przybyszem. Roland lekko się pochylił, chciał by Koziorożec myślał, że go znowu spróbuje zaatakować od przodu. Koziorożec ponownie obniżył łeb i pchnął. Roland wiedział, że to zrobi. Wyskoczył i odbił się od rogów. Leciał obracając swe zwinięte niczym kula ciało i znalazł się dokładnie tam, gdzie planował. Wziął prędko zamach by ciąć Koziorożca i nagle usłyszał strzał. Sparaliżował go. Roland spojrzał na swój bok. Z dziury po kuli wypłynęła krew. Runął na ziemię. Strzelec. Tylko gdzie on był? Roland przetoczył się po ziemi prędko, by schować się za kolumnę. Nie było więcej strzałów. Rana wyglądał na poważną. Jeżeli nie zatamuje krwawienia, zginie tu. Wyciągnął z plecaka kawałek szmaty i owinął wokół rany ściskając ją mocno. Na krótką chwilę powinno wystarczyć. Gdzie był Strzelec? Musiał go znaleźć. Nie mógł walczyć jednocześnie z Koziorożcem i niewidzialnym Strzelcem.

Z wnętrza Koziorożca wydobył się śmiech. Przeraźliwy śmiech.

– Przybyszu! Przestań się rozglądać. Jestem tutaj! W Koziorożcu! – zawołał Strzelec.
– O czym ty mówisz? Przestań się ukrywać i walcz ze mną! – odkrzyknął zmieszany Roland. Wyjrzał zza kolumny. Koziorożec był odwrócony do niego tyłem.
– Nie ukrywam się przybyszu. Mamy z Koziorożcem symbiozę. Zawarliśmy układ.
– Nie dam się na to nabrać! Pokaż się tchórzu!
– Strzelec mówi prawdę. – rozległ się niski głos – On chroni moje tyły, a ja zapewniam mu pożywienie. Głównie wegańskie, ale jemu to odpowiada. Pozwól, że ci nieco rozjaśnię sytuację, w której się znalazłeś.

Koziorożec opowiedział Rolandowi o jego spotkaniu ze Strzelcem. W świątyni Strzelca zaczęło brakować pożywienia. Coraz ciężej było znaleźć coś w okolicy. Strzelec porzucił łuk, gdyż wydawał mu się nieskuteczny i archaiczny. Zdarzało mu się przegrywać przez niego walki. Jeden z przybyszów posiadał ogromne zapasy broni palnej i amunicji. Strzelcowi udało się go zabić i nauczył się korzystać z tego rodzaju broni. Nauczył się produkować amunicję. Miał jej pod dostatkiem. Z łatwością wygrywał kolejne starcia. Potrzebował czegoś więcej, większych wyzwań, a przede wszystkim jedzenia. Miał dość zjadania resztek pożywienia pozostałego po zabitych przybyszach. Wyruszył więc na polowanie. Udał się do świątyni Koziorożca. Był on bardzo silnym i rosłym strażnikiem. Gdyby udało mu się go ustrzelić, mógłby się nim posilać przez długi czas. Wkradł się do środka. Miał go już na muszce i wtedy Koziorożec zaproponował mu układ. Miał on bowiem jeden słaby punkt, przez który zdarzało mu się przegrywać starcia z przybyszami. Zad. Gdyby Strzelec zgodził się osłaniać jego tyły, ten zapewniałby mu pożywienie. Dogadali się. Zwyciężyli kila walk, aczkolwiek nie bezproblemowo. Gdy Strzelec stał za Koziorożcem, istniało ryzyko, że rywal pozbędzie się najpierw jego. Wtedy Koziorożec pozostałby sam. Osłanianie tyłów z odległości również nie wchodziło w grę, zbyt wielkie ryzyko. Postanowili więc, że Koziorożec połknie Strzelca nie trawiąc go. Będzie mu dostarczał jedzenia, po prostu zjadając je, natomiast Strzelec będzie chronił jego tyłów z ukrycia, strzelając przez odbyt Koziorożca. Wielu zginęło już w ten sposób. Z zaskoczenia. Roland miał dużo szczęścia.

– Czy ja dobrze rozumiem, że jesteś Koziorożcem, który strzela z dupy? – zapytał z niedowierzaniem Roland.
– Bardzo niefortunnie to ująłeś przybyszu, ale tak. W gruncie rzeczy, tym właśnie jesteśmy. – odpowiedział Koziorożec.
– Jesteśmy Koziostrzelcem! – krzyknął z wnętrzności zadowolony Strzelec i strzelił kilka razy. Roland skulił się za kolumną, by uchronić się przed strzałami.

Zastanawiał się, jak sobie z nimi poradzić. Wpadł mu do głowy pewien pomysł. Gdyby się nie udał, to zginie zabity przez Strzelca. Jedna szansa. Miał nadzieję, że Koziorożec czuł się na tyle pewny będąc ubezpieczony z tyłu, że nie przewidzi zagrożenia. Roland pogrzebał w plecaku. Znalazł. Granat i deskorolkę. Tę drugą przymocował do pleców. Granat włożył do rękawa. Musiał pobiec na Koziorożca z gladiusem, by ten niczego się nie spodziewał. Wstał i biegł od kolumny do kolumny, unikając kolejnych strzałów. W końcu zszedł z lini ognia i nie widział już zadu. Stanął na przeciwko Koziostrzelca i ruszył z krzykiem. Zamarkował skok, przez co Koziostrzelec, próbując tym razem przygotować się do uderzenia lecącego Rolanda, odsłonił swą szyję i pysk. Roland właśnie na to liczył. Wysunął granat z rękawa i włożył Koziostrzelcowi głęboko do pyska, ściągając przy tym zwinnie zawleczkę. Wślizgnął się pod Koziostrzelca, złapał się jednej nogi, by skręcić i wydostać się z spod niego od boku. Leżąc na deskorolce pognał w stronę kolumn, by schować się za jedną z nich.

W tym samym czasie Strzelec wypatrywał Rolanda, by tym razem go zabić. Słyszał jego bieg i krzyk. Poczuł też próbę zadania ciosu przez Koziorożca, ale wiedział, że ten nie sięgnął celu. Gdzie był Roland? Coś uderzyło go z tyłu. Odwrócił się. Rozszerzył bardziej odbyt, by lepiej widzieć. Gdy zrozumiał, co się stało, było już za późno.

Roland schował się prędko za kolumną. Zaraz potem usłyszał wybuch. Kawałki rozerwanego Koziostrzelca latały po całej świątyni. Udało się. Roland wstał i poszedł w stronę wyjścia.

Rozdział 7.

Talerz z laleczką Rolanda powędrował nieco w górę, natomiast z laleczką nieznajomego w tym samym czasie opadł na dół. Przestały być na równi. Nie rozumiał, co się stało. Waga w dalszym ciągu wpatrywała się w niego. Chciał zrobić krok w tył, lecz potknął się, stracił równowagę i poleciał na tyłek. Przed twarzą przeleciała mu otwarta paszcza czegoś, czego nie potrafił nazwać, czego nigdy wcześniej nie widział. Stworzenie wbiło się w drzewo. Było podobne do węża, który nie miał końca. Druga jego część znikała gdzieś we mgle. Roland wstał. Coś szarpnęło wężem. Odrywając kawał drzewa wrócił w miejsce we mgle, z którego się pojawił. Cisza. Krótka chwila. Z mgły znowu wyłoniła się otwarta paszcza z wystającymi kłami. Roland zrobił unik obracając się wokół własnej osi, wziął zamach maczetą i odciął głowę węża. Odrzucił prędko maczetę i złapał go. Kątem oka zobaczył, że szala wyrównała się. Waga przechylała szalę na korzyść tego, kto miał większe szanse na przetrwanie. Mgła opadła. Roland ujrzał czarno-żółtą postać, która znajdowała się kilka drzew od niego. Prawą rękę miała wyciągniętą przed siebie – z niej wychodził wąż. To musiał być on, Skorpion. Jego białe oczy napawały Rolanda niepokojem. Poczuł, że Skorpion próbuje wciągnąć bezgłowego już węża z powrotem do ręki. Roland trzymał go mocno. Zastawił się nogami. Skorpion okazywał się silniejszy. Roland szurał powoli w jego kierunku. Nagle Skorpion pociągnął mocniej, przyciągnął rękę do siebie. Rolanda wyrwało z ziemi. Leciał w kierunku Skorpiona, cały czas trzymając węża. Szybko znalazł się zaraz przed nim. Skorpion złapał Rolanda za szyję ręką, która wciągnęła węża, a drugą uderzył go w brzuch. Ten stracił dech i przez chwilę nie mógł oddychać. Upadł na ziemię. Skorpion patrzył na niego. Wyciągnął w jego kierunku lewą rękę. “Tam też miał węża? Kurwa…” – powiedział do siebie Roland. Przetoczył się prędko na ziemi, akurat wtedy, gdy wąż wystrzelił z ręki. Na szczęście minął celu – wbił swe zęby w ziemię. Skorpion wciągnął go i znowu wystrzelił. Powtarzał to raz za razem. Rolandowi udawało się unikać tych ataków. Nie miał czasu na kontratak. Wiedział, że w końcu popełni błąd, a Skorpion tylko na to czekał.

Na długi dystans Roland nie miał szans. Szala przechylała się znowu na korzyść Skorpiona. Roland musiał spróbować krótkiego dystansu. Mógł walczyć tylko jedną ręką, ale musiał spróbować. To była jego jedyna szansa. Zrobił jeszcze kilka uników i ruszył w stronę wroga. Wyprowadził cios. Skorpion zrobił unik. Roland spróbował uderzyć go po raz kolejny, ale znów chybił. Skorpion opuścił ręce. Nie miał gardy. Nie potrzebował jej. Był szybszy od Rolanda. Patrzył na niego swymi białymi oczami i unikał z łatwością jego ciosów. Szala jeszcze bardziej przechylała się na jego korzyść. Roland otrzymał cios, szybki, ale dokładny. Znowu w brzuch. Upadł. Skorpion wyciągał przed siebie rękę. Tym razem miał nadzieję zabić intruza. Roland, leżąc na ziemi, zauważył, że jego plecak był otwarty. Coś z niego wypadło. Czopek Wing Chun! Tak! Spojrzał w kierunku Wagi. Szala przechyliła się delikatnie na korzyść Rolanda, lecz nadal to Skorpion miał większe szanse. Roland szybko złapał czopek, obrócił się na ziemi i wstając włożył rękę do spodni, aby zaaplikować sobie znajomość sztuki walki – tym właśnie były magiczne czopki, pozwalały zdobyć różne umiejętności. Skorpion nie trafił. Roland poczuł przypływ energii. Wypełniała go od środka. W sumie to od dołu. Wypełniało go światło, szło coraz wyżej, w kierunku serca. Wystrzeliło z oczu, ust i odbytu Rolanda. I zgasło.

Wing Chun wypełniło go. Szala drastycznie przechyliła się na korzyść Rolanda. Doskoczył błyskawicznie do Skorpiona i uderzył otwartą dłonią. Celnie, w mostek. Skorpion poleciał odepchnięty ciosem i uderzył w drzewo. Roland znowu doskoczył. Uderzył. Skorpion tym razem zablokował cios. Chciał skontrować, ale Roland również zablokował. Wymieniali się ciosami, a z każdym kolejny Roland nabierał pewności. Raz po raz trafiał Skorpiona. W korpus, w szyję, w twarz, w biceps. Osłabiał mięśnie Skorpiona celnymi ciosami. W końcu Skorpion przestał uderzać. Błyskawiczne uderzenia Rolanda sprawiły, że mięśnie Skorpiona odmówiły mu posłuszeństwa. Przestał uderzać, spojrzał po raz ostatni w białe oczy Skorpiona, po czym chwycił go za głowę i skręcił mu kark.

Waga zniknęła. Roland ruszył w kierunku wyjścia.

Rozdział 6.

Krew tryskała z kikuta. Przestał krzyczeć. Musiał działać szybko, inaczej się wykrwawi. Prędko owinął ranę szmatami, które znalazł w plecaku. Poszukał drewna i rozpalił ognisko. Wyciągnął jeden z mieczy, włożył w środek ogniska i czekał. Gdy nagrzał się wystarczająco, wyciągnął go, ściągnął opatrunek, zacisnął zęby na kawałku drewna i przyłożył rozgrzany do czerwoności miecz do rany. Musiał ją przypalić. Skończył i przyjrzał się jej. Na szczęście ten szybki zabiegł pomógł i rana przestała krwawić. Wstał i ruszył do kolejnej świątyni. Czuł strach i zmęczenie. Jeszcze sporo przed nim, a czasu coraz mniej. Gdyby tylko mógł spotkać się z Bogiem Zniszczenia, renegocjować warunki. Wiedział, że to niemożliwe. Sam sprowadził na siebie ten los. Jeszcze ma szansę, nadzieja nie wygasła.

W środku były skały. Wiele skał, dużych, małych. Jaskinie, tunele. Słyszał ciche śmiechy z różnych stron. Znak Lwa. Po tym, co przeszedł, mógł spodziewać się wszystkiego. Czuł, że jest osaczany. Nie widział jeszcze wroga. Nie wiedział, z czym może mieć do czynienia tym razem. Był czujny. Sięgnął do plecaka po maczetę. Była to broń, którą sprawnie posługiwał się jedną ręką. Tylko na taką mógł sobie teraz pozwolić. Czekał. Śmiechy stawały się coraz głośniejsze. W ciemnych jaskiniach coraz wyraźniej dostrzegał święcące oczy. To były hieny. Ich włochate i śliniące się pyski w krótce potwierdziły jego przypuszczenia. Nie sposób było policzyć je wszystkie. Brak lewej dłoni utrudniłby tę potyczkę. Mogło go to przerosnąć. Naliczył kilkadziesiąt, a kolejne wychodziły z jaskiń. To mogła być jego ostatnia walka. Było ich zbyt wiele. Nie da im wszystkim na raz rady, nie jedną ręką.

Nie widział wyjścia. Tylko skały i jaskinie. W miejscu, w którym powinny znajdować się wrota, stało inne zwierze, nie przypominało hieny. Zauważył je dopiero po chwili. Wpatrywało się w niego. Co się z nim działo? Tracił czujność. Instynkt go zawodził. Był zbyt zmęczony.

Hieny zbliżały się do niego i krok po kroku, powoli otaczały go z każdej strony. Roland wyciągnął przed siebie maczetę. Próbował je odstraszyć. Udawało mu się to, ale tylko na chwilę. Nieustannie musiał się obracać. Były wszędzie.

Potężny ryk wybrzmiał w całej jaskini powodując, że skulone hieny odsunęły się od Rolanda. To zwierze, które widział wcześniej… to był lew. Jego czarna, bujna grzywa była nietypowa i dlatego Roland go nie rozpoznał.

– Wiem, kim jesteś przybyszu. Obserwuję cię od kilku dni. Dzielny z ciebie wojownik. Niestety zginiesz w tej świątyni. Nie masz szans z setkami hien. Gdybyś nawet jakoś uszedł z życiem, to musiałbyś się zmierzyć na końcu ze mną. Zginiesz tu.

Lew nie kłamał. Widział, co potrafi Roland, jak walczy. Oglądał jego potyczki ze strażnikami poprzednich świątyń. Posiadał magiczną kulę, przez którą mógł oglądać dowolną teraźniejszość. Dostał ją od pewnego maga, wiele lat temu. W ten sposób mag chciał wytargować sobie możliwość przejścia – był wycieńczony i zdesperowany. Lew wiedział, że i tak zginie w kolejnej świątyni, więc wziął od niego kulę i przepuścił go. Stało się dokładnie tak, jak przypuszczał i kolejnego dnia mag już nie żył. Teraz Lew wiedział, że ma do czynienia z kimś zupełnie innym. Oprócz magicznych zdolności, Roland był wyśmienitym wojownikiem – silnym i szybkim. Miał całe zaplecze różnych broni w swoim plecaku. Nie wiedział, co tam jeszcze ma, jaką broń tam kryje, jakie zaklęcia zna. Nie mógł ryzykować. Zabije go w dogodnym dla siebie momencie. Nie teraz. Musi poczekać, aż Roland jeszcze bardziej się zmęczy, aż jeszcze bardziej uszkodzi. Nawet z jedną ręką w dalszym ciągu stwarzał zbyt wielkie zagrożenie.

– Dam ci jednak szansę Rolandzie. – powiedział Lew – Wybór. Możesz zmierzyć się z nami teraz albo odroczyć tę walkę. Tak, dobrze słyszałeś. Jeżeli tak zdecydujesz, będziesz mógł po prostu przejść przez tę świątynię. Bez walki. Przepuszczę cię. Nie znaczy to jednak, że nie zmierzysz się ze mną, bo ta walka cię nie ominie. Teraz mógłbym zabić cię jednym uderzeniem, natomiast nie jest to dla mnie żadne wyzwanie. Wolę zmierzyć się z tobą, gdy dojdziesz do siebie. Później. Ja wybiorę miejsce i czas. – Lew wiedział, że kolejnych świątyń pilnują potężni strażnicy. Albo oni zabiją Rolanda, albo przygotują go jemu, wykończą i podadzą na tacy. Wtedy Roland nie będzie tak wymagający – Decyduj Rolandzie. Walczysz teraz, czy wolisz przejść i zmierzyć się ze mną w późniejszym czasie?

Roland wiedział, że to podstęp. Nie wiedział natomiast, na czym on dokładnie polegał. Nie mógł się skupić. Zdecydowanie wolał walczyć z samym lwem, niż dodatkowo z tą hordą hien. Nie miał za bardzo wyjścia. Musiał skorzystać z propozycji i odroczyć walkę.

– Strażniku. Ciesz się życiem. Dzisiaj nie zginiesz. Wybieram przejście przez świątynię bez walki. – słysząc te słowa Lew uśmiechnął się złowieszczo. Wszedł do swej jaskini i otworzył wyjściowe wrota.

Roland patrzył na odchodzącego w głąb jaskini Lwa, a po chwili z tej właśnie jaskini wydobyło się światło. Domyślił się, że było to zaproszenie do wyjścia. Roland wspinał się po skałach mijając kolejne jaskinie hien. Te odprowadzały go wzrokiem śmiejąc się przy tym. Wiedziały, co go czeka. Ich pan był najsprytniejszym lwem jakiego znały. Roland nie wywinie się od walki.

Lwa nie było w jaskini. Roland wszedł ostrożnie do środka i po chwili znalazł się na zewnątrz. Udało się. Naprawdę się udało. Ruszył do kolejnej świątyni nie oglądając się za siebie. Lew patrzył na biegnącego Rolanda przez chwilę. Już wiedział co zrobi. Znał sekretny skrót prowadzący do świątyni Złotego Kiwi. Tam go zaatakuje. Przed samą świątynią, gdzie nie będzie się tego spodziewał i już dawno o nim zapomni.


Zostały mu trzy dni i pięć świątyń. Wszystko się posypało. Starał się o tym nie myśleć. Parł niestrudzenie naprzód. Nie pił, nie jadł. Już prawie dotarł na miejsce. Waga. Taki znak widniał przed wejściem. Nie było wrót. Ani przednich, ani tylnich. W środku było pusto. Tym razem wiedział, co to znaczyło. Strażnik przebywał w innej świątyni. Czeka go podwójna walka. A może potrójna? Biegł dalej.

Kolejny był Skorpion. Czy to tutaj przebywa Waga? Czy ta świątynia również okażę się pusta? Jeszcze czeka go walka z Lwem. Nie powinien o nim zapomnieć. W każdej chwili Lew może zastąpić mu drogę i domagać się walki. Walka z wieloma strażnikami na raz była na niekorzyść Rolanda. Zdawał sobie sprawę z tego, że łatwiej będzie im go zabić, czy jakkolwiek przeszkodzić w dalszej drodze. Stracił dłoń. Gdyby stracił nogę, byłoby już po nim.

W świątyni Skorpina panowała grobowa atmosfera. Dosłownie. Ziemia była usłana czaszkami i kośćmi. Wielu tu zginęło. Kolumny były porośnięte zielenią. Między nimi rosły drzewa. Dziwne miejsce. Wyglądało niczym las. Zamglone. Straszne. Roland rozejrzał się. Wyczuwał niebezpieczeństwo. Wypatrywał strażnika. Nikogo nie widział. Cisza. Zrobił krok. Dźwięk trzaskających kości odbijał się echem. Znowu cisza. Kolejny krok. Zrobił ich jeszcze kilka. Zza jednego z drzew wyłoniła się ona. Waga. Miała postać ludzką. Nie wiedział, czy była to kobieta, czy mężczyzna. Ubrana była w białą, długą szatę. Nie miała włosów. Stała z wyciągniętymi w przeciwne strony rękoma. W dłoniach trzymała złote talerze – po jednym w każdej. Na obu coś się znajdowało, ale nie widział dokładnie. Musiałby się do niej zbliżyć. W tym momencie Roland zdał sobie sprawę, że nadal miał w dłoni maczetę. Trzymał ją w ręku przez cały czas, aż od świątyni Lwa. Podszedł bliżej. Waga wpatrywała się w niego. Nie chciała walczyć. Nie czuł tego od niej. Stała nieruchomo trzymając talerze. Podszedł na tyle blisko, aby móc zobaczyć wyraźnie. Na jednym była laleczka. Wyglądała dokładnie tak, jak on. Tak samo. Nie miała jednej dłoni. Jak gdyby została wykonana zaraz przed jego przyjściem. Na drugim również znajdowała się laleczka. Była ubrana w czarno-żółty strój. Usta i nos zasłonięte miała maską z czaszki. Oczy całkowicie białe. Kim była ta druga postać i o co w tym wszystkim chodziło?

Rozdział 5.

Baran wraz z bykiem z hukiem wylecieli ze świątyni. Byli oszołomieni. Roland długo nie czekał. Przeskoczył ich i pobiegł dalej. Zostały mu nieco ponad cztery dni. Czas uciekał. Sporo czasu minęło w świątyni bliźniąt. Pokrzyżowało to jego plany, ale nadal powinien zdążyć. Musiał tylko przyspieszyć. Biegł więc do kolejnej świątyni.


Dobiegł do niej w środku nocy. Wpadł do środka z wyciągniętą strzelbą. Nie spojrzał nawet na znak na wrotach. Był gotowy do boju. Nie miał czasu i ochoty na długie potyczki. Nie rozglądał się. Opierał się w tej chwili jedynie na instynkcie zabójcy. Parł do przodu. Niczego nie wyczuwał. Przy wrotach wyjściowych ktoś siedział na krześle i czytał gazetę. Człowiek? Roland wycelował w niego strzelbę. Nieznajomy widząc to, wyciągnął w górę białą flagę. Miał na sobie stare, brudne łachmany. Zakrywały mu całe ciało. Na dłoniach miał rękawiczki. Jakieś duże te dłonie.

– Nie zabijaj mnie przybyszu! Proszę, przejdź dalej. To nie moja świątynia, nie chcę zginąć z jej powodu. – powiedział człowiek.
– Kim jesteś i co tu robisz? – zapytał nieufnie Roland w dalszym ciągu mierząc do niego.
– Nazywam się Karobein. Jestem tu w zastępstwie, doglądam świątyni. Właściwy strażnik odszedł jakiś czas temu. Miał coś do załatwienia i nie wrócił. Możliwe, że zginął. Proszę, przejdź. Nie zabijaj mnie. Kim jesteś?
– Nie ufam ci. Czy to jakaś sztuczka?
– Sztuczka? Przybyszu, spójrz na mnie. Czy mogę stanowić jakiekolwiek zagrożenie?

Roland opuścił strzelbę. Faktycznie, takiego chuderlaka powaliły i bez niej. Nie wyczuwał zagrożenia.

– Nazywam się Roland. Spod jakiego znaku jest ta świątynia?
– Spod znaku raka. – odpowiedział Karobien. Zmienił ton swojego głosu. Wkradła się w niego lekka nuta nikczemności. Roland niestety niczego nie wyczuł – Przybyszu Rolandzie. Czy może raczej mężny wojowniku? To dla mnie zaszczyt, że pozwalasz mi z tobą rozmawiać. Widzę, że się spieszysz. Idź proszę, nie zatrzymuję cię. Tylko najlepsi wojownicy tego świata byli w stanie dotrzeć aż tutaj. Nie było ich zbyt wielu. Pozwól proszę, że zanim odejdziesz, pozwolisz mi uścisnąć twą dłoń. Chciałbym życzyć ci powodzenia w dalszej wędrówce. – kącik ust Karobeina lekko drgnął. Również i tego Roland nie dostrzegł.
– Karobeinie, dziękuję ci za te miłe słowa. – odpowiedział Roland z połechtanym ego. – Oczywiście, uścisnę ci dłoń.

Roland podszedł do Karobeina i wyciągnął w jego kierunku lewą dłoń. Tak miał w zwyczaju. Witał się lewą dłonią. Karobein tylko na to czekał. Ubranie na jego ciele rozerwało się. Oczom Rolanda ukazał się czerwony pancerz, a spod zniszczonych już rękawiczek wyłoniły się szczypce. Było za późno na reakcję, Roland stał zbyt blisko. Karobein jednymi szczypcami chwycił lewą dłoń Rolanda, drugimi złapał go za szyję.

– Drgniesz, a utnę ci głowę. Nie jesteś szybszy ode mnie. Poruszysz się, a gwarantuję ci, że umrzesz.- Karobein uśmiechał się złowieszczo.

Roland nie wierzył, jak bardzo dał się nabrać. Skupił nie na tym, na czym powinien. Walka i silny przeciwnik to nie wszystko. Nie rozejrzał się po świątyni. Popełnił błąd. Za plecami Karobeina dostrzegł czaszki i kości rąk. Niczego nie podejrzewał. Karobein. Karobein. Zwykłe imię. A gdyby tak…

– Nieborak. Karobein, to od tyłu Nieborak.
– Zgadza się Rolandzie. Niestety zbyt późno na to wpadłeś. Teraz masz do wyboru, śmierć, albo życie. Wybór należy do ciebie. Zabawimy się w grę. Musisz powiedzieć rymowankę o rakach. W tym czasie będę miażdżył ci dłoń. Jeżeli nie znasz żadnej rymowanki – zginiesz. Jeżeli się zająkniesz, wydasz z siebie pisk bólu, mrugniesz – zginiesz. A gdy skończysz z rymowanką, odetnę ci zmiażdżoną dłoń.
– Ty fiucie! Tylko nie dłoń! – Roland zląkł się na poważnie. Nieborak miał go na muszce, nic nie mógł zrobić. Straci dłoń.

Karobein nie miał zbyt wielu atutów. Jednym z nich była szybkość, a drugim miażdżący uścisk szczypiec. Mógł walczyć jedynie na krótkie dystanse, więc musiał wykazywać się sprytem. Tym razem udało się oszustwo na pomocnika świątyni. Miał szczęście, że Roland za bardzo się spieszył.

– Rolandzie, czy jesteś gotowy?
– Tak, fiucie. Znam jedną rymowankę, to dzięki niej dowiedziałem się, kim jesteś.
– Zaczynaj więc. Pamiętaj, jedno mrugnięcie, jeden pisk i umrzesz. – po tych słowach zacisnął mocniej szczypce lekko się przy tym uśmiechając.
– Idzie rak. – rozpoczął Roland. Karobein ścisnął jeszcze mocniej, wykrzywione i nabrzmiałe krwią palce wystawały spod szczypiec. Roland ani drgnął. – Nieborak. – kolejna dawka bólu, kości dłoni zaczęły pękać. Roland dzielnie to znosił. – Jak uszczypnie, – śródręcze Rolanda całkowicie zostało zmiażdżone. Pot spływał po jego czole. Nie zmienił tonu głosu, nie mrugnął. Miał szansę przeżyć. – będzie znak. – wypowiedział ostatnie słowa rymowanki.

Karobein przesunął szczypce nieco w górę, w stronę nadgarstka i ścisnął potężnie. Roland patrzył jak jego dłoń spada na ziemię. Krew trysnęła z kikuta. Wrota świątyni otworzyły się, Karobein wypchnął Rolanda poza nią i zamknął je z powrotem.

Roland opadł na kolana i patrząc na kikut lewej ręki krzyknął z bólu.

Rozdział 4.

Dojechał do kolejnej świątyni. Zsiadł z rydwanu. Dobrze, że go ukradł. Ta świątynia, znajdowała się dalej, niż te wcześniejsze. Kilkukrotnie odpoczywał podczas podróży. Miał przecież rydwan, więc mógł sobie na to pozwolić. Słońce zaszło już jakiś czas temu. Za kilka godzin rozpocznie się piąty dzień. Nie zwlekał. Wszedł do środka. Była to świątynia bliźniąt. Spodziewał się podwójnych trudów, natomiast nie tego, co ujrzał. W środku było czysto. Purpurowy dywan – od wrót do wrót, znowu. Pachniało ładnie i wszystko było na swoim miejscu. Świątynia była estetycznie urządzona. Na jej środku ujrzał Byka siedzącego przy stole wraz z człowiekiem. Posilali się. Byk ubrany był elegancko, w smoking. Człowiek również miał na sobie strój wieczorowy. Na końcu purpurowego dywanu stała duża postać. Zasłaniała praktycznie całe wrota. Cała trójka popatrzyła na Rolanda. Ten nie zwlekał, chciał ich wziąć z zaskoczenia. Mógł nie dać rady im trzem w pojedynkę. Ruszył więc w ich stronę. Szybkimi i małymi krokami. Sięgnął obiema rękami za siebie, by wyciągnąć z plecaka dwa długie miecze ninja. Biegł w stronę wrót wyjściowych niczym odwrócona litera “V”. Przeskoczył nad stolikiem zwijając się w powietrzu. Byk patrzył na jego wyczyny przez chwilę i wrócił do kolacji. Rolanda nie zbiło to z tropu. Zbliżając się do ogromnej postaci wreszcie dostrzegł, że był to Baran. Największy Baran jakiego widział. Nie był natomiast biały, tylko szary. Stał na dwóch tylnych nogach, dwie przednie miał splecione przed sobą. Roland doskoczył do niego i ciął, najpierw jednym, potem drugim ostrzem. Oba, gdy zetknęły się z baranim runem, pękły rozsypując się w drobny mak. Roland wyciągnął strzelbę. Baran zasłonił twarz. Strzelba odpaliła. Kule zatrzymały się na runie nieco je odkształcając. Runo wypychało się powoli do pierwotnej formy, pozwalając kulom opaść na ziemię. Roland patrzył z niedowierzeniem. Nie miał bazooki. Zapomniał zabrać ja ze sobą z jednej z poprzednich świątyń. Miał przeczucie, że i tak niewiele by zdziałała. Uderzył Barana. Chciał wiedzieć, z czym ma do czynienia. O mało nie złamał sobie ręki.

– Nie zabijaj go. Sam odejdzie. – rzekł Byk do Barana. – Przybyszu. Podejdź. Posil się. Na pewno jesteś zmęczony.
– O co tu chodzi? Kim wy jesteście? – odpowiedział zdziwiony Roland.
– Naprawdę nie wiesz?
– Domyślam się. Wasze świątynie, twoja i Barana, były puste. Widzę natomiast jednego człowieka, powinno być ich dwoje.
– To prawda, tak też było kiedyś. Nazywam się Arcadius. – powiedział człowiek.

Wpatrywał się w Rolanda ze strachem w oczach, gdy go tylko ujrzał. Nie był tak pewny siebie, jak pozostała dwójka. – Niegdyś wraz z bratem strzegliśmy tej świątyni. Został Bogiem Zniszczenia i musiał opuścić to miejsce. Przewyższał mnie siłą nieporównywalnie. Zwykle zagląda do mnie co kilkaset lat, aczkolwiek ostatnio widziałem go kilka tysięcy lat temu. Musiało mu się zapomnieć.

– Cóż, wydaje mi się, że wkrótce może wpaść w odwiedziny. Rozumiem już Arcadiusie, dlaczego jesteś sam. Nie rozumiem, co robicie tutaj wszyscy razem.
– Jak już wspomniałem Rolandzie, byłem słabszym z braci. Nie poradziłbym sobie jako strażnik sam, więc poprosiłem Byka i Barana, żeby pomogli strzec mi mojej świątyni, w zamian za posiłki. Jestem bardzo dobrym kucharzem, ale marnym wojownikiem. Tak więc jesteśmy. Dotarłeś daleko. Niestety nie przejdziesz dalej. Nie przejdziesz Barana. Jego runo stwardniało przez ostatnie kilka tysięcy lat i żadna broń nie jest go w stanie dzisiaj przebić. Niektórzy tylko strażnicy mogliby stawać w szranki z Baranem. Ty na pewno nie dasz mu rady. Zawróć.
– Muszę przejść dalej. Inaczej twój braciszek zniszczy okoliczne krainy, a mnie uwięzi w studni.

Byk spojrzał na Rolanda.

– A więc zginiesz. Oswój się z tą myślą. Proszę, usiądź. Nalegam.

Wyraźna odraza odmalowała się na twarzy byka, gdy zobaczył maniery Rolanda. Wstał od stołu, nie mógł na to patrzeć. Zje później. Roland nie zauważył zniesmaczenia u swojego nowego gospodarza. Najadł się do syta. Arcadius wstał od stołu i powiedział:

– Prześpij się Rolandzie. Niech ostatnie dni twojego życia będą przyjemne.

Roland i tak nie miał nic lepszego do roboty. Nie miał pomysłu na przejście Barana. Mógł odpocząć otoczony trzema strażnikami. Więcej taka sytuacja mogła się nie powtórzyć. Gdyby próbowali podstępu, zbudziłby się. Dzień piąty dobiegł końca.


Całe szczęście, że Baran nie zwracał na niego uwagi. Nawet, gdy był atakowany. Nic na niego nie działało. Żadna z broni Rolanda. Nie posiadał ostrza, które potrafiłoby przebić się przez runo. Kule również nie zdawały egzaminu. Spróbował nawet kilku zaklęć. Nic. Baran ani nie drgnął. Pół dnia spędził na wymyśleniu sposobu. Dał za wygraną. Rozmawiał z bykiem i Arcadiusem o innych przybyszach. Ilu ich było, jak się z nimi rozprawili. Ciekawe historie. Tak dobiegł końca kolejny dzień. Zostało ich Rolandowi sześć.


Kolejnego dnia postanowił zwiedzić świątynię. Przeglądał księgi, eksponaty takie jak starożytne łyżeczki, ikony czy świeczniki. Brał je i oglądał w dłoniach. Potem zajrzał do spiżarni, by coś przekąsić.

W połowie dnia usiadł do stołu z Arcadiusem i Bykiem. Ten drugi był jakiś poddenerwowany. Nie chciał powiedzieć, dlaczego. Wtem Roland sobie przypomniał. Byki nienawidzą koloru czerwonego. Nie ma go też nigdzie w tej świątyni. Przecież nawet dywan jest purpurowy, a zwykle takie dywany są czerwone. Arcadius powiedział, że tylko inni strażnicy mogliby stawać w szranki z Baranem. Czyżby jednym z nich był właśnie Byk? Na pewno jego uderzenie było potężne. Ale czy przebiłoby runo? W gruncie rzeczy nie musiałoby. Gdyby rozpędzony Byk z całym impetem uderzył w Barana, oboje wylecieliby przez tylne wrota. Tyle wystarczy. Roland musi spróbować. Miał w plecaku pelerynę. Odskoczył od stołu i założył ją jednym ruchem, po czym zaczął biec w stronę wyjścia. Obrócił się, ale Byk nie zareagował – nadal siedział przy stole.

– Rolandzie. Kolor czerwony był moim słabym punktem, to prawda. Przegrałem przez to kilka walk. Nauczyłem się jednak z nim żyć i już mnie nie denerwuje. Na twoje nieszczęście. Odpuść. Nie uda ci się przejść przez tę świątynię.

Roland zaklął pod nosem. Położył się na krótką drzemkę, ale przespał resztę dnia.


O poranku poszedł znowu zrobić sobie rundkę po świątyni. Księgi, eksponaty, spiżarnia. Brzmiało jak dobry plan. Akurat znowu zgłodnieje, gdy tak sobie pochodzi. Poszedł po księgę, którą wczoraj przeglądał, wydawała się całkiem ciekawa. Nie znalazł jej niestety tam, gdzie ją zostawił. Poszukał przez chwilę i znalazł ją w miejscu, gdzie faktycznie znalazł ją ostatnio. Dziwne. Wziął ją w dłoń i zaczął czytać.

Coś się poruszyło. Ktoś był za kolumną. Zauważył kawałek cienia. Dużego cienia. To był Byk. Baran się nie ruszał z miejsca. Czemu Byk go śledził? Roland odłożył książkę w i odszedł. Czas coś przekąsić. Odwrócił się przez ramię i zobaczył byka, który odkłada książkę na miejsce. Lekko zdenerwowany. Ciekawe. Ubierał się elegancko, miał dobre maniery. Możliwe, że nie znosi bałaganu. Warto było się o tym przekonać. Roland poszedł do spiżarni. Wszystko tam poprzestawiał i wyszedł. Gdy Byk myślał, że Roland się oddalił, wszedł do spiżarni i wszytko posprzątał. Był bardzo zdenerwowany. Sprzątanie całego pomieszczenia zajęło mu dużo czasu. Wyszedł ze spiżarni i zobaczył Rolanda przy jednym z regałów. Opierał się o niego wyprostowaną ręką.

– Znam twoją słabość Byku. Twój nowy kolor czerwony. Jesteś pedantem!

Gdy to powiedział, pchnął regał. Arcadius, siedzący przy stole z książką w ręku, gdy to zobaczył, odłożył ją i wstał z przerażenia. Nie wiedział, jak zareaguje byk. W swym nieokiełznanym gniewie mógł roznieść świątynię zabijając przy tym nie tylko Rolanda, ale też jego.

Regał runął do tyłu. Wszystkie księgi wypadły na ziemię. Niektórym z nich pozginały się kartki. Byk wściekł się. Prychał nosem. “Dobrze, o to chodzi” – pomyślał Roland.

– Nie dam się sprowokować takiemu gnojkowi, jak ty. Zniosę twoje wybryki. To nie jest moja świątynia. Nie mogę patrzeć na ten bałagan. Więc po prostu wyjdę. Wracam do siebie Arcadiusie. Przyjdź po mnie, gdy tego bałaganiarza już tutaj nie będzie.

Plan Rolanda legł w gruzach. Patrzył, jak Byk wychodzi. Jego rogi i siła były ostatnią nadzieją. Położył się na dywanie z rozłożonymi rękoma. Umrze uwięziony. Wałęsał się po świątyni. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nudziło mu się. Pod wieczór usiadł do stołu z Arcadiusem. Wtem, nagle wrota wejściowe z hukiem wleciały do środka. Stał w nich Byk. Miał czerwone oczy, prychał głośno i przebierał tylnymi nogami.

– Jak śmiałeś! Taki bajzel w mojej świątyni? Śmieci na dywanie, jakaś rękawiczka, gnijące resztki jedzenia porozrzucane po każdym kacie. Nie! Tego już za wiele! Zginiesz! ZGINIESZ! – krzyczał przeraźliwie byk. Piana obficie wydobywała się z jego pyska.

Roland wiedział, dlaczego Byk jest zdenerwowany. Zapomniał o tym. Po raz pierwszy w życiu jego bałaganiarstwo mogło uratować mu życie. Odskoczył od stołu i pobiegł w stronę Barana. Byk ruszył za nim. Biegł taranując wszystko na swojej drodze. Arcadius zdołał uciec i schować się za kolumną. Byk wleciał w stół. Rozniósł go na drobne kawałki. Biegł dalej. Doganiał Rolanda. Był coraz bliżej. Teraz. Teraz go dosięgnie. Nie przeżyje tego ciosu. Byk skoczył wysuwając głowę do przodu. Roland tylko na to czekał. Był wystarczająco blisko Barana by z rozbiegu odbić się od jego runa. Obracając w powietrzu swe ciało głową do dołu patrzył, jak Byk wpada na Barana. Ten zdołał jedynie krzyknąć.

Rozdział 3.

Obszczany Roland ruszył w kierunku Ziemnioka. Sięgnął przez plecy jedną ręką po miecz, drugą po strzelbę. Strzelił mu w tułów, który rozbryzgał się na wszystkie strony. Wyskoczył, wziął zamach i odciął mu głowę. Przynajmniej taki miał zamiar. Miecz gładko przeszedł przez błoto. Ziemniok uśmiechnął się. Roland zrozumiał, że nie będzie gładkiego lądowania. Ziemniok zacisnąć pięść, która stwardniała momentalnie, po czym wziął zamach i uderzył spadającego Rolanda. Ten przeleciał całą szerokość świątyni, uderzył w ścianę i upadł na ziemię. Ciało Ziemnioka z powrotem pokryło się błotem w miejscu dziury. Rolan, leżąc na ziemi, patrzył z niedowierzaniem. Jak go pokonać? Był odporny na jego bronie. Nie poradzi sobie z błotem. Ziemniok ma zbyt płynną konsystencję. Ale, gdyby tak… Mogło się udać. Dałoby mu to wystarczająco dużo czasu na wydostanie się ze świątyni. Wiedział już, co musi zrobić. Musiał dobiec do wejścia. Ale jak? Ziemniok przecież mu na to nie pozwoli. Bazooka. Miał w plecaku bazookę. Kupi nią kilka cennych sekund. Sięgnął po nią prędko i naładował. Przyklęknął, wycelował i wystrzelił. Pocisk mknął i ciął powietrze. Ziemniok widząc go zaśmiał się głośno. Roland pobiegł do wyjścia, było blisko. Otworzył wrota i zaklinował je, by nie dało się ich zamknąć. Użył do tego bazooki. W tym czasie pocisk dosięgnął Ziemnioka, a wybuch zdeformował całe jego ciało. Roland wykonał magiczny gest. Wyciągnął rękę przed siebie z otwartą dłonią. Zamykając ją przyciągną z powrotem do ciała, jak gdyby złapał w nią powietrze. Pchną mocną rękę przed siebie otwierając znowu dłoń. Dokładnie w kierunku wrót wyjściowych. Te otworzyły się łamiąc przy tym zawiasy. Wrota zostały zniszczone. Ziemniok powrócił do swej formy i zobaczył co się stało. Na zewnątrz ciągle była noc, ale było ciepło. Wystarczająco ciepło. Roland wyszeptał zaklęcie.

– Nie! – krzyknął przerażony Ziemniok.

Zerwał się wiatr. Wleciał do świątyni. Ciepły wiatr. Roland nadal szeptał. Kierował nim. Wiatr z dużą prędkością wysuszał całe błoto, przemierzał całą świątynię wzdłuż, od jednych wrót, do drugich. Woda pozostała w błocie wyparowała. Wszystko stwardniało. Ziemniok probował powstrzymać Rolanda, uciszyć go, ale błoto się go nie słuchało. Zaczął twardnieć. Roland musiał wykorzystać tę chwilę. Czym prędzej pobiegł przed siebie. Gdy mijał stwardniałego Ziemnioka, nie mógł przebiec koło niego obojętnie. W biegu wyciągnął granat z plecaka, który cisnął w kierunku głowy Ziemnioka. Trafił idealnie do otwartych ust. Lubił swoje granaty. Nie raz uratowały mu tyłek. Stanął przy wyjściu. Nie odwrócił się. Granat wybuchł roztrzaskując Ziemnioka na kawałki. Chciał to usłyszeć. Wyszedł ze świątyni.


Wyrzucił obsikane gacie. Na szczęście miał zapasowe. Był zmęczony. Przydałby mu się odpoczynek. Postanowił odpocząć przed kolejną świątynią. Wykorzystał noc na podróż. Słońce niepotrzebnie by go zmęczyło. Wygodniej było podróżować teraz, gdy jeszcze nie wzeszło.

Zaświtało. Roland wszedł po schodach do następnej świątyni i usiadł pod jej wrotam w cieniu. Spojrzał za siebie w górę. Panna. Zamknął oczy i zasnął.

Obudziło go mocne światło. Słońce było już nisko. Zbliżało się ku wieczorowi. Kończył się trzeci dzień. Jedna świątynia w jeden dzień. Tak, jak zakładał. Wszystko szło zgodnie z planem. Gdy wszedł do środka, jego uwagę przykuł zapach. Jakby spalenizny. Był specyficzny, aczkolwiek nie potrafił go rozpoznać. Coś się paliło.

Instynkt kazał mu odskoczyć. Rydwan minął go z lewej strony, błyskawicznie pędząc w prawy róg świątyni. Kierująca rydwanem zwinnie wykonała kilka manewrów lejcami przed samą ścianą. Konie idealnie weszły w zakręt i cały rydwan skręcił ocierając się delikatnie o kolumnę. Podkowy koni zapiszczały przy tym głośno. To stąd ten zapach. Były gumowe. Rydwan zatrzymał się na środku świątyni, odwrócony w kierunku Rolanda.

– Witaj przybyszu. Kim jesteś i czego tu szukasz? – odpowiedział damski głos. Kobieta trzymająca lejce miała czarne włosy spięte w kucyk. Roland oszacował jej wzrost na taki, jak jego własny. Była ubrana w luźną, szarą bluzkę na ramiączkach i dżinsy z brązowym pasem.
– Jestem Roland. Chciałbym przejść przez tę świątynię. Przepuść mnie, a nie stanie ci się krzywda. – To mówiąc usłyszał świst i uderzenie kuli w wrota, tuż przy jego głowie. Była szybka. Nie widział, kiedy sięgnęła po broń.
– Mój drogi. Ani słowa więcej. Jeszcze raz mi zagrozisz, to podziurkuję cię jak ser szwajcarski. Nie wiem, czym on jest, bo nie ma go w naszym świecie, ale tak się mówi. Nie dasz mi dary. A nawet gdyby, to nie starczy ci czasu, niedługo wróci mój partner, Dominic. Jesteśmy sprawną drużną, wykończymy cię prędzej czy później.
– Kim jesteś?
– Nazywam się Letty i jestem królową driftów tej świątyni. Już dawno nie jestem panną. Nie mogę tu zapraszać obcych i wiązać się z nimi, ale cóż. Jeszcze nikt nie zdołał na mnie naskarżyć.

Roland zrozumiał, że Letty nie żartuje i może mieć spore problemy z ich dwójką. Ona sama była niesamowicie szybka, a do tego jeszcze ten Dominic. Roland przecież umie jeździć na rydwanie. Całkiem nieźle. Ścigał się wiele lat temu. Miał pewien pomysł.

– Jesteś sprawnym kierowcą Letty, widziałem twój drift, nie zaimponował mi. Znam lepszych kierowców od ciebie. Ba! Ja jestem lepszym kierowcą.
– Nie rozśmieszaj mnie Rolandzie! Nie miałbyś ze mną żadnych szans!
– Pokonałbym cię bez żadnych problemów. – Podejrzewał, że Letty może być ambitna, a tytuł królowej driftów był dla niej ważny. Postanowił to wykorzystać. – Letty, ścigaj się ze mną. Gdy wygram, przepuścisz mnie dalej.
– Co? Haha! Rolandzie, to byłby twój wyrok śmierci!
– Boisz się?
– Nie mam czego się bać. Przyjmuję wyzwanie.

Letty wytłumaczyła Rolandowi zasady wyścigu. Tor miał kształt rozciągniętej cyfry osiem. W świątyni znajdowały się cztery kolumny, rozmieszczone w czterech jej kątach. Linia startu znajdowała się w lewym rogu świątyni, od strony wyjścia. Kierunek wyścigu przebiegał z tamtego miejsca po przekątnej do prawego rogu świątyni, od strony wejścia. Tam należało ominąć kolumnę i skierować się do lewego rogu, również od strony wejścia. Gdy się tam znalazło, ponownie należało ominąć kolumnę i stamtąd ruszyć po przekątnej do prawego rogu świątyni od strony wyjścia. Po ominięciu kolejnej kolumny należało pojechać do miejsca startu. Wyścig miał obejmować trzy okrążenia. Jedyną zasadą był zakaz atakowania rydwanu konkurenta podczas wyścigu.

Roland otrzymał swój rydwan. Wsiadł na niego i podjechał koło Letty, na linię startu. Konie mieniły się i trzaskały z nich iskry.

– To są konie elektryczne. Stworzone z piorunów. – pospieszyła z wytłumaczeniem Letty, widząc skonsternowanie na twarzy Rolanda.
– Rozumiem. Dlatego nie słyszałem cię przy wejściu. Takie konie są lekkie i wręcz niesłyszalne.

Roland nie miał planu aż do tej chwili. Wcześniej myślał, że w trakcie wyścigu uda my się w jakiś sposób zabić Letty. Teraz miał jeszcze jedno wyjście.

– Nie będzie odliczania Rolandzie. Zniszczę cię w tym wyścigu, a potem zabiję. Wystartuj, kiedy będziesz gotowy, a ja wystartuję nieco po tobie.

Roland nie miał zamiaru unosić się honorem. Chciał się stąd jak najszybciej wydostać. Dał znak lejcami. Konie ruszyły przed siebie. Rydwan Rolanda mknął przed siebie. Rozpędzał się. Minął środek świątyni. Musiał zwolnić, inaczej rozbiłby się o ścianę. Ominął kolumnę i zmierzał do kolejnej. Rozejrzał się szybko. Letty nadal była na lini startu. Uśmiechała się szyderczo. Gdy ominął drugą kolumnę, Letty wystartowała. Razem cięli teraz świątynie po przekątnej, jednak w innych kierunkach. Jeżeli któreś z nich nie przyspieszy, zderzą się na środku świątyni. Roland machną lejcami. Letty zrobiła to samo. Parła do zderzenia? Dlaczego? Przecież to było wbrew zasadom. Może zasady jej nie dotyczyły? Była strażnikiem tej świątyni. Przed samym środkiem Roland ściągnął lekko lejce do siebie. Rydwan zwolnił minimalnie, na tyle, żeby przepuścić pędzącą Letty przed sobą. Ominął trzecią kolumną, znowu musiał zwolnić, Letty była już przy drugiej. Gry Roland docierał do czwartej kolumny i miał rozpocząć drugie okrążenie, Letty mknęła w kierunku trzeciej kolumny. Nie spotkali się tym razem na środku. Królowa driftów znacznie szybciej wchodziła w zakręty. Na każdym jednym słychać było pisk palonych podków. W całej świątyni śmierdziało spaloną gumą. Roland dojeżdżał do pierwszej kolumny, Letty była w tym czasie w połowie trasy do czwartej. Gdy Roland mijał drugą, Letty była już prawie przy pierwszej. Przejechał przez środek, minął trzecią i zobaczył Letty, która siedziała mu na ogonie. Minęła trzecią kolumnę chwilę po nim. Roland rozpoczął ostatnie okrążenie. Dotarł do pierwszej kolumny. Skręcając poczuł na sobie oddech koni z rydwanu Letty. Weszła w zakręt płynnie, ale nie udało jej się wyprzedzić Rolanda. Zrównała się z nim. Weszli w zakręt drugiej kolumny. Roland zwolnił. Letty wykorzystała sytuację i wyprzedziła Rolanda od zewnętrznej strony wchodząc w piękny drift. Roland był tuż za nią. Nie miał szans wyprzedzić jej na ostatnim zakręcie. Mknęli przez środek świątyni. Jeden rydwan za drugim. Za zakrętem odległość między nimi powiększyła się do długości dwóch rydwanów. Letty wiedziała już, że wygra ten wyścig. Zwolniła, aby jeszcze bardziej go upokorzyć. Roland tylko na to czekał. Teraz! Sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego piorun. Pewnego dnia udało mu się złapać jeden podczas burzy. Miał tylko jeden, więc miał tylko jedną szansę. Złamał piorun w pół i wbij w zady koni. Te, otrzymując tak dużą dawkę energii, przyspieszyły. Roland pędził teraz dwukrotnie szybciej. Minął zaskoczoną Letty przez samą kolumną. Wygrał.

– To było oszustwo! – krzyknęła Letty.
– Nie było. Jedyną zasadą, którą ustaliłaś, to nieatakowanie rydwanu przeciwnika. Mało brakowała, a sama byś ją złamała. Nie uczyniłem niczego, co nie było dozwolone. Zgubiła cię twoja pycha. Na to też liczyłem. Przepuść mnie.

Nie odpowiedziała. Nie był pewny, co się teraz wydarzy. Mogła go zabić, albo wypuścić. Letty otworzyła wrota i odeszła w głąb świątyni. Nie mogła go zabić, byłoby to niehonorowe. Nie ważne czy wygrasz o metr, czy o kilometr. Wygrana, to wygrana.

Roland skorzystał z chwili jej nieobecności i postanowił pożyczyć rydwan. Odjechał prędko.

Rozdział 2.

Roland westchnął i zaklął pod nosem: “Ech, kurwa.”. Nie wiedział jak się tutaj znalazł. Nagle pstryk i są. Bogowie. Potężne stworzenia. Nie ma co z nimi zadzierać. Nigdy nie wiesz, na którego z nich trafisz – dobrego czy złego. On musiał akurat trafić na najgroźniejszego i najokrutniejszego z nich. Roland nie czuł jednak strachu. Nie bał się. Sam się sobie dziwił, ale tak było. Miał dwanaście dni. To bardzo dużo czasu. Zdecydowanie więcej, niż potrzebuje. Gdyby mu się powiodło, a był przekonany, że tak właśnie będzie, mógłby zaskarbić sobie uznanie samego Boga Zniszczenia i mieć potężnego sprzymierzeńca.

Ruszył leniwie przed siebie. Przed nim znajdowała się pierwsza świątynia. Spojrzał na znak znajdujący się na wrotach. Baran. Świątynia była wysokości najwyższych drzew, które zdażyło mu się widzieć w przeciągu swojego życia. Zadaszenie było ledwie widoczne. Popchnął wrota i wszedł do środka. Nie wiedział, czego się spodziewać. Jakiego typu stworów. Skupiony i czujny doszedł do jej środka. Nikogo nie było. Niczego nie wyczuwał. Świątynia była pusta. Gdzie był strażnik? Czyżby już nie zajmował się świątynią?

– Eeeooo! – krzyknął.
– Eeeooo! – odpowiedziało mu echo.
– Tirarirarirarirorerorero!
– Tirarirarirarirorerorero! – odbiły dźwięk kolumny i postacie namalowane na ścianach i zdobieniach świątyni.
– Tero!
– Tero!
– Tero!
– Tero!
– Dobrze!
– Dobrze! – uniosło się niewyraźnie po raz ostatni.

Uspokoił się nieco. Jeżeli tak wygląda pilnowanie świątyń przez strażników, to cała podróż zajmie mu o wiele mniej, niż się spodziewał. Dwa dni i będzie po wszystkim. Ziewnął. Przypomniał sobie, że przed incydentem z zabójczą kapibarą chciał odpocząć po długiej wędrówce. Nie zdołał niestety, więc postanowił, że zdrzemnie się teraz. Usiadł pod kolumną i zamknął oczy.


Obudził się. Nie wiedział, jak długo spał. Podszedł do wrót wyjściowych i otworzył je. Widniało. Minął dzień i noc. Organizm musiał być wykończony. Domagał się tego. Czuł się wypoczęty i pełni sił. Jeden dzień mniej. Zostało ich jedenaście. Uśmiechnął się pod nosem. Zdąży bez problemu.

Kolejna świątynia wydawała się jakaś mała. Przeklął, gdy zrozumiał. Nie była mała. Była daleko. Nie przewidział tego. Świątynie znajdowały się w dużej odległości od siebie. No nic, w końcu dojdzie. Szedł swym wolny, wędrowniczym tempem. Chciał sprawdzić, jak wiele czasu potrzebuje, aby dotrzeć z jednej świątyni do drugiej. Nie ma się co spieszyć.

Słońce grzało mocno, ale stawało się coraz słabsze. W tej krainie było zdecydowanie cieplej, niż w lesie, z którego został tu przeniesiony. Podróż trwała pół dnia. Świątynia była tuż przed nim. Schował się w jej cieniu. Zauważył znak, również na jej wrotach. Byk. Brzmiało groźniej, niż Baran. Pchnął drzwi. Pociągnął nosem. Pachniało jakoś dziwnie. Tak… ładnie. Rozejrzał się. Jego instynkt po raz kolejny nie wyczuł strażnika. O co w tym wszystkim chodzi? Przecież to nie ma najmniejszego sensu. Ta misja miała być trudna, a póki co, jest zwykłą sielanką. Wnętrze tej świątyni wyglądało jakoś inaczej. Był tu porządek. Posągi, malowidła z bóstwami, naczynia – wszystkie te zdobienia były estetycznie rozmieszczone i poukładane. Przez środek świątyni przechodził purpurowy dywan. Kolumny były czyste. Roland podszedł do jednej, wyciągnął z plecaka białą rękawiczkę i przetarł palcem po kolumnie. Rękawiczka była czysta. Spojrzał w górę i uśmiechną się pod nosem. Niemożliwe, by w tamtym miejscu również nie było brudu. Wspiął się po kolumnie i przetarł palcem po sklepieniu świątyni. Otworzył szeroko oczy. Palec był czysty. Zszedł na dół. “Pojeb.” – pomyślał. Ściągnął rękawiczkę i rzucił ją na ziemię.

Zgłodniał. Musiał znaleźć coś do jedzenia. W świątyni na szczęście znajdowała się spiżarnia. Mógł zachować swoje zapasy i posilić się na cudzy koszt. Jadł mięso i wyrzucał kości na ziemię. Po wszystkim położył się na dywanie i zasnął.


Obudził się i przeciągnął ziewając przy tym głośno. Światło wpadało do świątyni przez okrągłe otwory w ścianach. Słońce było już wysoko. Wyszedł na zewnątrz. Promienie słoneczne raziły go w oczy. Tego dnia było bardzo gorąco. Nałożył więc i ruszył. Cel – kolejna świątynia.

Dotarł do niej, gdy było juz ciemno. Zostało mu nieco ponad dziewięć dni. Na wrotach znajdował się znak Wodnika. Zaburczało mu w brzuchu. Miał cichą nadzieję, że tutaj zastanie coś więcej niż wodę.

Błoto. Wszędzie był błoto. To miejsce przypominało bagna. Zapuszczone i śmierdzące. Nie był sam. Uchylił się prędko. Pocisk rozbił się o wrota. To była ziemia, tylko że wyschnięta i twarda. Nikogo nie widział, ale czuł jego obecność.

– Kim jesteś? – zawołał Roland. – Pokaż się fiucie!

Nic. Nikt się nie odezwał. Znowu coś leci. Tym razem z prawej strony. Roland uskoczył. Ilu ich było? Kolejny pocisk – z lewej. Trzech przeciwników? Poradzi sobie z nimi. Musi tylko znaleźć ich kryjówkę. Lecą kolejne pociski? Co jest? Jeden, dwa, trzy, cztery… dziesięć! Roland sprawnie uniknął ich wszystkich i schował się za kolumnę. Stwardniałe, błotniste kule roztrzaskiwały się o ścinany i płyty świątyni. Wrota świątyni zamknęły się z trzaskiem. Kolumna, za którą schował się Roland zaczęła znikać, rozpuszczać się. O mało co się nie przewrócił. Odskoczył i patrzył z niedowierzaniem. Kolumna rozpłynęła się. Zmieniła się w błoto. Pozostałe kolumny również. Wnętrze świątyni było teraz jednym wielkim bagnem. Zaskoczony Roland pobiegł przed siebie. Nie wiedział jeszcze z kim ma do czynienia. Nie chciał się o tym przekonać. Jak najszybciej chciał się stąd wydostać. Biegł. Skakał wręcz. Błoto rozbryzgiwało się pod jego ciężarem. Gdzie podziały się pociski z błota? Czemu były one twarde, skoro wszędzie wokół otaczało go błoto? Kilka skoków dzieliło go od wrót wyjściowych. To nie może być takie proste. I nie było. Coś złapało go za kostkę. Długie ramię wyrosło z błota, podniosło go do góry i rzuciło na drugi koniec świątyni. Roland spadł na plecy i sunął po błocie zatrzymując się na wrotach wejściowych, w które uderzył z hukiem.

Długie ramię z powrotem wtopiło się w resztę błota. Chwila ciszy. Nagle ze środka świątyni zaczęła piętrzyć się błotnista góra. Była ogromna, prawie sięgała sklepienia. Zaczęła przypominać kształtem człowieka – głowa, tułów, dwie ręce i nogi. Oczy i usta niewyraźnie zarysowały się na błotnistej głowie.

– Odejdź, albo zginiesz. – powiedziało monstrum.
– Nie boję się błotnistych i śmierdzących kupien gówna. Zejdź mi z drogi, to nie zrobię ci krzywdy. Gdzie jest strażnik tej świątyni? Przywołaj go! Chcę się z nim zmierzyć i mieć to za sobą.
– Ja jestem strażnikiem. Odejdź.
– Nie, nie jesteś. Zawołaj prawdziwego.
– Ja nim jestem, przecież ci powiedziałem.
– E, na pewno nie. Gdzie jest prawdziwy?
– Ja nim jestem!
– Nie możesz nim być, bo to świątynia Wodnika. Ty jesteś jakąś kupą gówna.
– To ja jestem Wodnikiem! To znaczy, byłem. Wnętrze tej świątyni było niegdyś piękne, porośnięte zielenią, które czerpały wodę z wielu akwenów. Wraz z kolejnymi latami słońce nad Górą Zodiak świeciło coraz mocniej. Akweny wysychały, roślinność umierała. Robiło się coraz bardziej błotniście. Nie mogłem być dłużej Wodnikiem. Dzisiaj jestem Ziemniokiem! Strażnikiem świątyni ziemi i błota.
– Ziemniok? – zapytal Roland i parsknął śmiechem. – Mogłeś nazwać się Błotnikiem. Nie brzmiałoby jak ziemniak. – znowu się zaśmiał.
– Mogłem! Ale nie chciałem! Chciałem być Ziemniokiem! – powiedział niepewnie były Wodnik.

Zirytowała go ta uwaga. Nie pomyślał o nazwie Błotnik. Faktycznie była lepsza. Wkurzył się. Roland z kolei bawił się wyśmienicie. Śmiał w niebogłosy naigrywając się przy tym z Ziemnioka. Ten nie miał zamiaru pozostawać dłużny. Władał całym błotem w tej świątyni. Czas unicestwić intruza.

Błoto u stóp Rolanda poruszyło się i wybiło do góry. Rosło pokrywając mu najpierw kostki, potem kolana i uda. Roland się szarpał, udawało mu się wyrwać jedną nogę, ale znowu zostawał uwięziony. Błoto go obezwładniało. Ziemniok patrzył na tę scenę nie ukrywając radości. Tylko twarz Rolanda była widoczna. Przynajmniej mógł oddychać. Póki co. Ziemniok odezwał się do niego:

– Żegnaj intruzie.

Po tych słowach Roland zniknął całkowicie pod warstwą błota. Za kilka minut mogło być po nim. Musiał działać szybko. Próbował szarpnąć się kilka razy. Nic to nie dało. Błoto stwardniało. Niepotrzebnie zmarnował energię i tlen. Jak się stąd wydostać? Musiał jakoś je zmiękczyć, rozpuścić całkowicie. Gdyby mu się to udało, miałby kilka chwil, żeby się wyswobodzić. Wpadł mu pewien pomysł. Nie, nie mógł tego zrobić. Musiał wymyślić coś innego. A może jednak? Nie, odpada. Organizm zaczął domagać się tlenu. Trudno. Nie miał innego wyjścia. Napiął mięśnie podbrzusza i rozluźnił zwieracz. Mocz spływał mu po udzie. Po chwili spodnie były całkowicie przemoczone. Roland nadal napinał mięśnie. Musiał sikać dalej. Musiał zmiękczyć błoto. Poruszył stopą. To działało. Mógł też poruszyć kolanem. Teraz albo nigdy. Kopał nogami na wszystkie strony. Błoto rozbryzgiwało się. Od pasa w górę nadal był uwięziony i nie mógł oddychać. Udało mu się na szczęście oswobodzić nogi, mógł się poruszać. Obrócił się i rozbiegł. Za nim znajdowały się przecież stalowe wrota. Zderzył się z nimi z wielkim impetem. Stwardniałe błoto popękało w wielu miejscach – było już wystarczająco uszkodzone. Jeszcze jeden rozbieg i huk. Udało się. Błotnisty kaftan został zniszczony. Oswobodzony Roland wziął głęboki wdech. Spojrzał wściekle na Ziemnioka.

Rozdział 1.

Był wędrownikiem, łowcą nagród, a przede wszystkim bezwzględnym skurwysynem. Niesamowicie silnym i szybkim. Posiadał wiele umiejętności oraz plecak bez dna, w którym ukrywał magiczne przedmioty. Trzymał tam też broń: maczetę, miecz, włócznie i wiele innych. Znał też różne zaklęcia.

Roland Barbarzyńca, bo o nim mowa, tym razem przemierzał góry i lasy w poszukiwaniu Dżawaskryptu. Skrypt ten zawiera mityczne zaklęcie, dzięki któremu przeciwnik tracił zmysł powonienia – zostawał on uszkodzony i wszystko pachniało jak sernik cytrynowy. Takie zaklęcie mogło być bardzo przydatne do walki z silnymi i dużymi stworami. Dezorientowało je, powodowało skurcze żołądka, brak możliwości skupienia. Wszystko stawało się dla nich sernikiem cytrynowym. Roland dzięki temu mógłby z łatwością pokonywać stwory dotychczas dla niego nieosiągalne, czy to podczas walki twarzą w twarz, czy w trakcie polowań, podczas których mógłby się zbliżać do nich wręcz niepostrzeżenie i przebijać ich serce swym gladiusem.

Pewnego dnia, po długim dniu podróży, postanowił odpocząć w lesie pod jednym z drzew. Nie bał się. Często tak robił. Miał mocno rozwinięte wszystkie zmyły. Były czułe na każdy szelest, szybko rozpoznawał zagrożenie. Mógł spać spokojnie. Jego ciało zareaguje automatycznie w razie potrzeby.

Usiadł więc pod drzewem, lecz zachciało mu się pić. Zaklął pod nosem. Wstał, rozejrzał się i dostrzegł ją. Nieopodal znajdowała się studnia. Podszedł do niej i spojrzał w dół. Woda odbijała światło. Na dnie znajdowało się wiadro. Cudownie. Zaczął więc kręcić korbą. Zajęło mu to kilka minut. Studnia okazała się być bardzo głęboka. Skończył. Wiadro znajdowało się już na szczycie. Ściągnął je, wziął w obie dłonie i przechylił w stronę swojej twarzy, by łapczywie się napić i zmoczyć jednocześnie. Z zamkniętymi oczami i otwartymi ustami, trzymał wiadro, lecz zdecydowanie za długo nie odczuwał żadnego efektu. Otworzył jedno oko. Woda nadal znajdowała się w wiadrze. Grawitacja nie miała nad nią władzy. W takim razie musiało nią władać jakieś zaklęcie. Na dnie wiadra zauważył niewielką żabę.

– Wypuść mnie – powiedziała do niego.
– Co kurwa? – odpowiedział zdziwiony Roland. – Potrafisz mówić?
– Tak. Wypuść mnie, a czeka cię nagroda.
– Jaka nagroda? Dlaczego zostałaś tu uwięziona?
– Przegrałam walkę. Jako karę, miałem spędzić wiele lat na dnie studni. Minęło zdecydowanie za długo, ponieważ ten las jest opuszczony. Wypuść mnie proszę, a nagrodzę cię.
– Jasne. Nie wierzę ci. Wybacz, ale nie darzę zaufaniem żab uwięzionych na dnie studni w zaklętym wiadrze.
– Czego w takim razie pragniesz Rolandzie?
– Skąd znasz moje imię?
– Wiem wszystko. Czego więc pragniesz? Wiem, gdzie znajduje się Dżawaskrypt. Czy tego pragniesz?
– O kurwa, przerażasz mnie. Kim jesteś?
– Uwięzioną żabą, przecież widzisz.
– Nie igraj ze mną. Nie od zawsze jesteś żabą.
– Uwolnij mnie, to się przekonasz.
– Gdy cię uwolnię, czy zdradzisz mi miejsce, w którym znajduje się ten skrypt?
– Tak, ale pod jednym warunkiem.
– Pod jakim warunkiem? Warunkiem jest twoja wolność. Zaczynasz mnie wkurzać.
– Rolandzie, znam wartość tego skryptu. Zawiera on potężne, mityczne zaklęcie, które sprawi, że staniesz się niepokonany. Wyciągnięcie mnie z wiadra, to za mało. Będziesz musiał zdobyć dla mnie Złote Kiwi. Gdy je zdobędziesz, skrypt będzie twój.
– Nie, dziękuję. Nie dam się nabrać na te sztuczki. Poradzę sobie sam.

Roland odłożył wiadro na brzegu studni. Już chciał z powrotem spuścić je na dno, gdy usłyszał:

– Nigdy nie znajdziesz tego skryptu. Jest ukryty, a wiedza o nim przepadła. Sam nie wiesz dokąd zmierzasz. Liczysz na łut szczęścia. Może jakiś nieznajomy podzieli się historią, którą słyszał na temat skryptu. Usłyszysz kłamstwa, przeinaczenia, bajki. Wykorzystają cię. Nikt nie zna tego miejsca. Nikt ci nie pomoże. Wysłuchaj mnie Rolandzie. Co jeżeli zdobycie Złotego Kiwi okaże się dla ciebie błahostką? Nigdy sobie tego nie darujesz.

Roland nachylił się nad wiadrem.

– Mów.
– Złote Kiwi znajduje się na szczycie Góry Zodiak. Żeby je zdobyć, trzeba przejść przez dwanaście świątyń, które strzegą strażnicy zodiaku. Na zdobycie Kiwi masz jednak określony czas i ani chwili więcej. To ty decydujesz, jak wiele go dostaniesz.
– Zdobywam Złote Kiwi w wyznaczonym przez siebie czasie i w zamian dowiem się, gdzie znajduje się Dżawaskrypt?
– Tak. Wystarczy, że Kiwi dostanie się w twoje ręce. Kiwi może zdobyć jedynie człowiek. Gdy już je zdobędzie, może przekazać go komukolwiek, nawet nie-człowiekowi. Ty przekażesz je mnie. Gdy tylko dostaniesz je w swoje ręce, zadanie zostanie uznane za wykonane.
– A co, jeżeli mi się nie uda?
– Całe życie wokół Góry Zodiak w promieniu 100 mil zginie. Wszystkie zwierzęta i ludzie. Ty natomiast zostaniesz uwięziony na dnie studni. Spędzisz tu wiele lat, dopóki ktoś cie nie znajdzie i nie uwolni. Możesz spędzić tu resztę swoich dni. Wybór należy do ciebie.
– Robi się poważnie. Przed chwilą miałem cię po prostu uwolnić, a teraz na szali pojawiło się życie wielu, w tym moje.
– Taka jest cena twojego pragnienia.
– Sam mogę zdecydować, jak wiele czasu potrzebuję?
– Tak.
– Dobrze. Dwanaście dni. Tyle potrzebuję. – szybko przekalkulował Roland. Nigdy nie polował i nie walczył z żadnym potworem dłużej niż jeden dzień.
– Czy jesteś pewien?
– Tak. Dostaniesz to swoje Kiwi po dwunastu dniach. Do czego jest ci ono potrzebne?
– Nie mogę ci tego zdradzić Rolandzie.
– Musisz. Jestem zaintrygowany. Po co mi Dżawaskrypt, skoro Złote Kiwi może dać mi większą moc?
– Nie da. Nie będziesz wiedział, jak go użyć. Istocie ludzkiej na nic się zda. Jeżeli mi nie wierzysz, odłóż mnie z powrotem do studni i zdobądź je. Pamiętaj tylko, że gdy to zrobisz, umowa stanie się nieaktualna.
– Dobrze już dobrze. Dostaniesz to Kiwi. Umowa stoi.
– Gdy mnie uwolnisz, będziesz miał dwanaście dni.
– Czekaj, czekaj. Gdzie jest ta góra? Czy to nie jest jakiś podstęp?
– Nie, Rolandzie. Uwolnij mnie, a przeniosę cię wprost pod samą górę.

Roland włożył rękę do wody, złapał żabę, wyciągnął ją i odłożył na ziemię. Już trzymając ja w rękach, wiedział, że coś się z nią dzieję. Przekształcała się. Rosła. Skóra zmieniała kolor na brązowy. Na jej ciele pojawiły się włosy. Wysuwał się pysk. Postać stawała się coraz większa i większa. Słychać było trzaski formujących się kości, którym towarzyszyły trzaski, ale też jęki. Ból musiał być przeogromny. Przekształcanie trwało krótką chwilę, aczkolwiek Roland nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. W końcu ukazała się przed nim, w całej swej okazałości, ogromna kapibara, dwukrotnie przewyższająca Rolanda.

– Nareszcie. – powiedziała kapibara, po czym uniosła ręce i pstryknęła palcami.

Na jej ciele pojawiły się łososiowe szaty z czarno-złotym pasem. Przypominały kimono. Roland wiedział, kto nosi takie szaty. Bogowie. Zerwał się, by uciec i zastygł. Nie mógł się ruszyć. Kapibara patrzyła mu głęboko w oczy.

– Gdzie się wybierasz Rolandzie? Nie zabiję cię. Uwolniłeś mnie, za co jestem ci wdzięczny. Mamy umowę. Masz dwanaście dni na dotarcie na szczyt Góry Zodiak i zdobycie dla mnie Złotego Kiwi.
– Jesteś Bogiem, ale jakim? – zapytał przerażony.
– Tak, jestem Bogiem. Bogiem Zniszczenia.

Bóg Zniszczenia pstryknął ponownie palcami i znaleźli się obaj u stóp góry.

– Masz dwanaście dni Rolandzie. – powiedział Bóg, po czym wystrzelił w przestworza i zniknął.