#2 Panda – Wyjdź z Jumanji

Wchodzisz do budynku, zmierzasz do windy i wciskasz przycisk. Winda zjeżdża po ciebie na dół, drzwi się otwierają, wybierasz piętro, jedziesz do góry. Wysiadasz, podchodzisz do drzwi, odstawiasz torbę z laptopem, poprawiasz płaszcz i zaczynasz pokazywać. Gdy skończysz pokazywać swoje hasło, system je rozpoznaje, łączy je z twoją twarzą, zatwierdza i wpuszcza do biura. Przy samych drzwiach wejściowych ustawione są maczety oraz – zaraz koło nich – plecaki zawierające suchy prowiant i apteczkę pierwszej pomocy. Zerkasz w lewą stronę, zauważasz planszę do gry lewitującą przed zamkniętymi drzwiami. Zza nich dobiegają krzyki. Spuszczasz głowę, bierzesz głęboki wdech i skręczasz w prawo, do łazienki. Stajesz przed lustrem i patrzysz sobie w oczy. Odkręcasz wodę, obmywasz twarz, ponownie bierzesz głęboki wdech i wychodzisz. Zmierzasz w stronę lewitującej planszy. Ściągasz płaszcz i zakładasz kurtkę. Sprawdzasz czy umocowane w niej kolty są naładowane. Zawsze są. Zakładasz przez plecy mobilne biurko i montujesz na nim swojego laptopa. Wybierasz cięższy plecak, pewnie jest w nim więcej prowiantu. Pozostało jedynie wybrać maczetę. Przeglądasz je wzrokiem, aż w końcu zauważasz swoją ulubioną, z wyżłobionym: “Kill or die”. Jesteś gotowy. Podchodzisz do zamkniętych drzwi. Aby je otworzyć drzwi, musisz rzucić kośćmi. Robisz to. Kości turlają się przez chwilę. Jedna z nich się zakręciła. Trwa to dla ciebie wieczność. W końcu się przewraca. Nagle twój pionek się przesuwa. Na planszy pojawia się zdanie: “Robak w lwa przemieni się. Znajdzie cię i zeżre cię.”. Drzwi się otwierają. Słyszysz krzyki, strzały oraz dźwięk maczety tnącej powietrze. Świst, świst, świst. Wbiegasz do środka z krzykiem. Słyszysz potężny ryk wielkiego zwierzęcia. Chowasz się w krzakach i nerwowo zaczynasz stukać w klawisze swojego laptopa. Drzwi się zamykają.


Zdarzały się nam takie projekty prawda? Pewnie, że tak. Bywa, że projekt nie jest naszym ulubionym. Kod zastany, błędów do naprawy co niemiara, terminy z kosmosu, zespół taki sobie, klient nam nie ufa. Ech. W sumie to pewnie wszyscy tak mają i większość projektów tak wygląda. Kolejny projekt będzie lepszy. Wtedy zastosujemy w nim odpowiednie technologie, architekturę, klient będzie fajniejszy, zespół też i tam już wszystko będzie cacy.

Wiemy jak kończy się takie myślenie, co nie? Wiadomka. Będzie tak samo. A zastanawialiście się dlaczego? Ja tak. I doszedłem do wniosku, że winny jest nasz mindset. Nasze nastawienie, nasze czyny (albo ich brak), nasze chęci (albo ich brak). Spójrzmy na tę sprzeczność – uważamy, że projekt jest kiepski, bo to po prostu kiepski projekt (tak… po prostu), ale następny będzie dobry, bo… i tu wymieniamy różne czynniki, np. właśnie inny klient, kod, architektura czy zespół. Czyli, patrząc na to, co byśmy zmienili, to okazuje się, że to nie projekt sam w sobie jest winny, to nie pomysł na biznes jest naszym zdaniem kiepski, tylko czynnik ludzki zawiódł. No bo kto napisał ten kod? Kto jest odpowiedzialny za relację z biznesem? Kto powinien zbudować zespół z prawdziwego zdarzenia? Ludzie. My. Nikt inny. To my, programiści jesteśmy za to wszystko odpowiedzialni. To my realizujemy usługę, więc to nam powinno zależeć na prawidłowym jej zrealizowaniu, na sukcesie klienta. Klientowi oczywiście też, ale on tego świata nie zna, trzeba go nie raz poprowadzić za rękę. Przecież nam się za to płaci. No bo jak nie za to, to za co? Za co my dostajemy pieniądze?

Mindset skierowany na sukces projektu. Oto najważniejszy czynnik, który pozwoli nam wyjść z projektu Jumanji i pozwoli być wolnymi! Ta wolność i szczęście pozwolą nam się wzbić w przestworza cudownych pomysłów, nieograniczonych możliwości, pięknych projektów! Co ja pieprzę. Wróć. Mindset. O nim zaraz. Najpierw może wytłumaczę czym jest dla mnie metafora Jumanji. Otóż jest to sytuacja, gdy rozpoczynając rano pracę, wiemy już, że czeka nas znowu jakiś nowy fackup do naprawy, jakiś potężny bug, albo nawet kilka. Nie możemy spokojnie pracować nad nową funkcjonalnością, bo po drodze napotkamy na pewno coś, co nie działało, jak powinno. A jeżeli nie napotkamy, to wrzucając zmiany na repo coś popsujemy i jutro będziemy musieli to naprawić. Nie wiemy jeszcze, co się stanie, ale wiemy, że coś się stanie. Żyjemy w dżungli i staramy się przetrwać. Rzucamy codziennie kośćmi i zmierzamy się z kolejnymi przeciwnościami. To już dawno przestały być wyzwania i ostatnio zawsze są to tylko problemy.

Jeżeli teraz nam się nie chce, w tym naszym kiepskim projekcie, to w kolejnym też nam się nie będzie chciało. Nadejdzie taki moment, gorsze czasy, zabójczy termin, presja, że znowu się z tego nie wygrzebiemy. Znowu powiemy, że projekt jest kiepski. Kiedyś był fajny, ale już jest kiepski. Kolejny będzie lepszy. I tak w kółko. Jeżeli nie zmienimy naszego mindsetu, to zawsze już będziemy w kiepskich projektach. Klucz to zmienić nasze nastawienie. Nie przyzwyczajajmy się do walki z dzikimi zwierzętami, do codziennego rzutu kośćmi, tylko zastanówmy się, co zrobić, żeby nie musieć więcej wchodzić do dżungli. Jakie kroki musimy podjąć, żeby się z tego wygrzebać? Co zrobić, żeby więcej nie znaleźć się w tej sytuacji? Jeżeli zaczynamy myśleć w ten sposób, to już jest dobrze, jest to pierwszy krok ku lepszemu.

Gdy już zacznie nam zależeć, to nagle zaczną się w naszej głowie pojawiać pomysły, jakieś rozwiązania. Będziemy chcieli je przedyskutować z innymi. Pójdziemy do koleżanki. Spodobają jej się te pomysły, dorzuci nawet kilka swoich. Zorganizujemy spotkanie programistów tego projektu. Porozmawiamy. Okaże się, że pomysłów na poprawienie stanu rzeczy jest całkiem sporo. Wybierzemy te najważniejsze i zastanowimy się, jak wprowadzić je w życie, jednocześnie dostarczając wartość biznesowi. Pójdziemy porozmawiać o tym z biznesem. O projekcie, jego stanie, zagrożeniach, pomysłach i rozwiązaniach. Klient opowie nam o swoich planach, terminach, jego własnych pomysłach. Zaczniemy rozmawiać. Współpracować. Coś wspólnie postanowimy, zdecydujemy.

Za jakiś czas projekt znowu będzie fajny. Plansza zniknie. Maczety i plecaki również. Nie będą już potrzebne. Zza drzwi po lewej stronie nie będzie już słychać krzyków. Gdy je otworzymy, zauważymy współpracujący zespół. Rozmawiający ze sobą. Rozmawiający o stanie projektu, o poziomie długu technicznego. Rozmawiający z klientem, proponujący rozwiązania.

Żeby mieć inny kod, architekturę, dobry zespół i fajnego klienta, nie musieliśmy wcale zmieniać projektu. Wystarczyło zmienić nasze nastawienie i zacząć współpracować.

Jumanji jest w naszych głowach. Przyzwyczajamy się do codziennej walki i nie podejmujemy próby poprawy tej sytuacji. Gdy zmienimy nasze nastawienie, gdy zacznie nam zależeć i zechcemy pozbyć się Jumanji, wtedy wszystko już będzie kwestią czasu. Zmieńmy nasz mindset, a każdy projekt może okazać się fajny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *